266. Jesień, zima, kto się unosi, a kto się wspina

Czarownica dziarsko schowała po przejażdżce swój rower do komórki, po czym żwawym krokiem ruszyła na swoje poddasze. Tego dnia słońce wisiało nad horyzontem, ocieplając i nabłyszczając jesienne liście na drzewach i te, które już opadły. Lekki wiatr kołysał wszystkim, uaktywniając najmniejsze gałązki. Czarownica jednakże zasunęła olbrzymie kotary i utkwiła na swoim codziennym fotelu, po czym zamknęła oczy i oddała się rozmyślaniom.

Jesień to pora, kiedy wszystko to, co powstało wiosną i latem, umiera. To smutna pora. Czarownicy spodobała się jej aura – aura końca, aura śmierci, aura schyłku i zmierzchu…

Wypaliła kilka papierosów pod rząd. Nic jednak nie przyszło jej do głowy. Dym zasłonił wszystko, łącznie z predyspozycją do wymyślania i kreatywnością. Udzielił się jej po prostu jesienny czas, upadku, kresu i granicy… Powolnymi krokami, gdzieś tam pomiędzy drobinami powietrza, nadchodziła już zima. Ale jeszcze była odległa…

Obowiązki dnia codziennego, jakie miała od jakiegoś czasu, przysłoniły jej z lekka radość i nadzieję. Weszła w ich rytm, ale kosztem czegoś – kosztem wypalenia umysłowego i zaniku wyobraźni… Nie spodziewała się, że ten czas kiedyś nadejdzie, a jednak przyszedł, i miał się nadzwyczaj dobrze.

Wygodnie rozsiadła się w fotelu, a jej pióra i długopisy, leżące nieopodal, śmiały się z niej i szydziły. Starała się nie zwracać na to uwagi. Mam inne obowiązki – tłumaczyła samej sobie, jak i rzuciła w powietrze. Po prostu nie potrafię już używać wyobraźni, nigdzie mnie nie ponosi… Potrzebuję inspiracji… – kontynuowała swoje rozmyślania.

Wtem gdzieś tam w oddali zabiły dzwony. Zamknęła oczy i po niedługim czasie zasnęła. Nic więcej się nie wydarzyło.

Reklamy

159. Usprawiedliwienie

Spod ogromnego stosu książek wyłoniła się głowa uśmiechniętej Vai.

– Niedługo tu wrócę, wybaczcie przydługawą nieobecność – powiedziały zęby. – W jednej z dzisiejszych rozmów z Powietrzem, kończąc ją, doszliśmy do wniosku, iż nasz morał jest taki – czas leci szybciej niż robaki. To dość uniwersalne stwierdzenie!

Ponownie runęła w stos książek i papierów.

– Musiałam to zapisać – usprawiedliwiła się po powrocie. – Na to Karolajn, wziąwszy się nie wiadomo skąd, przytaknęła ochoczo i wymyśliła na poczekaniu: ,,Czas leci szybciej niż najszybsze siki – dlatego trzeba kupować ręczniki.” Myślę, że coś w tym jest.

Tu nastąpił beztroski gest podniesienia kciuka do góry, a gdzieś w tle…

– Kup mnie, jestem jogurtem z ogromnymi kawałkami owoców… – rozbrzmiał z przestrzeni zmysłowy, kobiecy głos. – Przepraszam, pomyłka…

Zęby beztrosko wzruszyły ramionami. Błysnęły raz jeszcze w ramach pożegnania – i tyle było dziewczę widoczne.

Fioletowe myśli uniosły się w górę. Już po chwili ziarenka kurzu ułożyły się w następujący napis: Przepraszam, ale tonę dla własnej przyjemności w literaturze i we wszelkich tekstach umożliwiających mi poznawanie Wielkiej Historii Idei… Zwróciłam się w stronę rozwoju zainteresowań i patrzę w przyszłość, gdy w końcu dane mi będzie studiować i badać to, co tak strasznie mnie intryguje i co tak bardzo pragnę poznać… Jest to dziwny stan – zaskakuje mnie fakt, że wpadnięcie w wir pasji może być aż tak uderzające. W końcu odnalazłam dziedzinę, o której istnieniu nigdy wcześniej nie wiedziałam, a chciałam właśnie coś takiego studiować – tyle, że… po prostu nie umiałam tego nazwać!

158. Od nowa

Nie było w niebiańskim teatrze nikogo oprócz jednej, nieregularnej chmury. Słońce właśnie wracało za horyzont, ale jeszcze w ostatnich aktach odwracania się za siebie – podświetlało swym blaskiem owego samotnego bohatera dnia. Sprawiało, że mienił się różnymi kolorami złota, a jego postrzępione brzegi nabrały wręcz karykaturalnie złotego koloru, droższego aniżeli całe materialne złoto. Wisiał tak na niebie ten osamotniony, piękny twór i odgrywał piękną sztukę – sztukę jednego aktora.

Słoneczne refleksy resztkami swych sił zaglądały we włosy dziewczyny przesiadującej na parapecie, wpatrującej się nieruchomo w zaokienną przestrzeń. Jej oczy były szaroniebieskie – takie, jakby kiedyś były błękitne, ale się zestarzały. Nie były wiosennym niebem za dnia, letnim porankiem, budzącym się świtem – ale raczej zbliżającą się nocą, nadchodzącą burzą, przybliżającym się sztormem. Raz jej się rzekło, że ma oczy wesołego staruszka, ale to jeszcze wtedy, gdy tak nie doceniała etapu swojej młodości. Dziś nigdy nie określiłaby jakiejś części siebie mianem przymiotu starego człowieka! Nie chciała mieć, jak na razie, nic wspólnego z tym czasem w życiu ludzkim. Był nieuchronny, ale przecież nie liczył się za młodu.

Jej włosy, których część długich pasm spięta była podłużną spinką, stanowiły bardzo autonomiczny element jej wyglądu – ktoś kiedyś powiedział, że żyją własnym życiem i chyba w istocie tak było. Niesfornie unosiły się pod wpływem okolicznego powietrza, rytmem istot nieświadomych tajemniczej melodii. Podnosiły się w górę wraz z jej oddechami, rozłożone wygodnie na unoszącej się w górę klatce piersiowej. Można rzec, iż oddychały spokojnie.

Obraz dziewczyny siedzącej na parapecie jest oczywiście typowy, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Jeśli by jednak posłać Oko Wyobraźni zupełnie wyżej – teraz ukazałby się widok dość niepokojący – okno, z którego wyglądała dziewczyna, było tylko jednym z dziesiątek okien zamku, a okno to znajdowało się tylko w jednej z kilku zamkowych wieżyczek. Czas przyjrzeć się owej posiadłości bliżej.

Najszczerzej mówiąc – wszystkie zamkowe komnaty od lat zupełnie milczały – długo nie były zamieszkiwane. Poprzedni właściciel zamku zniknął w nieznanych okolicznościach – po prostu przepadł, zniknął, ulotnił się, chyba nawet rozpuścił się w powietrzu. Lub po prostu gdzieś wyjechał. W każdym razie pozostawił swój zamek pusty i już nigdy do niego nie wrócił. Jedynie architektura zamku, który zbudowano na jego życzenie, mogła powiedzieć coś o jego osobie. Wzniósł zamek w stylu, jaki już w budownictwie porzucono – budowla zdawała się być tajemnicza, jakby milcząca, dostojna, trochę straszna ze względu na rozmiary, kształty. Jednakże zamek nie był w pełni zdominowany tylko przez jeden styl – został mu nadany kształt przytulnego, przyjaznego domostwa. Nie przypominał starej, opuszczonej, gotyckiej katedry z tysiącem tykających zegarów, lecz miejsce z pewnością zamieszkane przez człowieka. Może trochę – albo bardzo – innego od reszty. Powiedzmy, że był to dom dla ludzi wymagających.

Znajdował się w dzielnicy ustronnej, pozostającej w bliskości nie z cywilizacją ludzką, lecz z naturą. Otoczony był nawet angielskim ogrodem – choć ogród ten stworzony był według projektu, to i tak sprawiał wrażenie nie noszącego znamion ludzkiej pracy. Przyroda posiadała w nim pełną swobodę. Pełen mostków i ławeczek, raz po raz naznaczony małym, przytulnym pałacykiem – zachwycał przemyślaną dzikością natury, skupioną w okolicznych dziko rosnących krzakach, swobodnie posadzonych drzewach, wysokich trawach, szemrzących potokach i zarośniętych stawach, przypominających stare, zakurzone zwierciadła. Trudno było wyznaczyć jego granice – zdominowany przez dziką naturę w pewnych miejscach po prostu zlewał się z jej delikatniejszą odmianą, z zielonym krajobrazem okolicy. I tam szeptały między sobą swoje sekrety drzewa, kołysały się, niższe niż ogrodowe, trawy i coś tajemniczego planowały wzgórza.

Co robiła tam ona, nastoletnia dziewczyna? To chyba nie miejsce dla pojedynczych, wątłych figurek? Odpowiedź jest prosta. Po prostu zmieniła miejsce zamieszkania. Przeprowadziła się do owego zamku… z innego. Był jej drogi i przeżyła w nim dużą część swojego życia; był taki, jaki miał być, spełniał założenia jej wyobraźni i w kwestii zewnętrznej i – oczywiście – pod względem wnętrz. Tylko ten cmentarz pełen zarośniętych nagrobków nieznanych ludzi, rozłożony u stóp zamku; te milczące, majestatyczne skały; potężne morze zdające się odzwierciedlać każdy jej nastrój; cicho szepczące lasy… Wszystko razem tworzyło strasznie piękną całość, ale pojawiła się alternatywa jeszcze lepsza. Ideały po prostu przesunęły się trochę w stronę światła.

Przeprowadzka była niezbędna również z innych względów. Zrodziła się z potrzeby zaczęcia wszystkiego od nowa, swoistego oczyszczenia się. Zmycia przezroczystych strumieni łez z policzków chcących unosić się w uśmiechu. I tyle na ten temat, bo nie można pogłębiać ran… Nawet słowami.

Dziewczyna nie żałowała, że zostawiła za sobą dawne miejsce zamieszkania. Był zamkiem, miejscem z marzeń, ale przecież i teraz, nadal, zgodnie ze swymi wizjami – będzie mieszkać w zamku. Tamten posiadał magiczną aurę i cudowną atmosferę, ale wierzyła, że one znowu wrócą, że można te wartości ponownie wytworzyć; że chcieć – to móc. Znajdował się w niesamowitym otoczeniu, ale ta nowa okolica była równie piękna, tak samo przerażająco cudowna. Przecież przemyślała tę przeprowadzkę…

Tak. Uśmiechnęła się lekko, wpatrzona w tę jedyną, biało-złocistą chmurę na niebie. Wydało się jej, że ta w odpowiedzi zamigotała lekko, jakby zadrżały jej kąciki ust. Któż powie, że za tą chmurą nie ma słońca?

Tak właśnie czas postępował do przodu, tak właśnie mijał. Coś nowego zaczynało się, coś całkiem nowego. Dziewczyna po długich minutach refleksji sięgnęła po notatnik. Starała się mieć zawsze przy sobie rzeczy umożliwiające zapisanie swoich lub czyichś myśli; ogółem tego, co było warte zapamiętania, a raczej czegoś, co należałoby uchronić od zapomnienia.

Teraz najważniejsze w kwestii nowego miejsca zamieszkania jest to, by każdy pojedynczy pokój, każdą komnatę, każdy zaułek i każdy kąt – zagospodarować samodzielnie, urządzić według własnego pomysłu tak, aby potem nic już nie zmieniać. Trzeba wszystko dokładnie przemyśleć – a jeśli coś się nie uda, nie ma ideałów (?), szybko to poprawiać i potem już nie popełniać tego samego błędu. Swoją wyobraźnią, swoim umysłem, dzięki swej umiejętności tworzenia, myślenia, a przede wszystkim – doświadczenia – urządzę ten zamek tak, by okazał się trwałym miejscem zamieszkania; takim, z którego nie wypędzą mnie moje własne wspomnienia czy poczucie, że jednak coś mi nie wyszło.

I zmrużone oczy znowu wpatrzyły się w jakiś odległy punkt za oknem. Przymrużyła je aura delikatnego uśmiechu. Gdzieś na marginesie zostały dopisane kolejne słowa.

Trzymałam kiedyś szczęście za ogon. Wyrwało mi się, ale pozostawiło w mojej dłoni pióro, którym piszę. Staram się, by nie zmieniło swojej barwy, musi ono zachować swą krystaliczną biel – po prostu zapisuję tylko to, co dokładnie przemyślę. A urzeczywistnia się tylko to, co przemyślę jeszcze dokładniej. Szanuję je bardzo i dziękuję za to, że pośredniczy między moją wyobraźnią a rzeczywistością. Dzięki niemu patrzę na wszystko inaczej.

Zamknęła notatnik i jeszcze po jednym, ostatnim, długim spojrzeniu na dzisiejszy spektakl nieba, odwróciła się i ześlizgnęła z parapetu. Udała się do głównego, zamkowego holu, gdzie ktoś już na nią czekał. Tam należałoby wszystko zacząć.