342. [ROCKUJĄCA RECENZJA] Dorothy – „28 Days in the Valley” (2018)

get

Dorothy to amerykański zespół hardrockowo-bluesowo-southernrockowy. Jego siedziba to Los Angeles w Californii. W jego składzie znajduje się stojąca na jego czele wokalistka Dorothy Martin, gitarzysta Owen Barry, gitarzysta Eli Wulfmeier, basista Eliot Lorango i perkusista Jason Ganberg. Grupa ma w swoim dorobku kilka EPek oraz debiutancki longplay. Ta recenzja dotyczyć będzie drugiego albumu formacji – „28 Days in the Valley”.

Dorothy_28_Days_In_The_Valley

Płytę otwiera eteryczno-rockowe „Flawless”. W utworze mowa o tym, że ktoś z kimś się rozstał, ale rozstanie to nie jest do końca jednoznaczne, bo podmiot opowiadający w piosence wciąż jest „flawless” – czyli bezusterkowy. Rozstanie jakby nie obchodzi go do końca. W wymowie piosenka jest więc bardzo optymistyczna, mimo złego doświadczenia.

„Who Do You Love” to ciekawa ballada, na swoim miejscu – jako drugi numer z płyty. Pytanie zawarte w tytule utworu powtarzane jest przez wokalistkę kilkakrotnie. Zwraca się ona chyba do mężczyzny, który jest „frozen inside”, czyli zamrożony od środka. Prawdopodobnie wcale nie kocha. Te dwa powyższe kawałki znałam, zanim wyszła płyta – promowały one nią.

Czas na pierwszy utwór, który jest dla mnie nowością – „Pretty When You’re High”. Rozpoczyna się spokojną gitarą, w ogóle jest bardzo wyciszający. Zdecydowanie jest to bluesowy kawałek. Mowa w nim znowu o łamaczu serc, będącym samotnym wilkiem w dziczy. Temat niespełnionej miłości znowu powtarza się w twórczości Dorothy. Nie jest to jednak ani trochę denerwujące czy przeszkadzające.

W „Mountain” mamy nowość – chórki. Dorothy Martin towarzyszą backing vocals, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej w całym dorobku zespołu. Śpiewa wraz z nią mężczyzna. Znowu utwór kojarzy mi się jednoznacznie z bluesem. „Hey Mountain/Hey Mountain” – wyśpiewuje Dorothy, zabierając słuchacza w podróż okraszoną specyficzną przyrodą i nietypowymi krajobrazami.

„Freedom” ponownie rozpoczyna się bardzo spokojnie. W sumie płyta ta jest w miarę wyważona, jak do tej pory. Na pewno nie jest to metal, a zdecydowanie lekki, bluesowy rock. „Freedom” udowadnia to po raz kolejny. W piosence występują motywy różnych miejsc w Stanach Zjednoczonych, które kojarzą się z wolnością – wartością, która ostatecznie stoi na pierwszym miejscu w tym kraju. To swojego rodzaju utwór „drogi”.

„White Butterfly” zaczyna się bardzo tajemniczo – pojedynczymi, bardzo cichymi dźwiękami gitary elektrycznej – do czasu, gdy wchodzi wokal i perkusja. Niewiarygodne są dźwięki, któe wydobywa ze swojego głosu Dorothy w tej piosence. Przechodzi bardzo wysoko, a ponownie występują chórki – tym razem w refrenie. Utwór wycisza się i wygłaśnia na przemian – ma bardzo progresywne, malownicze tempo.

Pora na tytułowy utwór – „28 Days in the Valley”. Rozpoczyna go intro rodem z filmów o Dzikim Zachodzie, człowiek przez moment czuje się, jakby był w kinie. Ten utwór cały jest właściwie filmowy i z powodzeniem mógłby okrasić film przykładowo Quentina Tarantino. Nie zdziwię się jak ten utwór znajdzie się w tego typu produkcji, bo jest niesamowicie klimatyczny.

„On My Knees”, w przeciwieństwie do poprzednich co najmniej trzech utworów, jest żywy, szybki i skoczny. Gitara wybrzmiewa z całą swoją mocą, a wokal Dorothy świetnie się z nią przeplata. W słowach piosenki znowu pobrzmiewa jedyny w swoim rodzaju dystans do spraw miłosnych. Dorothy powtarza konsekwentnie pewne motywy w swoich piosenkach.

„Black Tar & Nicotine” to pewne wyciszenie, znowu, po skocznym poprzedniku. Jest to zdecydowanie bardziej ballada. „My heart is empty and there’s no tears” – siła wybrzmiewa z płuc wokalistki i ze słów, które wyśpiewuje.

„Philadelphia” to utwór o tym właśnie miejscu. Znowu mamy motyw drogi, podróży, geografii USA. Dorothy to nierozerwalnie połączona ze Stanami Zjednoczonymi twórczyni – kraj ją inspiruje i to słychać. Jej wokal jest tu wyjątkowo delikatny.

„Ain’t Our Time To Die” nie wyróżnia się niczym specjalnym. Niestety. To jakby kolejny kawałek w klimacie poprzednich. Dorothy znowu zwraca się do jakiegoś mężczyzny. Wokal jest jak zwykle niesamowity, ale utwór jakoś się nie odznacza.

Przedostatni „We Are STAARS” to rock’n’rollowy kawałek w całej swojej okazałości. Jest szybki i skoczny. Bardzo kojarzy się z twórczością Beatlesów – mamy w nim chyba wszystko, co porywa chociaż do ruszania nogami albo nawet do tańca.

Ostatni utwór, „We Need Love”, to swojego rodzaju hymn o miłości. O tym, że jest potrzebna, wręcz niezbędna w dzisiejszych trudnych czasach. Lubię takie piosenki, bo wnoszą coś niesamowitego do świata, na którym przyszło nam żyć.

PODSUMOWANIE
Album „28 Days in the Valley” zabiera słuchacza w podróż nie tylko muzyczną, ale także geograficzną – po Stanach Zjednoczonych. Jest nierozerwalnie związany z tym krajem, w związku z czym chyba nie każdemu przypadnie do gustu. Marzy mi się taka płyta na gruncie Polski – byłoby to bardzo ciekawe, nowatorskie rozwiązanie w dziedzinie rock’n’rolla. Wciąż czekam na taką płytę. „28 Days in the Valley” wzbudza nostalgiczne uczucia. W swojej wymowie jest dość optymistyczny, ale także melancholijny. To ciekawa mieszanka bluesowych ballad, rock’n’rollowych kawałków i southernrockowych, rasowych piosenek. Czy wrócę do tej płyty? Kiedyś pewnie tak, ale po jednym słuchaniu mam na razie dość. Z obu płyt, które wydał Dorothy, wolę jednak debiutanckie „ROCKISDEAD”. Chociaż na pewno dam tej nowej płycie jeszcze zasłużoną szansę.

 

Reklamy

294. Teledyski Tool – o co w nich chodzi?

Dzisiaj przeglądam audiowizualną twórczość zespołu Tool. Jak do tej pory, zespół zrealizował osiem teledysków do swoich utworów z najróżniejszych płyt. Przyglądam się uważnie konwencjom, stylistyce, inspiracjom, i zdradzam wszystko w poniższym poście. Zapraszam do czytania tych, którzy znają Tool, ale też tych, którzy dopiero się z nim zapoznają. Gotowa/y? Zaczynamy!

1. Tool – Hush

Album: Opiate

Teledysk w black&white. Do Maynarda, Danny’ego i Adama zbliża się nagi osobnik, były basista Paul d’Amour. Kamera za jego plecami. Na tyłku ma tabliczkę „Parental Advisory. Explicit Parts.” Później okaże się, że z przodu niestety też. Stojący w rzędzie trzej wymienieni panowie, do których zbliża się Paul, też mają takie tabliczki, zasłaniają im członki. Wszyscy mają zaklejone usta, czarna taśma formuje się w grube krzyżyki. Pod koniec utworu, gdy już Paul ustawia się z nimi w rzędzie, ustawia między nimi, wszystkim z ust zaczyna lecieć gęsta, biała masa. Koniec, ostatnie ujęcie na Maynarda, który wyśpiewuje przez pół utworu urocze, jak widać wyżej, słowa. Uśmiecha się. Piosenka to protest przeciwko cenzurze, a w bardziej przyziemnym wymiarze – poparcie idei mówienia tego, co się chce, szczerze, bez uwagi na społeczne konsekwencje. Niektórzy faktycznie nie zasługują na wiele więcej niż „Go fuck yourself”.

2. Tool – Sober

Album: Undertow

Z “Hush” było łatwo i przyjemnie, z “Sober” już inaczej. Teledysk to animacja autorstwa Jonesa, znanego z zamiłowania do dziwności, deformacji i brzydoty. Głównym bohaterem jest zniekształcona istota, przypominająca człowieka jedynie z budowy i sposobu poruszania się. Żyje w niewielkim, pustym pokoju, w nim tylko łóżko, gołe ściany, stół i tajemnicza drewniana skrzynka. Dominuje smutna szarość, poważny brąz. Człowieczek trzęsie się, wygina w rytm muzyki oraz skarg i żalów, które można odnaleźć w tekście. Odkrywa w swoim domu różne niezwykłości jak np. rurę, w której płynie różowa masa czegoś przypominającego ludzkie wnętrzności. Końcowe ujęcie – zagląda do skrzynki. Czerń zalewa ekran. Widz może tylko domyślać się, co autor miał na myśli. Na Wikipedii dopisano ważną treść: Kurt Cobain skrytykował video ze względu na podobieństwo do surrealistycznej twórczości Braci Quay. Właściwie to bezczelne zerżnięcie, bo wszystko to „należałoby pozwać do sądu i zażądać odszkodowania”. Och ten Cobain, wrażliwiec.

3. Tool – Prison Sex

Album: Opiate

Ta sama technika animacji co w “Sober”, ale więcej deformacji, niezwykłości, typów, których trudno spotkać w szarym życiu codziennym. Podobny teledysk, ale temat nieco bardziej rozwinięty. Widać wyraźnie, że wydarzenia podporządkowane są muzycznym taktom, do najdrobniejszych szczegółów jak ruchy czy nawet gesty postaci. O nich kilka słów: zdeformowana, beznoga lalka sunąca na własnej miednicy. Jej oczy prosto z „Mechanicznej pomarańczy”. Ofiara, taka ofiara, jak dopadnięty w więzieniu najbardziej parszywy przestępca. Przez całą długość video pastwi się nad nią wysoka, smukła, czarna istota przypominająca Obcego. Ot, taki przytyk w nos Cobaina – jeszcze więcej perwersji. Ale przede wszystkim – większe pole popisu dla Jonesa (samodzielny reżyser tym razem) i wyjście na jaw jego fascynacji horrorem. Pierwszy teledysk, w którym nie pojawiają się członkowie zespołu.

4. Tool – Stinkfist

Album: Ænima

“To nie wystarczy, potrzebuję więcej, nic mnie nie rusza. Nie tylko chcę tego, po prostu tego potrzebuję – czuć, oddychać, wiedzieć, że żyję” – Maynard śpiewa refren, wyśpiewując tak naprawdę, zdaje się, główny problem bohatera teledysku, jak i całego utworu – samotność, brak emocji, satysfakcji, życiową nudę. Zimne, szaroniebieskie kolory i dramat człowieka, który chce, ale nie potrafi z życia czerpać tyle, ile by chciał – w zamian w swojej samotni pada ofiarą różnych eksperymentów, sam także tworząc z nudów dziwne stwory, robaki, zjawiska. Szaleństwo osoby samotnej i rzeczy, do których jest zdolna – o tym, metaforycznie ujmując, opowiada video. O ile „Prison Sex” dotyczy aktywności, przemocy, o tyle „Stinkfist” dotyka rozkładu, bierności. Autor koncepcji, zniekształciwszy wszystko co się da, to oczywiście Jones.

5. Tool – Ænema

Album: Ænima

Trudna rzecz z “Ænemą”, jedną z moich naj piosenek Toola. Wydaje mi się, że to dlatego, że tekst – jedna wielka skarga na amerykańską rzeczywistość, zrównanie jej z ziemią – kłóci mi się z nierealistycznym (Adam Jones) charakterem teledysku. Maynard życzy sobie, żeby pieprzona dziura, jaką jest dla niego Los Angeles, została zalana. Radzi ludziom nauczyć się pływać, wyraża nadzieję, że przyjdzie armagedon. W każdym razie w teledysku uświadczy się i eleganckich garniturów na istotach ludzio-podobnych, jak i wody, wody, chmur i katastrof. Źle mi, niedobrze – lubię utwór, ale teledysk do niego to lekka strata czasu.

6. Tool – (Mantra+) Schism

Album: Lateralus

Jak zwykle daje się we znaki związek tekstu piosenki z samym teledyskiem. Oba te twory opowiadają o zmaganiach dwóch osób, które się rozstały. Mimo deformacji, można domyśleć się, że w teledysku występuje zwłaszcza mężczyzna i kobieta, dawni kochankowie. Pojawiają się jednak inne istoty, więc można pomyśleć, że zerwana więź odnosi się także do przyjaźni. „Wiem, że części do siebie pasują, ponieważ widziałem… jak się rozpadają” – dramatycznie wyznaje Maynard, pełen wiary… I naiwności? Z jednym wersem, dziś w szczególności, mogę się zgodzić: „Zimna cisza powoduje, że zanika wszelki sens współczucia”. To jedno jest pewne. Mocne.

7. Tool – (Parabol+) Parabola

Album: Lateralus

Ponad 10 minut obrazu, łączącego dwa powyższe utwory. Powiedzmy sobie szczerze: tekst jest wzniosły, dotyka arcyważnych kwestii, opowiada o życiu, jest poważny, dumny. Jest wspaniały. Przemawiają przez niego religijne, zwłaszcza buddyjskie przesłanki. Teledysk jak zwykle zawiera abstrakcyjne sceny, wymyślne kreatury, gościnnie występuje Tricky w roli, uwaga, nie-człowieka najbardziej zbliżonego do człowieka. W końcowych sekundach zawiera się idea ostatnich słów – „Obejmuj ten moment, pamiętaj, jesteśmy nieśmiertelni. Cały ten ból to iluzja” – czarnoskóry spotyka latającego liścia, który zamienia się w płomienne oko, rozdwaja się, oplata go i tworzy trzecie oko, a ono symbolizuje m.in. wyobraźnię, intuicję, bezkres, bezczas, ale także jedność wszystkich ludzi – jesteśmy tacy sami, tak samo cierpimy, mamy większe i mniejsze problemy, równe szanse, jesteśmy jednością. Jednym umysłem. Dla zdesperowanych jeszcze jedna buddyjska idea: jak nie to życie, to następne. OK, wkradł mi się cyniczny żart, a nie powinien. Bardzo wielbię utwór i tekst – teledysk już jednak nieco mniej. Dziwną zależność zauważam: teledyski do utworów Toola, które lubię najbardziej, nie podobają mi się. Dlaczego? Tylko i wyłącznie odpowiedzią jest geniusz szczęśliwej pary, muzyki i tekstu, z którą przegrywa obraz. To duży postęp, znaczący potencjał, wielka wartość w dobie kultury audiowizualnej.

8. Tool – Vicarious

Album: 10,000 Days

Teledysk wyróżnia się na tle pozostałych, jest inny, bardziej zajmujący. Tematyka przyziemna – ale jak bardzo ważna i aktualna. Mniej w nim animacji na rzecz realistycznych sekwencji i zdjęć, zwłaszcza fotografii prosto ze świata mediów – katastrof, tragedii, procesów sądowych, pustych klas. Dlaczego ze świata mediów, a nie po prostu ze świata? Media kłamią! I o tym jest piosenka – o krytyce mass mediów, ich pastwieniu się nad ludzkim losem, rozdrapywaniem ran, roztrząsywaniem problemów, przesadzaniem, nadmiernym ubarwianiem, nadmiernym, nadmiernym i jeszcze raz nadmiernym przesadzaniem, niezwykłym, niezwyczajnym, pieprzonym przesadzaniem! Temat bardzo na czasie z uwagi na „katastrofę w Japonii”, bo takie określenie utarło się w mediach, kiedy to dziennikarze do granic wyczerpują ten temat, prości ludzie cykają się, że nad ich głową pojawi się chmura atomowa, z Japonii, zaradnego i przygotowanego na różne ewentualności kraju, robi się jakiś Azerbejdżan. Zły news to oczywiście dobry news. Ale ci dziennikarze nawet z dobrego potrafią zrobić zły…

Koniec przeglądu.
Jak Ci się podoba audiowizualna twórczość Tool?
Czy któryś z wideoklipów przypadł Ci szczególnie do gustu?

in-progess_vicarious

Który z utworów spodobał Ci się najbardziej?
Porusza Cię ta twórczość czy pozostawia obojętnym?
Koniecznie daj znać w komenatrzu.

286. [ROCKUJĄCA RECENZJA] Skarlett Riot – „Regenerate” (2017)

Skarlett Riot to brytyjski zespół hardrockowo-metalowy, a nawet metalcore’owy. Swoją działalność rozpoczęli latem 2010 roku w swoim rodzinnym Scunthorpe, w North Lincolnshire. W ostatnim czasie (2017 roku) zostali związani ze szwedzką wytwórnią Despotz Records. Jako swoje inspiracje muzyczne zespół wymienia takich wykonawców, jak Guns N’ Roses, AC/DC, Halestorm, Bless the Fall, Shinedown, Bullet for my Valentine, Courtney Love, Joan Jett czy Alter Bridge.
Jak dotąd zespół wydał całkiem sporo jak na swoją niedługą karierę. Skarlett Riot EP, Villain EP, Tear me Down LP, We are the Brave EP i Sentience EP – to ich wydawnictwa jak do tej pory. Tak więc zespół nagrał drugi solowy album w swojej karierze – Regenerate LP został wydany 27 października 2017 i wtedy pojawił się na Spotify, skąd trafił na moją playlistę.
Płytę otwiera szybki, melodyjny Break. W piosence mamy motyw uwięzenia przez złą osobę i chęć uwolnienia się z opresji. Do utworu powstał teledysk.
Drugi kawałek, Closer, równie skoczny i melodyjny, opisuje motyw niemożliwości ucieczki z pewnego miejsca. Soczyste riffy i przejścia muzyczne to znak firmowy tej piosenki, a także bardzo chwytliwy refren.
Stand Alone otwiera szybka sekwencja gitary, która utrzymuje się przez cały utwór. Bohaterka tekstu chce „stać samotnie”, z daleka i z dystansu od osoby, której nie darzy sympatią. I hope you choke, I hope you scream (…) You better keep your distance, Stay away from me – wyśpiewuje wokalistka w refrenie.
What Lies Beneath mówi o tym, co nieodkryte. Piosenka zawiera motyw marzeń i śnienia. You better believe me – śpiewa wokalistka, Skarlett. I dare you, Get closer, Try to drag me down. Znakiem rozpoznawczym utworu jest ciekawe przejście od refrenu do reszty piosenki.
Calling rozpoczyna się gitarą zmieszaną z pianinem – nowość na płycie. Jak sam tytuł podpowiada, piosenka jest wołaniem do kogoś, przypuszczalnie do byłego mężczyzny. Mamy w piosence motyw rozstania i życzenia dobrze mimo wszystko.
Affliction jest w swojej formie dość agresywne, przeplatane jednakże balladowym wokalem i sekwencjami pianina. Znowu mamy zwrot do kogoś z przeszłości i niemożliwość wymazania wspomnień.
Outcast – czyli wyrzutek – to utwór o byciu outsiderem i czuciu się z tym dobrze. Utwór nieco zlewa się z poprzednimi, nie wyróżnia go nic szczególnego. Tak samo dzieje się z resztą płyty – piosenki są do siebie podobne. Niestety w Internecie nie ma jak do tej pory słów piosenek z tego najnowszego albumu, więc trudno jest mi je interpretować – mogę odnieść się tylko do warstwy muzycznej.
Paralyzed, The Storm i Warrior (singiel) praktycznie zlewają się w całość, nie ma w nich nic szczególnego. Znowu mam do czynienia z płytą, która jest tylko połowicznie dobra, niestety. Tak było w przypadku The Ritual LP In This Moment, tak jest w przypadku Skarlett Riot. Przynajmniej do tej ostatniej piosenki, powstał teledysk – do obejrzenia poniżej. W sumie to godne zakończenie płyty. Możemy zobaczyć zespół w całej krasie.
Reasumując, płyta Skarlett Riot to połowicznie interesujące wydawnictwo. Ciekawe jest to, że to brytyjski zespół – w zalewie amerykańskiej muzyki jest to swojego rodzaju świeży oddech od naszych sąsiadów zza morza. Niemniej jednak nie jest to płyta dla wszystkich, szczególnie gdy słowa piosenek nie są jeszcze znajdywalne w Sieci. Zespół aktualnie koncertuje po Anglii i ma swoją bazę oddanych fanów – takich, którzy rozumieją, o czym śpiewa wokalistka. To niezmiernie ważne – rozumieć i odbierać słowa. Ja niestety nie władam językiem angielskim w wystarczającym stopniu, by docenić potencjał tego zespołu, niemniej jednak recenzję napisałam – w kształcie takim, a nie innym, ale zawsze.

283. [ROCKUJĄCA RECENZJA] Stitched Up Heart – „Never Alone” (2016)

Grupa Stitched Up Heart powstała w 2010 roku dzięki wokalistce Alecii „Mixi” Demner i gitarzyście Mikey’owi Alfero. Później dołączył basista Randy Mathias i perkusista James Decker. Zespół wydał dwie EPki, Stitched Up Heart EP w 2012 roku oraz Skeleton Key EP w 2014. Debiutancki album – Never Alone – został wydany w czerwcu 2016 przez wytwórnię Another Century Records i zadebiutował w TOP10 zestawieniach Billboardu, Heatseeker i Hard Rock.

Utwór otwierający, Finally Free, eksploruje wątek wolności, tak popularny w rocku. Do kawałka powstał teledysk. Jest to również singiel zespołu, promujący debiutancki longplay.

 

Drugi utwór, Monster, również jest singlem i także powstał do niego teledysk.

 

Tak samo trzeci utwór, to również singiel i także posiada teledysk. Niech muzyka przemówi sama za siebie.

Event Horizon opowiada o przekraczaniu barier. To mocno hardrockowy utwór z ciekawym tekstem: Now I’m not afraid of the unknown / Cause I can’t believe / This is happening to me / Another chance for me to see infinity / The past is gone, I can feel it moving on / Another chance for me to start again / Moving through the event horizon / Moving through the e-, moving through the event horizon. Kolejny utwór It’s So Easy rozpoczyna się mocną sekwencją gitar, by później się nieco wyciszyć, i znowu nabrać tempa. Opowiada o rozstaniu – o tym, jak odchodzi kobieta.  Tytułowy Never Alone zaprasza tekstem, w którym autorka wyśpiewuje, że słuchacz nie będzie nigdy sam.

Now That You’re Gone opowiada o rzeczywistości po rozstaniu – jak widać, rozstanie to częsty motyw w twórczości Stitched Up Heart. Ciężkie gitary i mocny tekst to znak rozpoznawczy tej piosenki. Ósmy z jedenastu kawałków, Turn You On, to przewrotny utwór o tym, jak autorka chce kogoś zniszczyć, zlikwidować, zwrócić uwagę: I can’t wait to watch your ego bleed / Your pain will set me free. Dziewiąty Bleeding Out to zwrot do kogoś, kto wykrwawia się na śmierć. Autorka mówi do niego, ale on już nie słyszy. Utwór jest bardziej powolny od pozostałych, przypomina balladę: No matter what I say / My words are empty / If you can’t hear me / Bleeding out.

Dwie ostatnie piosenki, City of Angels i I Can’t Breathe stanowią interesujące outro z płyty. Pierwszy kawałek dotyczy Los Angeles – Miasta Aniołów – i zawiera takie wersy, jak: We belong to a city of angels / Trapped beneath our feet / Whoa, whoa / Sit back and watch it burn. Mamy więc motyw miasta w płomieniach. I Can’t Breathe to monolog osoby będącej zakopaną „sześć stóp pod ziemią”. Jednak w ostatnich wersach postać wyswobadza się z okowów, by stwierdzić: Oh I can see it now / I was lost but now I’m found / Finally breathing. Ostatnie utwory, nie da się ukryć, nieco zlewają się ze sobą, chociaż I Can’t Breathe to kolejna rockowa ballada i pod tym względem jest to wyróżnik.

 

 

 


Płyta Never Alone to raczej tylko gratka dla fanów zespołu. Przez mój odtwarzacz przeszła raczej bez echa i prawdopodobnie nie będę do niej wracać. Warto jednakże poznać kolejny female-fronted zespół rockowy, jako że rockowe wokalistki to moje idolki i moja pasja. Mam nadzieję, że w końcu trafię na coś, co dorówna choć trochę zespołowi DOROTHY – jednej z moich ulubionych grup. Czekam z niecierpliwością na naprawdę dobry rockowy album!

282. [ROCKUJĄCA RECENZJA] In This Moment – „Ritual” (2017)

In This Moment to alternatywno-metalowy zespół z Los Angeles. Posiada dwóch trwałych członków – wokalistkę Marię Brink i gitarzystę Chrisa Howortha. Basiści i perkusiści zmieniali się na przestrzeni lat. Ostatni album – Ritual – został nagrany w składzie Maria, Chris, Travis Johnson i Kent Diimmel. To szósty album w dorobku zespołu. Ujrzał światło dzienne w lipcu 2017.

Płytę rozpoczyna intro Salvation z czterema wersami słów: It took laying with the devil / And looking him straight in the eyes / For me to seek and truly know the grace of God / And all of Her glory. Zaczyna się religijnie i to właśnie Bóg jest motywem przewodnim tego albumu.

Potwierdza to następny kawałek, błagalny Oh Lord, będący również singlem, na razie jedynym, z płyty Ritual. Został wydany wraz z teledyskiem w maju 2017.


Black Wedding rozpoczyna się ciekawą sekwencją pianina i znowu zawiera motywy religijne. Kolejny utwór to cover Phila Collinsa, In the Air Tonight. W wersji rockowo-gotyckiej wypada całkiem interesująco.



Następna piosenka poświęcona jest Joannie d’Arc i nazywa się po prostu Joan of Arc. Autorka tekstu wczuwa się tutaj w męczennicę i wyśpiewuje w refrenie: You can crucify / You can nail me to your cross / You can find me guilty for everything you’ve lost / Go ahead, blame me for your sins / Go ahead and sacrifice me / Make me your martyr / I’ll be your Joan of / I’ll be your Joan of Arc. Kolejny utwór to River of Fire – z ciekawą elektroniką w tle, opowiada o chrzeście w rzece ognia – ponownie religijny wątek. Witching Hour odnosi się znowu do historii religii i magii. To interesująca nuta o tradycji czarownictwa. I tutaj moim zdaniem kończą się rewelacje In This Moment, ponieważ reszta płyty – ostatnie pięć piosenek – zlewa się nieco w całość.


Mamy melancholijne Twin Flames o minionej miłości (We were on fire / A frequency of me and you / We were on fire / One flame bursting into two). Jest znowu przesiąknięte religią Half God Half Devil, No Me Importa z pianinem w tle o tym, że autorka tekstu jest chora, a ktoś próbuje ją uleczyć, jednakże ona wyczuwa plagę w tej osobie i nazywa go szczurem w klatce. Jest Roots, który w mrocznej atmosferze mówi o tym, że autorka uleczyła się dzięki pewnej osobie i czuje się silna jak nigdy. Ostatni kawałek, Lay Your Gun Down, nie zapada w pamięć i jest w mojej opinii słabym zakończeniem płyty. Jest to powolny utwór, rozwijający się powoli i kończący również wyciszeniem. Opowiada o samobójstwie.


Podsumowanie tej płyty to chyba takie pięć w skali do dziesięciu. Połowa płyty jest bardzo zajmująca, interesująca, eksploruje wątki religijne i historyczne, wszystkie utwory mają swój klimat i są oryginalne. Reszta natomiast jest nieco naciągana. In This Moment postarało się, ale tylko połowicznie. Warto zauważyć jeszcze, że wokalistka przeżywa swojego rodzaju przebudzenie religijne, tak też pozuje na zdjęciach (jak wyżej) jako prawie że Matka Boska. Taką tendencję – do powracania do Boga – można zauważyć w wielu rockowych zespołach. Motyw Boga i diabła jest na przykład u Black Sabbath czy z młodszych zespołów – u The Pretty Reckless. Można więc powiedzieć, że to dość popularnie eksplorowany wątek. Komu może przypaść do gustu? Chyba każdemu, kto jest zainteresowany religią albo wierzący. I tę płytę polecam właśnie religijnym ludziom, otwartym na nowe horyzonty muzyczne, z otwartymi głowami i chętnym poznać coś nowego w kwestii alternatywnego metalu.