(188.) 15* Odchodząc

Nie mam nic więcej do pisania, mówienia, wygłaszania, pieprzenia. Denerwują mnie obecne tu reklamy, irytuje mnie ogólnie to właśnie miejsce. Publikacje w internecie suck. Jeszcze najgorzej jak widzisz i wiesz, że ktoś od ciebie zżyna, te twoje kochane, w pupę je*ane literki V. Niby nauczyłaś się nie przejmować się tym, ale to wkurza i tak. Jest widoczne maksymalnie, rzuca się w oczy i wbija w nie paznokcie. Moje bohaterki czują się w pewnym procencie ograbione z własnego pomysłu, którym w istocie są. Z własnych niemalże osobowości.

Nie będę więcej skazywać ich na… publiczność. Och, jak to pięknie brzmi. Raczej definitywnie wyrosłam z bloga, nie mam potrzeby ujawniać co myślę, czuję, lubię. Co we mnie jest, czym jestem, kim chciałabym być.

Jeśli pojawię się gdzieś, to na profesjonalnym serwisie i zupełnie anonimowo. Być może wcale nie do poznania, bo wiele zmieniło się w moim życiu przez ostatnie miesiące. Co się zmieniło? NIE POWIEM, O! Tyle tylko nadmienię, że na lepsze.

Cieszy mnie, że wciąż posiadam łatwość pisania. To zamierzam wykorzystać, to jest mój potencjał, mój materiał do rzeźbienia, mój talent. Moja przyjemna powinność, podróż, radość. Wyobraźnia jest jednym z moich kochanych domów, miejsc, w których czuję się najlepiej.

Reklamy

(187.) 14* W zamyśle zmysłowość

Początek lata wzbudzał w nas wątpliwości różnej natury, a pogoda dopasowała się do tego stanu idealnie – ulewy, wiatr, burze, wszystko tak jak na morzu podczas sztormu, ale w przestrzeni powietrznej, cóż, trzeba powiedzieć, że za oknem to właściwie niemal tworzył się ocean tuż przed naszymi oczami. Byliśmy jak małe rybki w akwarium uśmiechające się do tego, co dzieje się na zewnątrz. Woda jednak milczała, w wiadomym sobie rytmie spływając po szybach, tuląc się do nich i znikając. I nie było jej już, ale przypływała nowa, kołysząc biodrami, och, ta burza, najbardziej namiętne zjawisko pogodowe, jakie daje przyroda.

Gdy zamknęliśmy ostatnie drzwi, a ja odłożyłam na najbliższą powierzchnię złoty klucz, wiedzieliśmy już, że to wszystko co nas otacza dziś, jest tylko dla nas, a przede wszystkim, iż my jesteśmy tylko dla siebie.

Czułam, że już zaczarowaliśmy atmosferę wokół.

Skierowaliśmy się do kuchni, gdzie mieliśmy przyrządzić trzy różne potrway według wcześniej ustalonego planu i zebranych przepisów. Pamiętam, że czas przygotowań był krótki, a jedzenie świeże, przepyszne i co najważniejsze – posiadające nasz własny certyfikat, zrobione samodzielnie, satysfakcja była tym większa. Gdy wszystko było gotowe, nakryliśmy do stołu – okrytego na tę okazję fioletowym obrusem w różyczki, właściwie to do teraz nie wiem, skąd on się znalazł, ale tak – szczęśliwie przydał się tego dnia. Sztućce mrugały srebrzystymi oczkami, a kostki lodu pobłyskiwały, dryfując w mrożonej herbacie. Co chciałam powiedzieć? Że było gorąco i zimno zarazem, że moje ciało było takie ciepłe, a padały na nie smugi zimnego światła, i w środku drżałam, drżałam tak niezwyczajnie.

Dobrze wiemy – czy wstyd, czy nie wstyd to odnotować, to napiszę – że uwielbiamy jedzenie, jesteśmy hedonistami na tym punkcie, kochamy łaskotać nasze kubki smakowe, sprawiać sobie przyjemność z wykorzystaniem zmysłu smaku. Nie da się ukryć, że tak jest!, oczywiście z umiarem, okazjonalnie – tak, aby nie zgubić uroku.

Gama sosów do wyboru, odpowiednio przyrządzone napoje, a przede wszystkim – nasze autorskie potrawy – wszystko to spowodowało istne piekło w gębie, z całym szacunkiem nie napiszę „niebo”, gdyż, och, no wiesz, u nas hierarchia jest niemal odwrotna, ironiczna i z dystansem, ale przecież taka urokliwa. Diabelnie boskie smaki wytworzyliśmy własnymi rękoma, a rozkoszowaliśmy się nimi powoli. Zamknięte usta podczas jedzenia skojarzyły mi się właśnie z parą kochanków w miłosnym uniesieniu, aż się zarumieniłam – ale tylko troszkę. Pamiętam, że powiedziałeś, że nie wierzyłeś w to, że uda nam się sporządzić dobre dania – och, dobrze, że się przyznałeś do tego. Miałam myśl, że tym bardziej ci smakuje i jeszcze wyraźniej odczuwasz zadowolenie, będąc pozytywnie zaskoczony. Element zaskoczenia musi być; wiesz, jak często to powtarzam. Bo to jest ważne.

Będzie niejakim paradoksem – bardzo zabawnym – to, że nie napiszę o naszym drugim etapie uczty dla zmysłów tyle, ile napisałam o pierwszym. Muszę zaznaczyć, że przecież ten drugi jest taki intymny, uroczysty, sekretny, przepiękny, tajemniczy i pełen emocji – dotyczy wydarzeń z działu tych, które niełatwo opisać, które tak trudno potem odczytywać, a zwłaszcza udostępniać do wglądu komuś innemu, o nie – dlatego też nie będzie opisany. Był zbyt czarodziejski, chyba na tyle, że każda litera, która miałaby składać się na jego opis – w najlepszym przypadku znikałaby i udawała się na inne miejsce z właściwą sobie uroczą psotliwością, a najpewniej po prostu zamigotałaby i zamieniła się w błyszczące gwiazdki. Do poskromienia takich niesfornych literek ubranych w zwiewne koszule nocne, niezbędne są pamiętniki zaklęte w satynowych okładkach oraz eleganckie, wzbudzające respekt pióro.

Po tamtych dniach, burzliwych, cudnych i namiętnych, mam słodką świadomość, że jesteśmy dwoma samowystarczalnymi mistrzami nastroju, czarodziejami miejsc, sprawcami własnej magii – i jakkolwiek trywialnie to brzmi – jest to magia miłosna, sercowa, uczuciowa, dotykająca wszystkich zmysłów z właściwą sobie gracją, elegancją i troską. Czuję, jakbyśmy sobie wróżyli – tyle, że nie przyszłość, a teraźniejszość, sekunda po sekundzie odsłaniamy karty i uśmiechamy się z efektu.

Czekamy na deszcz.

Aż ponownie w niebie nad nami zakotłują się granatowe chmury, wzrośnie w nich napięcie elektryczne, a w nas – anielska niecierpliwość – aż zacznie się kolejna burza zmysłów, ulewa uniesienia, na zmianę gwałtowne i lekkie powiewy powietrza pachnącego chwilami, podczas których jesteśmy razem.

(186.) 13* Zabawy z językiem

Twoje ciemne włosy lśnią tak pięknie, o Nieistniejąca, są diamentowe, perłowe, srebrzyste jednocześnie, nie jest jeszcze za wcześnie, aby pięknieć jeszcze, i jeszcze. Są najszlachetniejsze, a szlachta polska się chowa, zresztą zawsze się chowała w chatach pseudobogatych, zresztą dokładnie tak jest, dosłownie, chowa się, nie ma jej, jesteś tu tylko ty, nikt więcej, więcej nikt. Usiądź jak potrafisz najwygodniej, czuj się swobodnie, podciągnij spodnie i niechaj będzie godnie.

Spłyńmy razem w dół rzeki, bądźmy w niej i nią, z tobą, tylko z tobą, zanurzajmy się, zahaczajmy o okoliczne zamki, wypełniajmy puste ramki. Róbmy mnóstwo zdjęć, być może ucieszy się z nich przyszły zięć, ale nie wiem czy będę miała taką rodzinę, zginę czy nie zginę, nie minę się z powołaniem lub perfekcyjnie i jednoznacznie się z nim minę, na minę jakąś wpadnę, zrobiwszy uprzednio idealnie kwaśną minę, nawet niesmaczną.

Czytam cię tak szybko, litera po literze, dogłębnie dostrzegam to i w pełni wierzę, że leżę w każdym słowie, którym jesteś, wywrzeszczę to zaraz, najgłośniej na świecie. Zupełnie nie wiem czy oni wiedzą i czy wy wiecie, ale nie obchodzi mnie to zupełnie. Chciałabym przy tobie głośno płakać, szlochać ze szczęścia, może to zrobię, ale najpierw zanurzmy się głęboko we własnych słowach, bądźmy kapitanami swoich statków, twórzmy zdania i rozwiązujmy wspólnie morskie zadania, i łamigłówki, nieważne ile będzie kilometrów za nami – proszę, zostańmy dwoma muszkieterami, walczmy słodko i namiętnie, ukrywając skrzętnie najdrobniejsze blizny, och, zupełnie bez aktów wścieklizny, zero zgnilizny, nisko i ślisko, blisko przy tobie.

Turkus kresek pod twoimi oczami mruga do mnie, a ja się uśmiecham, zero wyobrażeń typu „wieszam się czy się nie wieszam”, kocham takie uczucie, och, chodź tu, chcę widzieć jak się zbliżasz, zniżasz się do mnie i widzę twój dekolt. Tańczę na linie i wpadam w podwójny zachwyt, oddycham nad tobą wiosną, latem, jesienią i w zimie.

Podchodzisz do mnie powoli, emocjonalnie, kompletnie niebanalnie, jesteś najbardziej elegancką kotką, jaką dane mi było widzieć, nie wiem czy się wstydzę. Najprawdziwszą i przepiękną na dwóch płaszczyznach, nie tylko taką na zewnątrz, ale i wewnątrz, w twoim gorącym środku, w którym chcę się spalać. Może będziesz musiała przecisnąć się między tymi złotymi łóżkami, przypudrowanymi baldachimami, kokieteryjnymi panienkami, różowymi zabaweczkami, ale dasz radę, wiem, że mam rację, bo na pewno posiadasz grację, mówiłam już – zostańmy muszkieterami, niech poleci krew, czujesz zew przeznaczenia? Jakąś nieścisłość? Tak wygląda nasza słodka przyszłość.

Czekam tu na ciebie z niecierpliwością, radością i różaną miłością. W dobrym stylu, z gracją i w pełni animuszu będziemy tonąć w miękkim pluszu, a potem w bluszczu, wołam jeszcze i jeszcze, uwielbiam bluszcze, ziszczę te nasze wspólne marzenia. Absolutnie nie od niechcenia uśmiecham się teraz, gdy widzę ciebie, a ty pytasz, co robić, jak wejść, jak się dobić, zabić miłością, zakopać klucze, gwoździe wyciągnąć i wyrzucić. Już ci mówię.

Widzę dokładnie, jak otwiera się przestrzeń, jeszcze trochę, jeszcze… Zaskocz mnie teraz i wskocz tutaj, do tej ciemnej otchłani, którą pokazuję ci palcem wskazującym z czerwonym paznokciem, wskakuj nim zamilkną światła i słowa zgasną, nim zasną ci wszyscy, co patrzą. Jesteś kobietą taką piękną, radosną. Wskakuj. I co jeszcze mogę ci powiedzieć? Dalej pielęgnuj swoje włosy, daj im siłę, by rosnąć. Niech błyszczą latem, jesienią, zimą i wiosną.

(185.) 12* Szklane emocje

Horyzont z przyjemnością zatapiał się w głębinach oceanu, nie protestował, nie wołał pomocy. Jakże mógł mieć coś przeciwko tej pięknej interferencji duszy z ciałem? Niebo kochało wodę, stykało się z nią wszędzie.  Wpatrywaliśmy się w tę cudowną relację, jaką dała natura. Jedni mówią, że wzrok ku oceanom kierują jedynie ci, którzy czują się samotni, nieszczęśliwi. Jest to wielkie uproszczenie – każdy może czuć coś innego, kierując wzrok ku taflom morza, każdy może mieć ku temu inny powód, nawet kilka jednocześnie. Potwierdzaliśmy wtedy to, że może zaistnieć wiele przyczyn, tak zróżnicowanych, a przy tym pozytywnych. Ty wiesz, że ja z pewnością nie należę do osób, które kochają oceaniczne widoki dlatego, że czują się samotne. Ty masz świadomość, że to nie tak; że to namacalny efekt tego, że mój wewnętrzny wzrok patrzy w siebie nad wyraz głęboko. Bardzo głęboko, głębiej. Z kolei zewnętrzny zmysł robi to samo, kochając morskie obrazy. Kochając ciebie.

Wierny towarzyszu podróży ku granicom i horyzontom…

Wyjaśniłeś mi swoim istnieniem tak wiele, nie tłumacząc nic. Milczysz niewzruszony, mówiąc tak wiele. Wystarczy, że zbliżę swoją twarz do twojej, gdziekolwiek jesteśmy, słyszę morskość. Szum fal, szepty ziaren piasku, odgłosy mew. I zawsze jestem zaskoczona; zawsze, gdy powtarzam czynność.

Zrobiłam to. Uśmiechnęliśmy się równocześnie.

– Wybaczam ci, naprawdę.
– Co mi wybaczasz?
– Wszystko ci wybaczam…

Resztę dopowiedział szum. Och, namalowałam widok w zimnych barwach, a zapomniałam wspomnieć o tym, że powietrze tego wieczora pozostawało gorące – wystarczająco ocieplone po barwnym zachodzie słońca, jego drobinki wciąż unosiły się w przestrzeni, przypominały złoty brokat, który bardzo lubią mieć opalone dziewczyny na swoich ustach.

A moje blade usta od długiego czasu chciały ci powiedzieć to, co wtedy ci wyznałam, ale niestety pozostawały milczące, okryte cierniem, zszyte, wydrapane. Skryte, stanowcze, palące i bolesne.

Zaczęły zdrowieć i wracać do tak pożądanej normalności, wszystko dlatego, że je całowałeś; bo je ozdabiałeś nadzwyczaj delikatnymi pocałunkami. Nie mogłam dłużej milczeć i dusić w sobie najprawdziwszych i tak intensywnych uczuć, które uderzały o moje wnętrze jak woda podczas sztormu napierająca z wielką mocą na wszystko, co napotka. Jak fale rozbijające się o brzeg podczas grzmotów i błyskawic, które w istocie były moją burzą myśli.

Znasz słowa kocham cię; właściwie to wypowiadasz je rzadko, ale tak często masz je w myślach, widzę te kilka liter niemal w równym rzędzie, właśnie tam, w twoim spojrzeniu. Wiem jednak, że to nic dziwnego, że nie wypowiadasz ich często.

– Chcę ci powiedzieć jak postrzegam te słowa. Dla mnie, wybacz mi, niewiele znaczą. Nie przedstawiają dla mnie dużej wartości, takiej, jaką miały kiedyś. Oczywiście wierzę, że są – och, bo są – szczególne i wymawiane tylko w określonych okolicznościach, specyficznie warunkowane; że dla ich wypowiedzenia obowiązkowe jest istnienie czegoś w rodzaju ciepłego, przyjemnego ciężaru w swoim wnętrzu, to on sprawia, że je wypowiadasz, chcesz je powiedzieć. To, jak intensywny i trwały będzie ten ciężar, zależy już od wielu innych spraw, których nigdy nie odważę się w pełni określić i sklasyfikować, lecz jedynie pozwolę im się dziać. Zaznaczyć jednak chcę, że – nie pomyśl sobie źle – mam na myśli de facto jedynie swoje kocham. Zdajesz sobie sprawę z tego, że przecież każde kocham cię jest indywidualne, jest moje kocham i twoje kocham – twoje, jak mniemam, jest nieskazitelne. Moje – po prostu jakieś takie… wyświechtane. Dlatego właśnie byłeś samotnym rozmówcą, mówiąc mi parę razy, że mnie kochasz… I przepraszam cię za to. To chciałam powiedzieć na wstępie.

W naszym przytuleniu opuścił głowę na dłuższą chwilę, po czym podniósł wzrok.

– Ja też wszystko ci wybaczam.

Uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek, następnie kontynuowałam dalej:
– Ale wiesz co? Mam ci do powiedzenia jeszcze trzy ważne rzeczy, słuchaj mnie uważnie. Wiesz co? – podjęłam raz jeszcze, tym razem ostatecznie zmierzając do sedna sprawy. – Mogę użyć tysiąca innych słów na określenie intensywności mojego uczucia do ciebie – zrobiłam przerwę, po czym zaczęłam wymieniać: – Mogę powiedzieć, że uwielbiam spędzać z tobą czas… Uwielbiam, gdy jesteś przy mnie, uśmiechasz się i mówisz rzeczy, które sprawiają, że się śmieję. Uwielbiam twoją bliskość, gdy jesteś obok i odległość, która nas dzieli, gdy jesteśmy w swoich domach. Bo jest niewielka.

Uśmiechnął się.

– Skarbem jest dla mnie twój dotyk, twoje pocałunki, wiesz, takie delikatne jak płatki kwiatów opadające na wiosenną trawę. Cieszę się na myśl, że przyjdziesz i złapiesz mnie za rękę, smucę się, gdy odchodzisz, ale gdy zasypiam – mam piękne sny, które rekompensują mi tymczasową rozłąkę. Cenię sobie ciebie bardzo mocno, jesteś dla mnie najważniejszy – poza rodziną. Wiadomo, rodzina to jednak inna sprawa. Ale poza nią – ty znaczysz dla mnie najwięcej i liczysz się najbardziej. Mogę jeszcze powiedzieć, że uwielbiam obecną rzeczywistość, którą dzielę z tobą – nieskomplikowaną, prostą, szczęśliwą i ponadto taką, którą potrafimy razem ubarwiać, rozmawiając się, śmiejąc, wyobrażając… Oczekuję wspólnych wakacji i dam ci piękne chwile, takie o których nigdy nie zapomnimy… Mogę wymieniać jeszcze długo, wiesz, ale zmierzam do tego, by powiedzieć ci coś… Coś ponad wszystko, co powiedziałam do tej pory. Nawet, a zwłaszcza – ponad mnie samą.
Patrzył na mnie uważnie i poczułam jego serce jeszcze wyraźniej niż do tej pory. Ja też oddychałam szybciej, musiałam robić duże przerwy między wypowiedziami, ale wiedziałam też, byłam pewna!, że muszę skończyć to, co zaczęłam. Tak też uczyniłam.
– Wiedz, że jeśli słowa kocham cię znaczą właśnie to, o czym powiedziałam ci przed chwilą, to… – jeden oddech, drugi oddech, trzeci, czwarty… – to kocham cię kochać.

Wziął głęboki wdech, a serce zabiło mu mocniej. Słyszałam jego przyśpieszony oddech i czułam koncentrację, której tego dnia na pewno się nie spodziewał. Uśmiechałam się do niego i pocałowałam go. Interferencja duszy z ciałem. Niebo stykające się z morzem. Ja i Ty.

– I wiesz co jeszcze pragnę ci wyznać? – ciekawe było jego zdziwienie kolejną niespodzianką, zrobiło mi się ciepło na myśl, co może czuć. Czułam się już tak wolna od wszelkich skrępowań i tak… wolna, po prostu wolna!, że wypowiadałam słowa z jeszcze większą odwagą, a co najważniejsze – czyniłam je rzeczywistymi i one były już w nim. Dopowiedziałam jeszcze:
– Kocham twoje kocham.

I właśnie wtedy, pamiętasz?, usłyszeliśmy całą okoliczną morskość, wcześniej zagłuszoną szeptem.

A o poranku przestrzeń była pusta. Tylko ta nasza krew na twoich ustach…

(184.) 11* Chwilość

Serce dziś zabiło mi mocniej, coś w nim jest.

Chwila to motyl, który siada mi na ręce; nie, to nie motyl, dziwnym czy niedziwnym sposobem – nie lubię motyli. Robakom śmerć. Chwilom życie. Życie chwilą. Żyj chwilą, bo życie jest chwilą. Krótka powtórka. Jest niemożliwa.

Co tu dużo mówić, dryfowanie we mgle jest względne – jego atrakcyjność zależy od osoby, którą pochłania taka właśnie czynność. Mi było wcale dobrze. Niepokoi mnie tylko to, że tworzę krótkie zdania. A czas na literaturę, to literatury czas. Twórczości swojej i własnej. Ależ czuję w sobie pokład energii, weny czy też może – jak czasem bywa – pustej ambicji. Tak, niestety pustej! Zrobię wszystko, by taka nie była, a jak będzie – zapełnię ją. Zapełnię ją. Zapełnię ją.- Bo jesteś teraz prawie tak mądra i sprytna jak ja.
Powiedziała to z uśmiechem, który szeptał mi, że nie mówi do końca poważnie. Postawiłam się.- Nie chcę być prawie jak ty. Jestem w pełni sobą. Na dodatek, rzeczywiście czuję się obecnie mądra. Czuję się mądra i mam nadzieję, że cechuje mnie także spryt. To potrzebne. Pierwsze zdobywa się, przynajmniej w moim przypadku, z przyjemnością, drugie – nie wiem, przychodzi z wiekiem? W nocy? W kapturze, same, z kimś?
– Zagadka ludzkości.

Dym z papierosa uderzył w ścianę i rozbił się o nią. Zamilknęłyśmy, ona zamknęła te swoje obłędne, zielone oczy. Nasze oczy razem to krajobraz.

Dryfowałam dalej i dalej. Pośród liter, słów, zdań, nagłówków, akapitów, dat, dat, dat! Wydarzeń z przeszłości. Dawnych i niedawnych. Oczywiście mam na myśli zagłębianie historii naszego kontynentu. Och, europejskiego! Zawaliła się właśnie jakaś abstrakcyjna konstrukcja. Po prostu runęła teraz na Europę.
– Co masz na myśli, dziewczyno? – fioletowłosa, ta druga (nasze oczy razem to średniowieczny banita), zapytała nadzwyczaj poważnie, trzepocząc długimi rzęsami. Oczekiwała odpowiedzi. Mojego wyjaśnienia, że plotę bzdury.
– Słuchaj, no mam na myśli to, że zrobiło się racjonalnie.
– Tylko na chwilę.

Odrzekła to bez zastanowienia. Już po chwili jej bańki mydlane, które przed momentem powołała do istnienia, dryfowały w dziwnym rytmie, który kontrolowała. Uśmiechnęłam się. Koniec odpoczynku.

Potrzebny był – i jest – powrót do powinności. Najprzyjemniejszych powinności naszego świata.