207. Najważniejsze są buty

New Model Army – Vagabonds (Thunder and Consolation LP, 1989)
(a badass 80s post-punk/alternative rock band from England,
and their same badass song)


We are old, we are young, we are in this together
Vagabonds and children, prisoners forever
With pulses a-raging and eyes full of wonder
Kicking out behind us again 

Dziś w rytmie i kolorach tej piosenki (ale raczej wśród natury niż w mieście),
a ponadto pod oryginalnym hasłem reklamowym butów, które mam na sobie, czyli:
,,It’s all about the shoes.”
Today in the rhythm and colours of this song (but rather in the midst of nature than in a city),
and moreover under the original slogan of the shoes I wear, I mean:
 
,,It’s all about the shoes.”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

jacket \\ Quin and Donnelly
top \\ George
leggins \\ Reserved
bag \\ Esprit
studded belt \\ second-hand
silver-red nails \\ me
shoes \\ VAGABOND
Reklamy

206. Such a sweet Sugarbread – I can write magic spells

Soap&Skin – Sugarbread (Sugarbread EP, 2013)

written, arranged & produced by Anja Plaschg.
video processed by Anja Plaschg.



Zaklęcie na wyjście z chaty
Miało być tu słowo, ale nie będzie
O tym jakie mam pomysły
Muszę, zamiast mówić wszędzie
Wziąć się w garść, by nie prysły


The spell to leave home briefly
There’s a word meant to be here
About ideas I have in my head
But I must, to make it clear
Get the shit done and bake the bread

205. O lumpeksach słów kilka

Echo & the Bunnymen – Pictures on My Wall (Crocodiles LP, 1980)

The pictures on my wall
Are about to swing and fall
Love it all
Love it all

 

Kolejny raz mijam dziesiątki reklam ciuchów pochodzących ze znanych sieci sklepów odzieżowych. W autobusie czy tramwaju rzadko jest na czym zawiesić oko, toteż zawsze patrzę przez okno, choć niektórzy mogą się dziwić, czemu tak się dzieje. Są wszędzie – na przystankach, na billboardach, na przystankach, na galeriach, na przystankach, w gazecie, którą dostałam za free (faktycznie, inaczej nie byłaby za darmo), na przystankach. Chuda, wymalowana kobieta zarzuca na siebie nonszalancko żakiecik, robiąc uśmiech Mona Lisy. Inna pokazuje prawie obnażone piersi, choć podobno reklamuje bieliznę. Jakiś facet mruga z billboardu do swych modnych współbratymców, bo przecież warto być tak dobrze ubranym jak on.
Wraca do mnie pogoda ducha, kiedy wysiadam z całej ten pułapki, w której przymusowo muszę oglądać reklamy i promocje. Poprawia mi się humor wraz z myślą, że przede mną wyprawa po kilku upatrzonych lumpeksach.
Czemu one? Nie jestem oryginalna. Dziś bycie oryginalnym, przynajmniej wśród większości studentów, nie oznacza posiadania odpowiednich metek w jak największej ilości miejsc. Co lubię w sklepach z używaną odzieżą, to możliwość kupna rzeczy, której nie zobaczę u nikogo innego, a jeśli już, to jest małe prawdopodobieństwo, aby tak się stało. Wybór jest ogromny – od ubrań po torebki i dodatki. Przy odrobinie chęci i fantazji można kompletować całe stroje, z mniejszą lub większą dbałością o detale.
 
To największa zaleta ciucholandów, choć przecież żeby znaleźć coś naprawdę nietypowego trzeba mieć nie tylko czas na poszukiwania, ale i cierpliwość do nich. Czasem niezbędne jest szczęście. Na pewno w najlepszej sytuacji są ci wytrwali szczęśliwcy, którzy spełniają wszystkie warunki. Często to oni właśnie zabierają nam sprzed nosa najlepszą rzecz, choć nigdy się o tym nie dowiemy (na nasze szczęście). Zapewne dobrze sprawdza się bycie systematycznym w poszukiwaniach. To ono gwarantuje styl, jeśli tylko zapragniemy go mieć.
Czasem wypad do lumpeksów zależy w głównej mierze od dnia dostawy towaru. Wiadomo, że w taki sądny dzień ceny są proporcjonalnie wysokie, by potem maleć z dnia na dzień. Zależnie od zasobów portfela, decydujemy się iść bliżej tego pierwszego czy ostatniego dnia. Ceny, niestety nawet w lumpeksach, bywają wysokie. Dzieje się tak nawet, gdy najładniejszej rzeczy, jaką wypatrzymy, brakuje guzika, ma podartą kieszeń czy zwyczajnie dziurę. Takie jest ryzyko. Nie jest łatwo, ale coś za coś.

Z drugiej strony, pozostają zawsze popularne sieciówki – te, które reklamują się na szeroką skalę. Dziwnym sposobem nie lubię licznych form, w których się promują, ale faktem jest, że zaglądam też do nich. Mają swoje zalety – rzecz nowa, ładnie pachnąca, w kilku rozmiarach, ładnie wyeksponowana, tylko czeka na to, aż ktoś ją kupi. I ja kupuję – jeśli cena nie jest dla mnie absurdalna, a bywają i takie. Znowu jest coś za coś – ponosimy koszty za luksusy, którymi obdarza nas najnowsza kolekcja.
Niemniej jednak wolimy, gdy zbliża się kolejna – i to nie dlatego, by zaopatrzyć się w nowy, modny ciuch, lecz dlatego, że nadchodzi czas wyprzedaży. Zakupy wtedy są bardziej korzystne. Widząc wystawy sklepowe z drogimi ubraniami (Sukienka – 249, Spodnie – 139, Bluzka – 79), a zaraz potem wypełnione nimi półki, można stwierdzić też, że powszechne… Co rozsądniejsi wolą wyprzedaże. Chyba, że są w niezmiennie dobrej sytuacji finansowej – wtedy cena nie gra roli.
W tym punkcie nasuwa się myśl: przecież nierzadko można zaopatrzyć się w lumpeksie w o wiele ciekawszy i lepszy gatunkowo ciuch, aniżeli w najmodniejszym sklepie. I nawet on bywa firmowy, choć to już sprawa drugorzędna (inaczej dla niektórych, którzy lubują się w poszukiwaniu vintage’owych oryginalnych ubrań). To spostrzeżenie – chyba najlepiej sumujące sprawę – powoduje, że wracam do punktu wyjścia
Właśnie wysiadłam z dusznego tramwaju i udałam się na cotygodniowe poszukiwania. Nie wiem co mnie dziś czeka – zakupy może będą udane, może nie. Może uda mi się kupić to, czego poszukuję, a może zaskoczę sama siebie, gdy zechcę kupić coś, czego nie planowałam, a co bardzo wpadnie mi w oko. Są nieprzewidywalne. Rzeczy z lumpeksów nikt nie reklamuje na billboardach.

204. Czym była wizjoterapia?

Wizjoterapia była moją odpowiedzą na niezrozumiałe postępowanie otoczenia. W gruncie rzeczy była autorską metodą radzenia sobie z ludźmi i światem. Używałam jej mniej więcej od 13. roku życia do czasu, w którym przestała wystarczać i ustąpiła miejsca załamaniu nerwowemu. Totalnemu krachowi systemu. Z perspektywy czasu wspominam ten okres jako błądzenie we mgle. Wznosząc się ponad go, widzę zapadający zmrok, labirynt i małą, czarną kropkę – siebie. Czarna kropka chodzi po labiryncie i nie wie nawet czy się z niego wydostanie. Choć według innych wpatrzona w siebie, tak na serio jest sobie bardzo obojętna. W najlepszych snach, w najlepszych miejscach, do których uciekałam w wyobraźni, nie dostałam ani jednego sygnału, że błądząc po tym labiryncie robię najlepszą i najdzielniejszą rzecz swojego życia. Że przemierzam swój własny, powstały w wyniku niezależnych czynników, wewnętrzny mrok. Jednym słowem, byłam na drodze do nieprawdopodobnego poczucia niezależności, do wolności bycia sobą! To był mroczny, postrzępiony czas, kiedy moja wrodzona otwartość na ludzi i świat, wielka wrażliwość, pragnienie miłości i akceptacji dla wszystkich i wszystkiego oraz oczywiście wszechzaufanie, cóż, delikatnie mówiąc, szwankowały. Może dlatego, że skonfrontowały się z „prawdziwym życiem”? Na szczęście jednak odnalazłam na powrót to, z czym przyszłam na świat jako dziecko – i umiem się tym posługiwać! Umiem być sobą „pośród śpiewu tłumu”… Wracając jeszcze na chwilę do metafory labiryntu – nie mogę sobie przypomnieć kiedy dokładnie zamknęłam oczy, czy to noc była taka ciemna, czy to ja taka senna. Najważniejsze jednak, że otworzyłam oczy. A co dzięki temu? W tych oczach świat i ludzie są coraz lepsi. Oni dla mnie, a ja dla nich. Wszystko to co napisałam wyżej, napisał już wcześniej Chuck Palahniuk w Podziemnym kręgu: ,,And then, something happened. I let go. Lost in oblivion. Dark and silent and complete. I found freedom. Losing all hope was freedom.”