276. Rocznica bloga – 12 lat

Dzisiaj krótko o rocznicy bloga – kończy 12 lat. Gdyby przenieść się do pierwszego wpisu sprzed tych dwunastu lat, brzmiał on tak:

1. Jak niżej
30 października 2005

Post testowy. Całkiem spontaniczny. Strona wizualna też się przecież liczy. Późna godzina i zewsząd słyszę, że czas już kończyć; że to już. Powinno mnie nie być. Mam dosyć umierania ze strachu…

AKTUALIZACJA: Skończyłam pracę nad grafiką, więc można zacząć ją podziwiać. Poza tym, przewiduję pojawienie się tutaj kolejny raz jak najszybciej. Postaram się być systematyczna (zawsze miałam z tym problemy).

Natomiast wpis z pierwszej rocznicy znajduje się tutaj. Drugiej nie obchodziłam, trzeciej też nie, a czwarta w ogóle nie nadeszła, bo skończyłam pisać w sierpniu 2009. Dzisiaj więc należycie, po długiej przerwie, obchodzę rocznicę 12-tą!

Blog przez 12 lat przeżył cztery transformacje wizualne, najpierw wyglądał tak, później tak, następnie tak – a tak, jak widzicie, wygląda dzisiaj. Ze wszystkich tych grafik jestem równie zadowolona, a najbardziej chyba podobał mi się w drugiej wersji, zdominowanej fioletami. Dzisiaj też rządzą u mnie fiolety – bo kocham ten kolor.

Na razie nie zapowiada się, bym zmieniła wygląd bloga, ponieważ jestem zadowolona z tego, jaki jest teraz. Uwielbiam fiolet, Marilyn Monroe, poezję Lang Leav, rycinę Melancholia I, i pozostałe widoczne, dająca do myślenia obrazki, które wstawiłam. Na razie więc blog pozostanie w takiej właśnie postaci.

Słucham teraz tego, czego słuchałam wówczas, gdy miałam 14, 15, 16 lat – A Perfect Circle.

I jest mi dobrze. Uwielbiam te nuty, kocham wracać do nich po długim czasie nie słuchania. Wrócić do takiej twórczości, to jak wrócić do starego, przytulnego domu, w którym znasz wszystkie ściany, sufity, drzwi i okna. To wspaniałe przeżycie. Polecam każdemu tak odświeżać sobie muzykę. Dzisiaj po prostu tak – nostalgicznie… Ale bloga zamierzam oczywiście prowadzić dalej. To moje ukochane miejsce w Sieci, najbliżej mojemu sercu. Życzę sobie kolejnych owocnych dwunastu lat.

Reklamy

275. Czy rock’n’roll żyje? Recenzja twórczości DOROTHY

Dorothy_at_Fonda_Theater_in_LA._August_20,_2017_Photo_credit_Kristin_Burns

Amerykański zespół hardrockowy z Los Angeles, DOROTHY, z wokalistką Dorothy Martin na czele, przywitał się ze światem 5-utworową EPką w październiku 2014 roku. Trzy utwory z tej EPki znajdą się na debiutanckiej płycie z czerwca 2016 roku. Te utwory, które na płycie się nie pojawią – „Wild Fire” i „Bang Bang Bang” – to wprowadzenie do twórczości zespołu, rysujące ich inspiracje i upodobania klasycznego, starego rocka.

Następnie kariera zespołu skierowana była na liczne single, i tak pojawiły się w 2014 roku „After Midnight”, „Wild Fire”, „Wicked Ones”; w 2015 – „Gun In My Hand”, „Bang Bang Bang” i „Raise Hell”; w 2016 – „Get Up”, „Missile” i „Shelter”. Część z tych singli znajdzie się na debiutanckiej płycie z czerwca 2016 roku – ROCKISDEAD.

Intrygujący, dwuznaczny i nieoczywisty tytuł tego rockowego albumu zachęca do poznania i skłania do posłuchania wszystkich utworów. Zespół rockowy nazywający swój album „ROCKISDEAD” przekomarza się nieco z potencjalnymi słuchaczami, zaczepia i dotyka ważnej kwestii – czy rock’n’roll żyje czy już umarł? Ta płyta zawiera odpowiedź. Jaką? Przekonamy się o tym na końcu tej recenzji.

Melodyjne, szybkie „Kiss It” wprowadza w klimat albumu. Szybkie riffy i skoczna natura utworu zachęcają do dalszego eksplorowania. „Dark Nights” to z kolei rockowa, ale i dość szybka, ballada o tym, co przeszła bohaterka – widziała już ciemne noce i szuka mężczyzny, który będzie walczył sam za siebie. Mamy tu motyw poszukiwania mężczyzny marzeń, bardzo kobiecy zresztą. „Raise Hell”, wydany wcześniej jako singiel, to zachęta do wszczęcia piekła, bardzo rockowe wezwanie do czynu. „Wicked Ones” swoim początkiem wprowadza nas w nieco inny klimat, ale wciąż mocno rockowy. Mamy tutaj ciekawe głosy w tle. Do piosenki powstał także teledysk – bardzo ciekawa, karciana, hazardowa atmosfera.

„Gun In My Hand” to piosenka o niespełnionej do końca miłości, o miłości, która położyła pistolet w ręce. Jest to utwór wolniejszy od wcześniejszych, bardziej spokojny. Mamy w nim liczne zapytania Why did love put put a gun in my hand? i próby poszukiwania odpowiedzi na to pytanie. „Medicine Man” zawiera znowu motyw poszukiwania mężczyzny, z tymże autorka tekstu zwraca się tutaj jakby do lekarza, który może pomóc jej zabliźnić dawne rany – to także rockowa ballada. Kolejny na płycie kawałek, „Woman”, także ballada, zawiera znowu niedwuznaczny, odważny, ostry tekst – mianowicie mowa w nim o kobiecie, która nie chce, by mężczyzna nazywał ją kobietą, dopóki sam nie zacznie zachowywać się jak mężczyzna. Znowu mamy tutaj pewien motyw poszukiwania i motyw tęsknoty za prawdziwym mężczyzną z krwi i kości. „Whiskey Fever” przenosi nas znowu do szybkich, skocznych riffów i opowiada o najbardziej rock’n’rollowym napoju, jakim niewątpliwie jest whiskey, oraz o uwielbieniu do tego trunku. „After Midnight”, utwór, który wcześniej był singlem, również zawiera soczyste gitarowe riffy i przenosi w świat świetności rock’n’rolla.

Tak samo następny, „Missile”, z uroczym tekstem „I am a missile, I am the fire, Love is destruction, But this war is mine, this war is mine” – opowiada o miłości mimo wszystko, także tej destrukcyjnej. Album kończy się balladą „Shelter”, w którym to utworze bohaterka zdradza się jako zupełnie bezbronna istota, szukająca schronienia w miłości i partnerstwie, a przede wszystkim poszukująca azylu przed samą sobą, jako że, jak twierdzi jest huraganem, pociągiem towarowym na niewłaściwej drodze. Piosenka wycisza i pozostawia wspomnienie udanej, rockowej, miłej dla ucha pieśni.

Ostatnim wydawnictwem DOROTHY jest singiel „Down To The Bottom”, z maja 2017 roku. Przypominający stoner rocka, a i nieco folkowy, utwór ten to świetny, rockowy kawałek, nieco o destrukcji, nieco o nihilizmie, tematach tak bliskich staremu rock’n’rollowi. Jest to singiel z nadchodzącej, drugiej płyty. Znowu mamy w nim także pragnienie miłości – prawdziwej, szczerej i intensywnej.  Warto zauważyć, że motyw ten powtarza się w twórczości DOROTHY dość często.

Zespół wydał jeszcze singiel „Down To The Bottom (live)”, ale szczerze mówiąc, niewiele on różni się od oryginału. Jest to zastanawiające posunięcie tego zespołu, moim zdaniem swojego rodzaju pierwsza wpadka. I pewnie ostatnia, bo DOROTHY i ROCKISDEAD to nic innego jak nostalgiczne, bardzo pozytywne i optymistyczne nawiązanie do najlepszej świetności rock’n’rolla. Mamy w twórczości DOROTHY i szybkie utwory, i mnogość rockowych ballad – tak bardzo kobiecych, a może nawet nieco feministycznych. Każdy w tym dorobku twórczym DOROTHY może znaleźć coś dla siebie. Wokal Dorothy Martin, śpiewaczki z dużym doświadczeniem (śpiewała także i pop), przechodzi z niskich do bardzo wysokich tonów, jest niezwykle plastyczny i wręcz stworzony do rock’n’rolla. Tak więc, wracając do głównego pytania postawionego w tej recenzji – czy rock’n’roll żyje? Moim zdaniem na pewno tak – na pewno dzięki DOROTHY. Rock’n’roll żyje w twórczości tego zespołu, ma się dobrze i, co ważne, dalej się rozwija. Nic, tylko oczekiwać kolejnego albumu. W jaką podróż zabierze nas DOROTHY tym razem? Na pewno w rock’n’rollową i balladową, ale może doczekamy się jeszcze więcej nawiązań do klasycznego rocka? Czas pokaże.

274. Moja przemiana?

Dzisiaj luźny wpis. Robiłam sobie wczoraj selfies i porównywałam do fotografii z 2008 roku. Ubrałam się tak samo, założyłam te same wisiorki, podobnie się uczesałam (na tyle, na ile pozwalają mi moje włosy) – i zaczęłam robić zdjęcia. Efekty poniżej.

W 2008 wyglądałam tak:

aaa

Natomiast 9 lat później, niemal 10, tak:

123

12

4

Na ostatnim zdjęciu uśmiecham się i jest to uśmiech dla Was.
Pozdrawiam serdecznie.
Czy też lubicie urok czarno-białych zdjęć?