200. Moje włosy i fryzury – część ostatnia

Janis Joplin – Piece of my Heart (Janis Joplin’s Greatest Hits compilation, 1973)


Each time I tell myself that I, well I can’t stand the pain,
But when you hold me in your arms, I’ll sing it once again

***
LET’S GET THE SHIT DONE! Po wątpliwościach, rozczarowaniach i złych nastrojach, uwierzyłam w końcu, że jasny blond na głowie to jest „mój kolor”. Przede wszystkim, rozjaśniał moją twarz, wtedy jeszcze często zamyśloną, a dla niektórych wręcz poważną czy smutną. Teraz dobrze współgra z moim ogólnym dobrym samopoczuciem 🙂

Zapowiedziałam, że będą niespodzianki, kolory, plany i marzenia. Pisałam także w poprzedniej części, że moje jasne włosy przechodziły w międzyczasie kilka delikatnych koloryzacyjnych metamorfoz – mam na myśli teraz już rok obecny, hello, 2013.

Zorientowani w modowych trendach być może pamiętają, że tak zwany pink trend pojawił się wraz z wiosną 2012. Wtedy zupełnie go przegapiłam, ale trend ten przeżywał na mojej głowie nieświadomy renesans rok później, wraz z zimą/wiosną 2013 (pamiętacie – zima dłuuuga, a wiosny prawie wcale?).

Tak myślę, że po prostu trzeba było ją brać trochę z przymrużeniem oka.

 

Przepis na różowe włosy

Różowy kolor uzyskuję w sprytny sposób: kupuję czerwoną szamponetkę (najlepiej z firmy Marion), wykorzystuję jakąś 1/6 na jedną koloryzację, mieszam ją ze zwykłym szamponem i tę mieszankę trzymam na głowie jakieś 3 do 5 minut.

Kolor na początku jest intensywny, ale po każdym myciu traci. Ale zawsze podczas mycia można znowu użyć powyższej magicznej mieszanki.

Marzec 2013

Przestrzegam jednakże przed używaniem szamponetek Palette. Każda, kto interesuje się tematem wie, że Palette niestety zbyt mocno przyczepia się do włosa. Dzieje się tak nawet w przypadku teoretycznie zmywalnych szamponetek. Gdy raz jej użyłam (potrzebowałam, a nie mogłam znaleźć Marion), szybko złapała i miałam wręcz czerwonawe włosy, róż to na pewno nie był, i tak też się spłukiwały – przez jasną czerwień do ocieplonego blondu.

Co dziwne, w wyniku używania tej mojej magicznej mieszanki, możliwe jest uzyskanie pasemek.

 

Tak wygląda róż bardziej sprany. Fryzura całkiem na luzaku, bo po co się stroić do parku na trawę?
Ale różowe okulary muszą być!

Miałam różowawe włosy jeszcze całkiem niedawno, na tej sesji – ale obecnie cieszę się zwyczajnym blondem. Mam świadomość, że na mojej głowie panuje obecnie faza przejściowa.

Uważam, że włosy – odpowiednio zadbane, dopasowane i wypielęgnowane – są autentyczną częścią tożsamości (fizyczną jej cechą, która oddziałuje na dobry nastrój, czyli psychikę). Kiedy fryzjerka, o której czynie opowiadałam w poprzednim poście, obcięła mnie na wyjątkowo krótko i nierówno, wiedziałam, że naprawdę dużo straciłam! Obecnie układam się, sklejam własną tożsamość, której istotną częścią okazują się w tym procesie także i włosy. Nie tylko to, co mam w głowie, ale także to, co na niej… 🙂

Sprawa wygląda tak, że nie byłam u żadnego „specjalisty”, czyt. fryzjera, od lutego 2012. Dziś, półtora roku po skróceniu, moje włosy urosły do tej długości:

Jak myślicie, dużo? Tylko raz, góra dwa, samodzielnie przycinałam sobie końcówki, a tak to pozwalam im rosnąć. Ze szczególną troską dobieram szampony i odżywki. Na razie żadnej reklamy robić nie będę, choć mam ją trochę w planach 🙂 Zapuszczam włosy i przygotowuję je na wizytę u fryzjera, który DOBRZE NAS ZROZUMIE i nie zrobi nam żadnej krzywdy! To są te plany i trochę marzenia.

Tak się kończy ta, niespodziewanie długa, włosowo-fryzurowa historia. Kończy się na tym, że włosy na szczęście mam i to coraz dłuższe, ale fryzury to niestety praktycznie brak. W ogóle nie noszę ich rozpuszczonych. Bo wyglądają jak szczota. „Rozpuścić szczotę, jak myślisz?” – pytam się o radę. Bardziej w żartach niż na serio, i znowu ją spinam. Niestety nie pasują mi proste, nie wycieniowane włosy. W głowie różne myśli, to i fryzura ma być zróżnicowana 😉

Tymczasem życzcie mi cierpliwości, muszę się w nią uzbroić…

PS. Żeby powiększyć galerię tego posta, kilka architektoniczno-nieruchomościowych dodatków, które przykuwają moją uwagę na ulicy nie mniej niż fajnie ubrani ludzie czy ich ciekawe fryzury.

Opuszczony (?) dom uchwycony parę lat temu na wycieczce rowerowej (2009?2010?)
Milutki przybytek rozpusty w stylu rodziny Addamsów, na tle zimowego nieba 2013
Podgórna 10 w Poznaniu, wrota do nieznanego wymiaru, 2013
Pocztówkowe ujęcie Poznańskiej Opery, 08.2013
I znowu widok na Teatr Wielki i fontannę w Parku Wieniawskiego, ale z innej perspektywy, 08.2013
Na koniec ja różowa i szczęśliwa, że daję radość niebieskiemu tańczącemu dziecku 😉
Reklamy

199. Moje włosy i fryzury – część 3

Hole – Someone Else’s Bed (Nobody’s Daughter LP, 2010)


Are you there when I’m ready to top myself?
Are you there when I’m all alone?
Do you even know why I am suffering?
Are you down to your bones?

Zakończyłam przedostatni odcinek na listopadzie 2011 roku, okresie tuż po ukończeniu 21 lat. Z mojej inicjatywy zostały wtedy zrealizowane dwie w sumie dość spontaniczne sesje – jedna o kryptonimie „natural”, druga „rebel”, miała być jeszcze trzecia – „indie” – ale zabrakło na nią chęci/czasu/pomysłu, nie pamiętam. W każdym razie moje długie naturalne włosy zostały uwiecznione tuż przed planowaną, nadchodzącą zmianą pofarbowania na inny kolor.

Po odrzuceniu czerwonych odcieni, wybrałam ponadczasowy platynowy blond. Kwestia była taka – chcę być blond, koniecznie jasny, bardziej chłodny niż złocisty (moje naturalne refleksy są złote), taki jak Courtney Love z wczesnych lat 90.

Courtney na Reading Festival w Anglii, 1991 (po lewej Kim Gordon z Sonic Youth, w środku Kat Bjelland z Babes in Toyland?)

I na kolejnej edycji tego samego festiwalu, 1994

Jak widać nawet na powyższych zdjęciach, nie jest łatwą sprawą utrzymać jasny blond na głowie ciągle taki sam. Inna historia, gdy kobieta chce zmieniać jasność i odcień swojego blondu, bo tak pragnie, bo takie ma upodobania. Tak między innymi, podobno, robiła Marilyn Monroe – w każdym filmie chciała mieć trochę inny blond. Nie wiadomo na ile była to jej zachcianka, a na ile robota fryzjerów (nie zawsze dobra).

Mężczyźni wolą blondynki (1953)
Na premierze Księcia i aktoreczki w Radio Music Hall w NYC (1957) 😀 😀 😀 🙂
Niemal białe włosy na planie niedokończonego Something’s Got to Give (1962)

Wtedy, w 2011, Marilyn Monroe była mi obojętna, inspirowałam się głównie Courtney. Odważnie, a może i brawurowo, zdecydowałam z mamą, że pofarbujemy mi włosy w warunkach domowych (trochę nie ufając fryzjerom, a bardziej po prostu polegając na własnych zdolnościach). Kupiłam dwa rozjaśniacze z Joanny i do tego „Jasny perłowy blond” z L’oreal.

Początkowo efekt był niestety kurczakopodobny, ale po zastosowaniu na świeżo pofarbowane włosy srebrnej (albo fioletowej?) płukanki, zobaczyłam w lustrze kolor taki jak Courtney i wykrzyknęłam do mamy, że jest!, mam kolor taki, o jaki chodziło. Pamiętam, że początkowo nie mogłam jednak przyzwyczaić się do takiej zmiany, poleciałam nawet do sklepu po farbę w kolorze naturalnego ciemnego blondu, ale z czasem polubiłam siebie w nowym kolorze, w miarę jak otrzymywałam pozytywny feedback. „Fajne włosy”, „zajebiście”, „fajny hipis”, „bardzo ładny blond” itd., itp., komplementy skutecznie na mnie oddziałały. Pierwsze zdjęcie z nowym kolorem mam z 20 listopada 2011, robione kamerką w laptopie.

Niezbyt zadowolona
Kilka dni później już bardziej
Bo z warkoczykiem i opaską

 

I fajeczką?

Lepszym sprzętem mam z grudnia 2011.

Z dużym flashem
To samo tło, ale inne światło

 

Jak widać, wyszły mi nawet trochę pasemka, wyglądało to w miarę naturalnie (chociaż nadal ciemnooo). Wszystko było dobrze do czasu – kiedy odrosty były na tyle duże, że zaczęły przeszkadzać. Moja cierpliwość skończyła się na początku lutego 2012. Po poleceniu mi PODOBNO dobrego fryzjera w moim rodzinnym mieście, poszłam do niego, by tym razem mieć jeszcze lepszą fryzurę, niż udało mi się to zrobić z mamą. Jak widać na powyższych zdjęciach, włosy miałam nietypowo pocieniowane, zrobiłam to sama… Dziś tego żałuję, bo w lutym moja warstwa dłuższych pasm była na tyle rzadka, że zaczęły przypominać pióra ptaka przejechanego przez tira. Świadomie podjęłam decyzję: pora podciąć je do ramion – chciałam wyglądać tak, jak na zdjęciu w jasnej sukience.

Zapowiadałam, że w tym poście będzie na krawędzi prawa… Otóż tak: fryzjerkę, która mnie obcięła, a raczej OBRZĘPOLIŁA, najchętniej posłałabym do fryzjerskiego więzienia, żeby odsiedziała karę za jedną z najcięższych fryzjerskich zbrodni: obcinanie włosów klienta zgodnie z własną fantazją czy też zgodnie z własnym brakiem fryzjerskiej wiedzy o stylizacji, a nie zgodnie z jego preferencjami i kształtem oraz rysami twarzy. Masakracja moich włosów powstała głównie za sprawą tego, że fryzjereczka wzięła moją górną partię włosów do góry, a następniej jednym ciachnięciem doprowadziła czubek mojej głowy do katastrofy. OK, na miejscu w gabinecie rozmyśliłam się od tego, by mi jeszcze te biedne włosy farbowała, kupiłam farbę sama, poszłam do domu, nałożyłam ją, wysuszyłam włosy, wyprostowałam i wyglądałam nawet jak człowiek.

…ALE. Czy na tym polega dobra fryzura, żeby spędzać przy jej wyglądzie minimum godzinę? Raczej na tym, by przebudzić się rano, użyć jak najmniej kosmetyków albo wcale, a fryzura gotowa. Cały czas próbowałam sobie przemówić, że wcale nie wyglądam źle, ale reakcje znajomych w stylu „Kto ci zrobił taką krzywdę?” obudziły moją uśpioną czujność. Zła byłam na siebie, że użyłam farby PALETTE „Rozświetlony popielaty blond”, co zaowocowało w niedalekiej przyszłości zieleniną na włosach. Dosłownie żółto-zielonym odcieniem. Wtedy nie byłam taka mądra jak teraz, fryzjerzy tak samo nie byli wcale mądrzejsi ode mnie, więc chodziłam zielona i radosna. Nie mam zdjęć z tego okresu, bo nie było czego fotografować. 😀

We wakacje wyjechałam do USA i zdałam się na tamtejsze farby, w sumie nie było źle. Nie narzekałam na kolor, bardziej na to, że mam tak krótkie, nie spinające się w porządną kitkę włosy. Tak wyglądały we wakacje 2012, gdy rozwiewał je wiatr:

Miałam wtedy taki blond jak przystało na tymczasową Amerykankę. Gdy wróciłam, nałożyłam polską farbę, wyszła mi wtedy chyba najładniejsza i najjaśniejsza platyna, na jaką się zdobyłam. Na 22-ste urodziny zrobiłam sobie monroe piercing i dzień po nich wyglądałam tak:

 

I spięte włosy z photo-manipulacją:

 

 

Muszę napisać jeszcze, że z zielonkawymi włosami aka glonami na głowie byłam u paru fryzjerów w Poznaniu, podobno z renomowanych salonów. Nikt nie potrafił mnie poratować, więc sama wczytałam się w tajniki fryzjerskiej koloryzacji i odkryłam, że aby zrównoważyć zieleń na włosach trzeba je potraktować czerwienią. Wystarczy czerwona szamponetka zmieszana z szamponem. Sama sobie poradziłam, kolejny raz, ale przynajmniej teraz się znam i mam nawet doświadczenie, także szczerze polecam się w farbowaniu albo udzielaniu porad na jego temat.

Wiecie co? Zaczęłam od Courtney Love i Marilyn Monroe i jesteśmy w punkcie, kiedy widać na powyższych zdjęciach, że stały się moją wyraźną inspiracją obie naraz. Podkreślam, że tylko inspiracją. Nic w tym nie ma złego, zwyczajna kolej rzeczy! Sama Marilyn wybrała platynowy blond z powodu uwielbienia do aktorki Jean Harlow (wpływ na to miały także naciski jej agentów). A Courtney to chyba sama jedna wie pod czyim wpływem stała się blondynką – Christine Amphlett z australijskiego zespołu Divinyls, groupie Sex Pistols i dziewczyny ich basisty, Nancy Spungen, od Kat Bjelland, koleżanki po fachu, a może Stevie Nicks z Fleetwood Mac. Wiem też, że sama Courtney uwielbia Marilyn Monroe. (Jak jej nie uwielbiać?!)

Co dalej? Co dalej? Uważam, że na tę chwilę wystarczy… Od czasu powyższych zdjęć do teraz moje włosy przede wszystkim ROSNĄ i czekam aż będą pożądanej długości. Przeszły parę metamorfoz, szamponetką wymieszaną z szamponem, więc efekt – choć wyraźny – był łagodny i tymczasowy. Nie wiedziałam, że ta historia się przedłuży znowu – zdecydowałam, że na dzisiaj wystarczy zdjęć, opowiadania i cofania się w przeszłość. Dokończę następnym razem, jak najszybciej.

Mój tryb dnia w te wakacje jest prawie codziennie taki sam, ale chociaż jest regularny – to i tak inne czynności niż prowadzenie bloga zabierają mi sporo czasu. Bądźcie cierpliwi 🙂

Liczę na komunikaty zwrotne, przede wszystkim interesuje mnie, kto wpływał na Wasze decyzje o włosach – nie musi to być gwiazda rocka, ani najpotężniejsza aktorka, jaka stała na czerwonym dywanie – po prostu kto podsunął Wam pomysł, a może zdecydowałyście/zdecydowaliście same/sami?

Pozdrawiam tymczasem, a w następnej – i już na pewno ostatniej części – niespodzianki, kolory, marzenia i plany. Do usłyszenia!

196. Moje włosy i fryzury – część 2

Stevie Nicks – Edge of Seventeen (Bella Donna LP, 1981)

He was no more than a baby then
Well, he seem broken-hearted, something within him

Poprzedni post rozpoczął się wycieczką w 2004 rok – kiedy po raz pierwszy poszłam do fryzjera (ale nadal nie jestem pewna, czy to czasem nie był 2005?), a zakończył wątkiem o dekoloryzacji w 2008. Mogłabym przejść płynnie do dalszych kolei losu, ale nie mogę powstrzymać się przed dodaniem kilku super bonusów… Na początek: zestaw zdjęć z 2004/2005, kiedy moje włosy nie znały grzebienia.

Nie wiem czy to jest jakakolwiek fryzura, w każdym razie nazwałam ją, po odnalezieniu dzisiaj tych zdjęć, fryzurą „na pająka”. Kto się domyśli dlaczego? Drugi dodatek exxxtra to mix zdjęć z Wigilli klasowej 2005 – czyli po metamorfozie.

Widać na nich także mój za-ostry-na-gimnazjum-makijaż, a przynajmniej twierdziła tak jedna z nauczycielek. Trzecia niespodzianka z kolei to mixxx pt. „Ale miałam długie włosy”…! – i w istocie obraz czasów, kiedy miałam je najdłuższe (2007/2008/2009?).

Na trzeciej focie widać mój podziw, a zdjęcie w środku jest z Sylwestra 2007/2008. Wracając do dekoloryzacji z 2008, chociaż wstawiłam zdjęcia z jej efektem w poprzednim poście, znalazłam jeszcze inne:

Na zdjęciu, na którym mam liść na twarzy widać odwiecznego wroga włosów farbowanych, czyli oczywiście ODROST. A nawet odrosty. Jak jeszcze był tej długości, całkiem dało się go znieść, ale po pewnym czasie stał się uciążliwy. Kolejnym etapem mojej włosowej historii był tzw. powrót do natury, czyli zafarbowanie kolorem najbardziej zbliżonym do ciemnego blondu. W gruncie rzeczy, ja – dziewczę proste, ciemna blondynka – zapragnęłam znów „być sobą” (tak się mówi…) W grudniu 2008 stało się:

Nie, nie, nie, to jeszcze nie to… Rudawy odcień został, z takim poszłam w styczniu 2009 na studniówkę, a po jakimś czasie wszystko-wszystko wróciło do normy, gdy potraktowałam włosy „naturalną” farbą kolejny raz. Właściwie to zrobiła to fryzjerka, dodatkowo podcięła (bye bye, long hair…):

Mimo wszystko – mimo WIDOCZNEJ STRATY – uważam, że w tym czasie, na koniec liceum, odbiór świadectw maturalnych itd., itp., moje włosy wyglądały nadal całkiem nieźle. Jeśli dobrze pamiętam, pojechałam z takimi na rozpoczęcie studiów. Nie wprowadzałam już żadnych zmian koloru, ale we wakacje 2010 wyglądałam tak…

I tak zaczął się mój jakiś ewidentny fryzurowy pech. Pomijam cienie pod oczami, no make-up, przytycie, kwiatki, doniczki i inne przyjemnostki: grzywka jest obrzępolona, obowiązkowo spięta (albo to upał?), na pewno za krótka, skronie odsłonięte, co przy moim kształcie twarzy jest po prostu niedopuszczalne. Trzymałam się podobnej grzyweczki jeszcze w kolejne wakacje, 2011:

 

Say HELLO to James Dean!

Po wakacjach chciałam przefarbować się na kolor, którego wcześniej nie miałam (zmiany, zmiany… a przynajmniej ich chęć). Świadczą o tym zdjęcia różniastych farb, odnalezione w telefonie, przykładowo:

 

Dobry obserwator spostrzeże, że wspólnym mianownikiem tych zdjęć jest nie tylko firma, ale przede wszystkim kolor o nazwie „egzotyczna czerwień”. Stawiałam właśnie na niego. Przekonana, że coś wydarzy się na mojej głowie w najbliższym czasie, do końca jeszcze nie wiedząc co, zechciałam uwiecznić ich naturalność i długość na dwóch sesjach, z cieplutkiego listopada 2011, dokładnie ze Święta Niepodległości:

 

Pamiętam, że cały ten projekcik miał nazwę „natural”, taki był zamysł, a efekty sami oceńcie. Widać na tych zdjęciach dziwne pocieniowanie, ano dziwne, bo sama zabawiłam się we fryzjerkę (ale w sumie nie narzekałam, chociaż i tak zrobiłam to po raz ostatni). Dokładnie dzień później, wciąż jeszcze upajając się długimi włosami i żegnając je zarazem, zachciało mi się być bardziej rebel.

Pytanie tylko: „natural” czy „rebel”? A może „natural rebel”? Jakby nie było, do tego momentu uważam, że najlepsze włosy miałam przez okres trwania liceum… Te długie, ciemne, nawet te po dekoloryzacji, a także te po powrocie do naturalnych (ale bez grzywki, bez nawet tych rebel-piór i chustki wokół głowy). W mniejszym stopniu chodzi mi o kolor, bardziej o fryzurę… O te rewelacyjne scieniowanie. Tęsknię za takim! Chociaż dziś mam już dużą wprawę w farbowaniu swoich i czyichś włosów (polecam się, by the way), o tyle bardzo trudno mi samej je cieniować, to chyba zresztą niemożliwe. A Wy jak myślicie? Kiedy było mi najlepiej?

Po uwiecznieniu naturalnych włosów, a przy okazji – nie ukrywając – także i dwóch różnych looków (już wtedy pałętała się w mojej głowie myśl o blogu, ale potrzebowałam czasu…), dumna i rozumna podjęłam decyzję o duuużym przełomie. Pomyślałam: dobra no, trzeba coś zmienić, ten naturalny jakiś taki nudny. Czerwone farby poszły w odstawkę. Zechciałam być…

No właśnie.

O tym, co wydarzyło się po moich  21-szych urodzinach, a także i to, co stało się do dziś, w następnym odcinku… Będzie ostro i na krawędzi prawa… Mam nadzieję, że wynagrodziłam czytelnikom/oglądającym czekanie na tego posta dodanymi w nim bonusami, oraz celem załagodzenia tego być może nagłego zakończenia, zapowiadam wstępnie, że wolny niedzielny czas poświęcę na dokończenie tej, jak to nazywam, hairstory.

Czekam na komentarze (w razie potrzeby czynnie włączam się w rozmowę) 🙂