223. Polskie kino słodko-gorzkie

Ja w ogóle nie lubię chodzić do kina. A szczególnie nie chodzę na filmy polskie w ogóle… Nudzi mnie to po prostu… Zagraniczny to owszem. Pójdę sobie. Bo fajne są filmy zagraniczne. Wie pan? Jakoś tak można, wie pan… Jakoś tak… No ja wiem, no… Przeżyć to. Przeżyć (Rejs, 1970). Swego nie znacie, cudze chwalicie – mówi inżynier Mamoń między wierszami i wnet zabawny cytat staje się polem do refleksji. Czy polskie filmy są fajne, czy można je przeżyć? Odpowiadam na to pytanie zestawem dziesięciu polskich obrazów, obok których trudno przejść obojętnie.
10. Drogówka (2013)
 


Pierwsze mocne działo, które chcę wystosować, to film Smarzowskiego, którego postać zresztą jeszcze się pojawi. Film z cyklu dla jednych tylko komedia, dla drugich gorzki komentarz polskiej rzeczywistości. Zabawne sytuacje, cięte dialogi, ciężka praca policjanta z drogówki, która bywa niebezpiecznie lekka, i brudna, nudna proza życia poza tą pracą – tak w kilku słowach można go streścić. Drogówka to oczywiście nie tylko komedia wywołująca salwy śmiechu, to także śmiech przez łzy, albo jeszcze lepiej – nauka poprzez śmiech. Ta ambiwalencja, tytułowa słodkość-gorzkość polskiego kina, łączy większość filmów z tego subiektywnego zestawu, a najlepiej jest widoczna właśnie w Drogówce.


9. Dziewczyna z szafy (2012)
 
 
Popatrzmy na plakat. Para stojąca na dachu, a w tle wydarzenie co najmniej niezwykłe, czyli latający sterowiec… Trochę Marla i Jack z ostatniej sceny Podziemnego kręgu, prawda? Myślę, że nie tylko ja miałam to skojarzenie. Kto widział Dziewczynę z szafy i wie, co połączyło ją z żyjącym we własnym świecie autystycznym sąsiadem z naprzeciwka, może dopatrzeć się jeszcze więcej związków Fight Clubem (tak masowo wielbionym). Polskie kino jak amerykańskie, czyli – odważne, szalone, psychodeliczne, mocne, mroczne, a przy tym bardzo emocjonalne i inteligentne. Jest wszystko.
 
 
8. Nic (1998)
 
 
 
Film-zagadka, film bez zdjęcia plakatu na Filmwebie. Natrafiłam na niego późną nocą, senna, jedną nogą w krainie snów, a on obudził mnie i otrzeźwił jak wiadro zimnej wody. Stało się to za sprawą głównej bohaterki, w którą genialnie wcieliła się… to nie będzie żadne wielkie nazwisko. Wręcz przeciwnie, Anita Borkowska-Kuskowska, kobieta bez zdjęcia na Filmwebie, aktorka jednej roli, ale jakże wspaniale wypełnionej. Ten film to kobieta, także skupmy się na tej właśnie kobiecie – Hela, matka, żona, kobieta, boryka się z tytułowym Nic – życiem w szarej, polskiej kamienicy z depresyjnym widokiem na jej nudne podwórko, wychowaniem małych dzieci (dużo ich naraz), pustym łóżkiem po niewiernym mężu. Film Doroty Kędzierzawskiej – po tej reżyserii, należy sądzić, wybitnej pani reżyser. Ładunek emocji gwarantuje nieprzespaną noc.
 
 
7. Sala samobójców (2011)
 
 
 
Jeden z pierwszych filmów, który naprowadził mnie na ścieżkę chcieć to móc, czyli przywrócił wiarę w możliwości polskiego kina. Zwraca uwagę wykorzystanie technik cyfrowych i soundtrack. Blablabla. Dużo nie będę się rozpisywać na temat Sali, z wiadomych względów. Właściwie już skończę.
 
 
6. Dom zły (2009)
 
 
 
Kryminał to gatunek od lat odnoszący sukcesy, często na granicy kultury popularnej i wysokoartystycznej, dziś raczej element kultury masowej. Mroczny i fascynujący, a historia, śledztwo i zbrodnia w Domu złym, wypełnia z sukcesem całe jego ramy. Atmosfera filmu a’la ten gość trzyma siekierę prawie nad moją głową powoduje, że to prawie horror. Znakomity, i to znowu Wojciech Smarzowski.
5. Rewers (2009)
Kolejny film z 2009, który zawojował scenę polskiego kina, i kolejny, który rzeczywiście warto obejrzeć (gdyby media nagłaśniały same tak warte uwagi sprawy!). Reżyser zdecydował się zrobić film w czerni i bieli, co jest strzałem w dziesiątkę przy tej groteskowej czarnej komedii. Znowu mamy nie tylko realia PRLu, ale pewien element oryginalności – w tym przypadku swobodne podejście do epoki stalinowskiej, której groza okazuje się nie tak wielka, jak groza tego, co może wydarzyć się między dwojgiem ludzi. Dorociński – 100%-owy amant z Hollyłodzi.
4. Różyczka (2010)
 
 
 
Gotowi dalej brnąć w poważne, gęste jak dżungla realia PRL-u? Tak samo jak Dom zły i Rewers, Różyczka pokazuje mi, urodzonej w 1990 roku i dziecku XXI wieku, z czym mierzyli się moi rodacy kilkadziesiąt lat temu. Różyczka wprowadza jednakże aspekt literacki i polityczny, inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami z życia literata Pawła Jasienicy – tytułowa Różyczka na polecenie tajnych służb, w tym swojego narzeczonego, ma za zadanie rozkochać w sobie pisarza, by móc go śledzić. Problem powstaje, gdy zakochuje się na serio… Film nieco o miłości tam, gdzie trudno jej być. I co z nią zrobić. Nie mogłam od niego oderwać oczu. Obejrzałam go na autorskim spotkaniu z reżyserem Kidawą-Błońskim i zapamiętałam go jako zagonionego, ale szczęśliwego człowieka – takiego podróżującego po światowych festiwalach, zasłużenie, z własnym, rewelacyjnym filmem.
 
 
3. Wojna polsko-ruska (2009)
Nie pamiętam czy najpierw przeczytałam książkę Masłowskiej, czy najpierw obejrzałam film Żuławskiego. Nieważne! Daję ten film do swojego słodko-gorzkiego rankingu, bo właśnie taki jest – znowu niby głupawa komedia, a jednak mająca coś do powiedzenia. Osobiście jednak nie należy traktować jej zbyt poważnie! To popsuje całą zabawę. Oczywiście, prze-ge-nia-lny Borys Szyc w roli Silnego. Na poziomie scenariusza, a ten oczywiście powstał dzięki twórczości Masłowskiej i jej nieskromnej osoby, określam ten film jako szalony i wyzwolony przebłysk geniuszu, ironii, zmysłu obserwacji, jako cięty komentarz, a właściwie cięta riposta skrawka polskiej (nadmorskiej) rzeczywistości naszych czasów. Promocja z okazji USA. Bursztyn wśród zwykłych kamieni. Pełno grzechu zapisanego ołówkiem na marginesach…
2. Dzień świra (2002)
Ta pozycja filmowa na pewno nikogo nie dziwi. Okrutnie słodko-gorzkie kino, z przewagą na gorzkie i z podkreśleniem na okrutnie. Dzień z życia chorego psychicznie Adasia Miauczyńskiego przeplatany jego dobitnymi i często prawdziwymi stwierdzeniami o zachowaniach społecznych, samotności w tłumie, medialnym szumie, itd., to prawdziwy koktajl Mołotowa. Czas zatoczyć krąg i przejść do umownego miejsca pierwszego…
1. Rejs (1970)
Film, na którego temat, po prawie 45 latach, powiedziano już pewnie wszystko, ale i ja dorzucę swoje. 1) Polski Monty Python w najlepszym wydaniu. 2) Specyficzny humor, który nie każdego rozśmieszy… 3) Słodko-gorzkość na poziomie zaawansowanym, bo najpierw oglądamy film, śmiejąc się z rozmów, sytuacji, nawet muzyka jest zabawna, a potem widzimy całe opary absurdu i głupoty, które unoszą się nie tylko znad tego filmu, ale w ogóle – całego życia i naszego bycia tu, spotkanych ludzi, przeżytych wydarzeń. I oczywiście, płakać nie można, trzeba się śmiać! Trzeba dobrze znać język francuski. 🙂
 
 
Czy inżynier Mamoń, wracając do jego wypowiedzi o polskich vs. zagranicznych filmach, wyszedłby z kina podczas oglądania tych powyższych? Mam dużą nadzieję, że nie. Że Polak, inżynier, nie inżynier, bezrobotny, robotny, gender, nie gender, patriota, kosmopolita, wierzący, nie wierzący, religijny czy antyreligijny – doceni swoje. Nie musi przestać chwalić cudzego… Ale niech uwierzy, że to co ma, jest wystarczające.
 
Nie widziałam dużo polskich filmów, ale na podstawie tego, co widziałam do tej pory, muszę powiedzieć, że polskie kino po prostu ma pazura. Ma nerw wrażliwości, która koresponduje z moją. Nie można przejść obok niego obojętnie. Taki słodko-gorzki nerw wrażliwości na rzeczy, o których warto mówić – ująć w scenariuszu i przenieść na ekran. Czy to będzie zbrodnia w ciasnym domu na pustkowiu, czy kompleksowy wgląd w psychikę wariata, czy nieoczywista miłość, czy rejs statkiem po Wiśle – biorę to razem z drugim, trzecim, czwartym dnem.  Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć, a w moim przypadku jedną z takich okazało się, wcześniej przeze mnie lekceważone, nasze polskie kino.
Reklamy