218. Dziecko Dzieci z Dworca Zoo

❥ David Bowie – Changes (Hunky Dory LP, 1971)

I still don’t know what I was waiting for
And my time was running wild
A million dead-end streets
Every time I thought I’d got it made
It seemed the taste was not so sweet
So I turned myself to face me
But I’ve never caught a glimpse
Of how the others must see the faker
I’m much too fast to take that test

Ch-ch-ch-ch-Changes
(Turn and face the strange)
Ch-ch-Changes

Ostatnio obejrzałam po raz pierwszy filmową wersję kultowej książki z czasów młodości – My, dzieci z Dworca Zoo.

(Pamiętam dobrze szybkość z jaką przerzucałam kolejne strony, czytając tę szczerą publikację bardzo młodej wówczas głównej bohaterki, Christiane. Zresztą każdy pewnie czytał z wypiekami na twarzy.)

Oglądanie kinowej wersji uzależniająco-narkotykowej autobiografii Christiane było dla mnie jak sentymentalna podróż w krainy, które dawniej bardzo mnie pociągały.

Z całą mocą dostrzegłam obecność Davida Bowiego w tym filmie, a ponadto – polubiłam go, naprawdę polubiłam. Stąd piosenka pt. Changes, od której zaczęłam tego posta. 
 
Ale co najważniejsze – i po to powstaje ta notka – zwróciłam uwagę na specyficzną, odtworzoną w filmie modę rodem z Niemiec i lat 80. Zobaczcie sami.
 
Skan z książki
Prawdziwa Christiane
Jeszcze raz prawdziwa Christiane. Back to 80s
 
Na koniec muszę powiedzieć, że moim skromnym zdaniem zdecydowanie wygrywa ta srebrna bomberka:
 
Totalnie moja stylówa po godzinach. Bo ostatnio jednak wolę ubierać się bardziej elegancko…
Patrzenie w przeszłość w moim wykonaniu dziś to niestety niezbyt dobry znak. Słodko-gorzki smak w ustach mam pod koniec tego mijającego, na szczęście, 2013 roku.
Ch-ch-ch-ch-Changes…
Reklamy

217. Czasem u mnie OK, czasem nie

❥ The Pretty Reckless – Cold Blooded Woman (Hit Me Like a Man EP, 2012)

You can’t trust a cold blooded lover
You can’t trust a cold blooded slave
You can’t trust a cold blooded other
In the end they’ll just drive you insane

Mam dziś bardzo, bardzo zły humor.

Miałam być daleko na Wyspach Kanaryjskich, a nie jestem, bo Ksawery odwołał mój lot.

Wstępnie przewartościowałam sobie w głowie dużo spraw.

Co tak naprawdę chcę robić i czego chcę od życia.

Pytanie więc: co z tym blogiem? Nie traktowałam go nigdy jako cel, bo nie chcę mierzyć się z wyjadaczkami sceny modowej, zjawiska obecnie bardzo medialnego, rozbuchanego i podobno w natarciu (polskie marki rzekomo coraz atrakcyjniejsze ,,dla Zachodu”).

Co ważne: nigdy nie aspirowałam do posiadania mnóstwa rzeczy i jeszcze najlepiej drogich. Pieniędzy zresztą też na takowe wydatki nigdy nie miałam, nie mam, jak i ochoty.
Jestem zwolenniczką tego, co prezentowałam na tym blogu: łączenia ubrań, butów i dodatków z szafy, sieciówek albo second-handu. Czasem ukradłam coś mamie. Czyli nic nadzwyczajnego. Ale Prady czy innego Versaciego z lumpa bym nie ubrała. Mam jakiś respekt do tego, co zrobili słynni projektanci. Jak stali się ikonami stylu, jak inspirują innych i tworzą do dziś.

Od początku blog ten był nie celem, ale środkiem, zabawą samą w sobie. Chłopak porobił mi zdjęcia, choć kłóciliśmy się mocno podczas tego wszystkiego, ale sam proces i jego efekty ogólnie podobał mi się, sprzyjał mi i działał stymulująco. Ponadto, nie sposób nie wspomnieć, miałam profesjonalną sesję lustrzankową, sporo osób do mnie napisało z pochwałami (prywatnie albo poprzez stony dla fotomodelek, na których założyłam sobie profile) i chcę więcej, ale jakoś nie potrafię się ku temu ogarnąć! Bo uważam, że jeśli sesje – to tylko z użyciem lustrzanki, ponieważ oddają w miarę wiernie fotografowaną osobę, jej oczy, usta, a przez to przebijające się przez ułożenie rys wnętrze.

Ogólnie to chyba za dużo chcę naraz i to mój problem. Potrzebuję odsapnięcia, oddechu i długiej refleksji.

Jak do tej pory, przy mojej minimalnej aktywności na tym blogu – samym zamieszczaniu wpisów i promowaniu ich głównie przez Facebooka i Google+:

1. uzbierałam niemało komentarzy. OK, mało, ale przynajmniej komentowały osoby, które znam i które cenię;    :- )

2. wejść na bloga zawsze miałam najwięcej przy okazji publicznych postów na Facebooku o ich pojawieniu się (średnio ponad 200). Co jeszcze?;

3. 25 obserwatorów w ramach Bloggera;

4. prawie 30 w ramach Google+;

5. prawie 80 Followersów na Pintereście, który z serwisów społecznościowych podoba mi się najbardziej (wyjątkowa droga komunikacji wizualnej);

6. prawie 20 na Twitterze;

7. a osobista satysfakcja jest moim i tego bloga największym osiągnięciem jak do tej pory.

A teraz będę myśleć co dalej.

Ogarnę jakiś spójny koncept.
Może jednak mniej spontanu, a więcej autorefleksji.

To może śmieszne, ale głównym dylematem jest dla mnie wybór języka swoich komunikatów, a nawet pseudonimu. Bo z jednej strony urodziłam się i żyję w Polsce, więc czy wszystko ma być po polsku? A może mam sięgać wyżej i posługiwać się angielskim, językiem tłumu? Jednostka  w tłumie, no to jest owszem temat rzeka.

Pozdrowienia i do usłyszenia na pewno jeszcze w tym miesiącu.