(187.) 14* W zamyśle zmysłowość

Początek lata wzbudzał w nas wątpliwości różnej natury, a pogoda dopasowała się do tego stanu idealnie – ulewy, wiatr, burze, wszystko tak jak na morzu podczas sztormu, ale w przestrzeni powietrznej, cóż, trzeba powiedzieć, że za oknem to właściwie niemal tworzył się ocean tuż przed naszymi oczami. Byliśmy jak małe rybki w akwarium uśmiechające się do tego, co dzieje się na zewnątrz. Woda jednak milczała, w wiadomym sobie rytmie spływając po szybach, tuląc się do nich i znikając. I nie było jej już, ale przypływała nowa, kołysząc biodrami, och, ta burza, najbardziej namiętne zjawisko pogodowe, jakie daje przyroda.

Gdy zamknęliśmy ostatnie drzwi, a ja odłożyłam na najbliższą powierzchnię złoty klucz, wiedzieliśmy już, że to wszystko co nas otacza dziś, jest tylko dla nas, a przede wszystkim, iż my jesteśmy tylko dla siebie.

Czułam, że już zaczarowaliśmy atmosferę wokół.

Skierowaliśmy się do kuchni, gdzie mieliśmy przyrządzić trzy różne potrway według wcześniej ustalonego planu i zebranych przepisów. Pamiętam, że czas przygotowań był krótki, a jedzenie świeże, przepyszne i co najważniejsze – posiadające nasz własny certyfikat, zrobione samodzielnie, satysfakcja była tym większa. Gdy wszystko było gotowe, nakryliśmy do stołu – okrytego na tę okazję fioletowym obrusem w różyczki, właściwie to do teraz nie wiem, skąd on się znalazł, ale tak – szczęśliwie przydał się tego dnia. Sztućce mrugały srebrzystymi oczkami, a kostki lodu pobłyskiwały, dryfując w mrożonej herbacie. Co chciałam powiedzieć? Że było gorąco i zimno zarazem, że moje ciało było takie ciepłe, a padały na nie smugi zimnego światła, i w środku drżałam, drżałam tak niezwyczajnie.

Dobrze wiemy – czy wstyd, czy nie wstyd to odnotować, to napiszę – że uwielbiamy jedzenie, jesteśmy hedonistami na tym punkcie, kochamy łaskotać nasze kubki smakowe, sprawiać sobie przyjemność z wykorzystaniem zmysłu smaku. Nie da się ukryć, że tak jest!, oczywiście z umiarem, okazjonalnie – tak, aby nie zgubić uroku.

Gama sosów do wyboru, odpowiednio przyrządzone napoje, a przede wszystkim – nasze autorskie potrawy – wszystko to spowodowało istne piekło w gębie, z całym szacunkiem nie napiszę „niebo”, gdyż, och, no wiesz, u nas hierarchia jest niemal odwrotna, ironiczna i z dystansem, ale przecież taka urokliwa. Diabelnie boskie smaki wytworzyliśmy własnymi rękoma, a rozkoszowaliśmy się nimi powoli. Zamknięte usta podczas jedzenia skojarzyły mi się właśnie z parą kochanków w miłosnym uniesieniu, aż się zarumieniłam – ale tylko troszkę. Pamiętam, że powiedziałeś, że nie wierzyłeś w to, że uda nam się sporządzić dobre dania – och, dobrze, że się przyznałeś do tego. Miałam myśl, że tym bardziej ci smakuje i jeszcze wyraźniej odczuwasz zadowolenie, będąc pozytywnie zaskoczony. Element zaskoczenia musi być; wiesz, jak często to powtarzam. Bo to jest ważne.

Będzie niejakim paradoksem – bardzo zabawnym – to, że nie napiszę o naszym drugim etapie uczty dla zmysłów tyle, ile napisałam o pierwszym. Muszę zaznaczyć, że przecież ten drugi jest taki intymny, uroczysty, sekretny, przepiękny, tajemniczy i pełen emocji – dotyczy wydarzeń z działu tych, które niełatwo opisać, które tak trudno potem odczytywać, a zwłaszcza udostępniać do wglądu komuś innemu, o nie – dlatego też nie będzie opisany. Był zbyt czarodziejski, chyba na tyle, że każda litera, która miałaby składać się na jego opis – w najlepszym przypadku znikałaby i udawała się na inne miejsce z właściwą sobie uroczą psotliwością, a najpewniej po prostu zamigotałaby i zamieniła się w błyszczące gwiazdki. Do poskromienia takich niesfornych literek ubranych w zwiewne koszule nocne, niezbędne są pamiętniki zaklęte w satynowych okładkach oraz eleganckie, wzbudzające respekt pióro.

Po tamtych dniach, burzliwych, cudnych i namiętnych, mam słodką świadomość, że jesteśmy dwoma samowystarczalnymi mistrzami nastroju, czarodziejami miejsc, sprawcami własnej magii – i jakkolwiek trywialnie to brzmi – jest to magia miłosna, sercowa, uczuciowa, dotykająca wszystkich zmysłów z właściwą sobie gracją, elegancją i troską. Czuję, jakbyśmy sobie wróżyli – tyle, że nie przyszłość, a teraźniejszość, sekunda po sekundzie odsłaniamy karty i uśmiechamy się z efektu.

Czekamy na deszcz.

Aż ponownie w niebie nad nami zakotłują się granatowe chmury, wzrośnie w nich napięcie elektryczne, a w nas – anielska niecierpliwość – aż zacznie się kolejna burza zmysłów, ulewa uniesienia, na zmianę gwałtowne i lekkie powiewy powietrza pachnącego chwilami, podczas których jesteśmy razem.

Reklamy