216. Journey Girl

❥ Joe Bonamassa – Driving Towards the Daylight (Driving Towards the Daylight LP, 2012)
Look upon a  mountain, waitin’ on a train
Baby I know what’s wrong, and it’s still happen again
Waiting on my destiny, learning from my abilities

Who was wrong and who was right? 
And do we even know why we are fighting?
So take your eyes off of me and look upon the churning sea

Driving towards the daylight, running from the midnight
Trying to get my way home
Running from the spotlight, trying to find the daylight
Trying to get back home !

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

sweter // Yi Tan
legginsy // Butik
złodziejskie rękawiczki // Butik
buty // nie ma napisane jakie to,
ale przyleciały z Seattle
płaszcz // House
torebka // Estelle

Reklamy

215. Niebieska sukienka w trudnych warunkach

❥ Dirty Sweet – American Spiritual (American Spiritual LP, 2009)

 
Dark was the night and cold was the ground 
I rose deep from my sleep
Dark was the night and cold was the ground
The Devil is comin’ for me

Dark was the night and cold was the ground

Straining for my eyes to see
Dark was the night and cold was the ground
Gasping with my lungs to breathe

Sing the song they gave you

Sing it ’til you’re free!


Piękna akustyczna piosenka na dziś!

Na podstawie bluesowego kawałka Blind Williego Johnsona, rodem z szalonych lat 20-tych XX wieku.

Przerobiona już w XXI wieku przez niedoceniony southern rockowy zespół z San Diego w Kalifornii, DIRTY SWEET.
 

  cheers

 

 

 

Tutaj z bliska moje przedłużone rzęsy, trzymały się 2 tygodnie.
Nie polecam, naturalne rzęsy niszczą się.

 

 

Coraz mocniej widać na zdjęciach tytułowe trudne warunki – podczas ich robienia zaczął padać deszcz. Ale to w końcu jesień, prawda?
 
I tańczyć też można.
 

 

 

 

 

 

sukienka // H&M
kurtka // Quin and Donnelly
rajstopy // otchłań szafowa
buty // Schuzz
torebka // Bulaggi
 bransoletka // House
parasol // wzięłam mamie
+ czerwona szminka
+ kobaltowe paznokcie

214. Czerń to taki wesoły kolor

❥ White Lies – Death (Crystal Castles remix) (Death single, 2008)
Floating neither up or down
I wonder when I’ll hit the ground
Well, the Earth beneath my body shake
And cast your sleeping hearts awake


Wiecie, że w Indiach biel jest kolorem żałoby, w Afryce to kolor demonów, a w Japonii symbolizuje młodość i naiwność?

A z kolei czerń – bo to jej poświęcony ten post – w Indiach to kolor życia, głębi i radości, w Chinach oznacza szczęście, a w Egipcie kojarzony jest z odrodzeniem?


Nic nie jest takie jak nam się wydaje.


Jest wielowymiarowe.


Nie ma świata naprawdę. Jesteśmy jego soczewką, lornetką i szkłem powiększającym.


 

 

 

 

 

 

 

 

jacket // Le Happy x Romwe
top // Bershka
leggins // OD CHIŃCZYKA
shoes // VAGABOND
heart necklace // House
watch // Charming Charlie
yin&yang bracelet // Honolulu market

213. Mała czarna z okazji 23. urodzin

❥ M.I.A. – Warriors (Matangi LP, 2013)

I freak in minds like
Giddy up – Giddy up – Giddy up
Come take a ride
Light the city up – city up – city up
You’ve got me fired up
Sound boy got me back up
I keep my head down
Beat it up – beat it up – beat it up


Wczoraj nadarzyła się wspaniała okazja, bym ubrała się tak, jak projektowałam sobie w głowie już od dłuższego czasu. Moje 23. urodziny.






Sukienka zawiązywana z tyłu. Jedna z moich ulubionych. Po prostu little black dress. I widać też konika, którego miałam na szyi, niestety zapomniałam poprosić o zrobienie mu osobnego zdjęcia, co by pokazać ten detal.

BUTY. Przyznaję, że był z nimi problem. Większość par mam w Poznaniu, w którym studiuję, a w domu-domu, w którym robiłam zdjęcia, z wysokich miałam tylko te sandały. Nigdy nie zakładam sandałów na rajstopy, ale musiałam zrobić wyjątek. Everything for heels!

 

Torebka, komplet bransoletek i odwrócona w takiej perspektywie Marilyn Monroe (podwójna, bo jej nigdy dość).

 

Dalej mam zdjęcie ze specjalną dedykacją dla pewnego pussy hatera, który do mnie napisał kilka dni temu, nudząc się pewnie… Taką mam mimo wszystko dobrą wiarę. A jeśli zrobił to na serio ze złośliwości, to współczuję mu, bo ma problem.

 



Ignorance is this, we don’t fuck with pussy haters
Attila – Middle Fingers Up (About That Life LP, 2013)


Czasem myślę ; – P

A na koniec gif, który zrobiło mi z automatu GOOGLE. Samo przy ładowaniu zdjęć do albumu na Google Plus wybiera podobne do siebie i zamienia je w animację! Uwielbiam takie pozytywne zaskoczenia.


Jeszcze z tego miejsca chcę podziękować mojemu osobistemu fotografowi, który w przeróżnych awaryjnych sytuacjach pomaga mi na ile potrafi, no i koleżance, która pożyczyła sprzęt foto. Muszę przyznać, że nie jestem zadowolona z tych zdjęć, ale jak pisałam – powstawały w sytuacji awaryjnej, w obliczu braku odpowiednich warunków, przede wszystkim dobrego oświetlenia. Ale zostaną, bo dzień moich urodzin był naprawdę szczególny :- )

 

 
sukienka \\ George
rajstopy \\ Marilyn
buty \\ Schuzz
torebka \\ Esprit
bransoletki \\ Allegro
pierścionki \\ Lookah
konik-wisiorek \\ Forever21
blezer \\ Tally Weijl

212. American Horror Story: Sabat – opinia na gorrrąco

❥ Fleetwood Mac – Rhiannon (Single Version) (Fleetwood Mac LP, 1975)
Dreams unwind
Love’s a state of mind
Dreams unwind
Love’s a state of mind
 
 
JESTEM ABSOLUTNIE POD WRAŻENIEM OBEJRZANYCH CZTERECH EPIZODÓW AMERICAN HORROR STORY: COVEN. By podzielić się uporządkowaną, konkretną opinią, podzielę ją na kilka zagadnień.


Pomysł. Realia. Miejsca i czasy akcji. Amerykańce, gdy już tak kątem oka znad cheeseburgera przyjrzą się swojej historii, potrafią dojrzeć naprawdę interesujące rzeczy. W trzecim sezonie jako widzowie spotykamy się z czymś, co nie miało miejsca wcześniej na taką skalę – wpleceniem fikcji pomiędzy historyczne fakty. Akcja sięga do XVIII, XIX wieku i odbywa się w Nowym Orleanie. TO JEST NIESAMOWITE MIASTO! Przynajmniej tak wynika z opisów, legend – na pewno muszę je kiedyś odwiedzić! Ma niesamowitą, wibrującą dźwiękami i kolorami historię. Założone przez francuskich osadników i sprzedane przez Napoleona Bonaparte Stanom Zjednoczonym na początku XIX wieku (stan Luizjana) – to istna mieszanka kultury Europy i Ameryki, to niesławne dzieje niewolnictwa, stolica voodoo, jazzu i karnawału Mardi Gras – opiewana tak bardzo przez Anne Rice w jej twórczości (zwłaszcza o tematyce czarownicowej, seria Godzina czarownic). Twórcy serialu pochylają się nad legendarną, niesławną delfiną LaLaurie, seryjną morderczynią, torturującą swoich czarnoskórych służących. Jej dom stoi do dziś, należał jakiś czas do Nicolasa Cage’a, i jest atrakcją turystyczną. AHS pokazuje także lata 30. XX wieku, czyli czasy narodzin jazzu i jedynych w swoim rodzaju swingująco-saksofonowych zabaw. Ale przede wszystkim – opowiada o obecnym w Nowym Orleanie kulcie voodoo (realia współczesne oczywiście też są), od którego – jak niektórzy sądzą – wzięło się całe czarownictwo! Przecież cywilizacja narodziła się w Afryce, powiada jedna z czarnoskórych bohaterek…

Wartości, misja, pomiędzy wierszami. Szalenie podoba mi się zamysł twórców promujący tak ludzkie, humanitarne i prostolinijne wartości jak tolerancja, poszanowanie praw mniejszości, siła kobiet, (nie)szczęśliwa miłość, przemijająca młodość, dziedzictwo kulturowe, szacunek do historii czy walka przeciw rasizmowi. Mamy czarnoskórych, mamy otyłą kobietę, mamy Najwyższą wśród czarownic (rewelacyjna Jessica Lange), próbującą zachować młodość… Jest i delfina LaLaurie skazana przez Królową Voodoo (równie świetna Angela Bassett) na nieśmiertelność i wieczną tułaczkę… Jest też perwersyjny seks, perwersyjny ból, perwersyjne okrucieństwo – ale nie to jest najważniejsze. Na szczęście w trzecim sezonie mniej zabiegów filmowych wyzwalających takie emocje jak szok czy obrzydzenie. Więcej atmosfery, więcej magii! O niej teraz.


Bohaterki. Zacznę od mojej ulubionej – do której zapałałam sympatią od pierwszego wejrzenia i usłyszenia muzyki, którą słucha! 😉 To oczywiście posiadająca dar wskrzeszania, żyjąca w drewnianej chatce pośród Natury (i aligatorów) – Lily Rabe w roli MISTY DAY. W Asylum Lily grała zboczoną zakonnicę, którą nawiedziły demony, ale tym razem zdecydowanie da się ją lubić. Zaskoczyły mnie obecne w soundtracku AHS takie piosenki jak Edge of Seventeen (obecna już na tym blogu przy okazji któregoś z postów) czy też Rhiannon – które zamieściłam jako ,,patronat” nad tą dzisiejszą notką. Na wokalu oczywiście Stevie Nicks – Biała Czarownica – która jest idolką Misty Day. W scenie, w której Misty opowiada o Rhiannon jako o hymnie Stevie (co zresztą jest prawdą), padają słowa:

,,Nie możesz być sobą dopóki nie odnajdziesz swojego klanu. Ja wciąż szukam swojego.”


Misty Day


Stevie Nicks, zanim trafiła do Fleetwood Mac, niewiele zdawała sobie sprawy z siły swojego głosu i osobowości. Wracając do bohaterek, bo to o nich ten akapit – cóż – CZAROWNICE, CZAROWNICE I JESZCZE RAZ CZAROWNICE. Kontynuujące tradycję Salem, potomkinie, strzeżące siebie nawzajem i swojego dziedzictwa. W konflikcie między czarnoskórymi szamankami voodoo (kobieta imieniem Tabita, czarnoskóra niewolnica, była ,,głównodowodzącą” czarownic z Salem). O spalonych na stosie z legendy Salem padają słowa:

,,Te dziewczyny nie były czarownicami. Te prawdziwe nie dały się złapać.” 🙂

Coven koncentruje się PRZEDE WSZYSTKIM na pierwiastku żeńskim – traktuje o wszechwładnych, potężnych kobietach. Zarówno dojrzałych, jak i młodych. O kobietach dla kobiet. Mężczyźni przedstawieni w tym sezonie to z reguły… tu miało być wulgarne określenie. Z reguły słabi. Albo beznadziejnie zakochani, albo przeciwnie – psychopatyczni mordercy. Muszę powiedzieć, że bardzo podoba mi się ten zamysł.

Misty Day zielareczka, Zoe – bezbarwna, przewrażliwona nastolatka i zmartwychwstały Kyle


Nawiązania intertekstualne. Jak zwykle, pełno ich i jeszcze raz pełno! Reżyseria kojarzy się z takimi wielkimi nazwiskami jak Lynch czy Tarantino. Niektóre sceny, jak amerykańska domówka czy jazzowa impreza, kojarzą się z Las Vegas Parano. Jest amerykańskie high school, ale jest i Akadamia dla Wyjątkowych Młodych Panien, kojarząca się nieco z Hogwartem, ale zdecydowanie bardziej z klimatem horroru z lat 50. tych Diabły – w którym to dominuje ta sama biel pomieszczeń, gęsta atmosfera, dziwne zakapturzone postacie, minimalizm…



Najwyższa, w tej roli Jessica Lange, odsyła do kultowego obrazu Ze śmiercią jej do twarzy. Tak jak jego bohaterki, poszukuje sposobów na nieśmiertelność, na pozostanie zawsze młodą. Jej postać przypomina mi nieco Courtney Love. Zachowują się podobnie – mówią dużo, szczerze, z sensem, którego czasem trzeba głębiej poszukać. Ironiczne, pewne siebie. Krąg się zacieśnia, gdy przypomnę sobie tytuł drugiego epizodu – Boy Parts – co kojarzy mi się z piosenką Courtney Doll Parts. Tyle na razie ze skojarzeniami…


Podsumowanie. Choooleeernie (takie oldschoolowe słówko) jaram się trzecim sezonem AHS, padam na kolana w podziękowaniu, że w końcu mniej prostych (prostackich) zabiegów działających szokująco czy obrzydzająco, na nerwy, a więcej atmosfery, zagadek, klimatu, magii, historii, i sensu… AHS to oczywiście wciąż horror, to wciąż komercyjna seria, wciąż maszynka do robienia pieniędzy – ale także, i chyba przede wszystkim, interesująca seria skrywająca głęboką treść.
Jak dla mnie, wielbicielki tematyki czarownic i czarownictwa, to jest po prostu audiowizualny raj. Robienie takiego serialu w dużej ekipie (można zobaczyć na Wikipedii ile ludzi nad nim pracuje), scenariusz, kostiumy, reżyseria, pomysły, cała ta burza mózgów – musi być wspaniałą przygodą.

Efekty na ekranie, a kolejny odcinek – 6 listopada. Nosi tytuł Burn, Witch. Burn!


Spłonie czy nie ustąpi?

BLESSED BE!