(185.) 12* Szklane emocje

Horyzont z przyjemnością zatapiał się w głębinach oceanu, nie protestował, nie wołał pomocy. Jakże mógł mieć coś przeciwko tej pięknej interferencji duszy z ciałem? Niebo kochało wodę, stykało się z nią wszędzie.  Wpatrywaliśmy się w tę cudowną relację, jaką dała natura. Jedni mówią, że wzrok ku oceanom kierują jedynie ci, którzy czują się samotni, nieszczęśliwi. Jest to wielkie uproszczenie – każdy może czuć coś innego, kierując wzrok ku taflom morza, każdy może mieć ku temu inny powód, nawet kilka jednocześnie. Potwierdzaliśmy wtedy to, że może zaistnieć wiele przyczyn, tak zróżnicowanych, a przy tym pozytywnych. Ty wiesz, że ja z pewnością nie należę do osób, które kochają oceaniczne widoki dlatego, że czują się samotne. Ty masz świadomość, że to nie tak; że to namacalny efekt tego, że mój wewnętrzny wzrok patrzy w siebie nad wyraz głęboko. Bardzo głęboko, głębiej. Z kolei zewnętrzny zmysł robi to samo, kochając morskie obrazy. Kochając ciebie.

Wierny towarzyszu podróży ku granicom i horyzontom…

Wyjaśniłeś mi swoim istnieniem tak wiele, nie tłumacząc nic. Milczysz niewzruszony, mówiąc tak wiele. Wystarczy, że zbliżę swoją twarz do twojej, gdziekolwiek jesteśmy, słyszę morskość. Szum fal, szepty ziaren piasku, odgłosy mew. I zawsze jestem zaskoczona; zawsze, gdy powtarzam czynność.

Zrobiłam to. Uśmiechnęliśmy się równocześnie.

– Wybaczam ci, naprawdę.
– Co mi wybaczasz?
– Wszystko ci wybaczam…

Resztę dopowiedział szum. Och, namalowałam widok w zimnych barwach, a zapomniałam wspomnieć o tym, że powietrze tego wieczora pozostawało gorące – wystarczająco ocieplone po barwnym zachodzie słońca, jego drobinki wciąż unosiły się w przestrzeni, przypominały złoty brokat, który bardzo lubią mieć opalone dziewczyny na swoich ustach.

A moje blade usta od długiego czasu chciały ci powiedzieć to, co wtedy ci wyznałam, ale niestety pozostawały milczące, okryte cierniem, zszyte, wydrapane. Skryte, stanowcze, palące i bolesne.

Zaczęły zdrowieć i wracać do tak pożądanej normalności, wszystko dlatego, że je całowałeś; bo je ozdabiałeś nadzwyczaj delikatnymi pocałunkami. Nie mogłam dłużej milczeć i dusić w sobie najprawdziwszych i tak intensywnych uczuć, które uderzały o moje wnętrze jak woda podczas sztormu napierająca z wielką mocą na wszystko, co napotka. Jak fale rozbijające się o brzeg podczas grzmotów i błyskawic, które w istocie były moją burzą myśli.

Znasz słowa kocham cię; właściwie to wypowiadasz je rzadko, ale tak często masz je w myślach, widzę te kilka liter niemal w równym rzędzie, właśnie tam, w twoim spojrzeniu. Wiem jednak, że to nic dziwnego, że nie wypowiadasz ich często.

– Chcę ci powiedzieć jak postrzegam te słowa. Dla mnie, wybacz mi, niewiele znaczą. Nie przedstawiają dla mnie dużej wartości, takiej, jaką miały kiedyś. Oczywiście wierzę, że są – och, bo są – szczególne i wymawiane tylko w określonych okolicznościach, specyficznie warunkowane; że dla ich wypowiedzenia obowiązkowe jest istnienie czegoś w rodzaju ciepłego, przyjemnego ciężaru w swoim wnętrzu, to on sprawia, że je wypowiadasz, chcesz je powiedzieć. To, jak intensywny i trwały będzie ten ciężar, zależy już od wielu innych spraw, których nigdy nie odważę się w pełni określić i sklasyfikować, lecz jedynie pozwolę im się dziać. Zaznaczyć jednak chcę, że – nie pomyśl sobie źle – mam na myśli de facto jedynie swoje kocham. Zdajesz sobie sprawę z tego, że przecież każde kocham cię jest indywidualne, jest moje kocham i twoje kocham – twoje, jak mniemam, jest nieskazitelne. Moje – po prostu jakieś takie… wyświechtane. Dlatego właśnie byłeś samotnym rozmówcą, mówiąc mi parę razy, że mnie kochasz… I przepraszam cię za to. To chciałam powiedzieć na wstępie.

W naszym przytuleniu opuścił głowę na dłuższą chwilę, po czym podniósł wzrok.

– Ja też wszystko ci wybaczam.

Uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek, następnie kontynuowałam dalej:
– Ale wiesz co? Mam ci do powiedzenia jeszcze trzy ważne rzeczy, słuchaj mnie uważnie. Wiesz co? – podjęłam raz jeszcze, tym razem ostatecznie zmierzając do sedna sprawy. – Mogę użyć tysiąca innych słów na określenie intensywności mojego uczucia do ciebie – zrobiłam przerwę, po czym zaczęłam wymieniać: – Mogę powiedzieć, że uwielbiam spędzać z tobą czas… Uwielbiam, gdy jesteś przy mnie, uśmiechasz się i mówisz rzeczy, które sprawiają, że się śmieję. Uwielbiam twoją bliskość, gdy jesteś obok i odległość, która nas dzieli, gdy jesteśmy w swoich domach. Bo jest niewielka.

Uśmiechnął się.

– Skarbem jest dla mnie twój dotyk, twoje pocałunki, wiesz, takie delikatne jak płatki kwiatów opadające na wiosenną trawę. Cieszę się na myśl, że przyjdziesz i złapiesz mnie za rękę, smucę się, gdy odchodzisz, ale gdy zasypiam – mam piękne sny, które rekompensują mi tymczasową rozłąkę. Cenię sobie ciebie bardzo mocno, jesteś dla mnie najważniejszy – poza rodziną. Wiadomo, rodzina to jednak inna sprawa. Ale poza nią – ty znaczysz dla mnie najwięcej i liczysz się najbardziej. Mogę jeszcze powiedzieć, że uwielbiam obecną rzeczywistość, którą dzielę z tobą – nieskomplikowaną, prostą, szczęśliwą i ponadto taką, którą potrafimy razem ubarwiać, rozmawiając się, śmiejąc, wyobrażając… Oczekuję wspólnych wakacji i dam ci piękne chwile, takie o których nigdy nie zapomnimy… Mogę wymieniać jeszcze długo, wiesz, ale zmierzam do tego, by powiedzieć ci coś… Coś ponad wszystko, co powiedziałam do tej pory. Nawet, a zwłaszcza – ponad mnie samą.
Patrzył na mnie uważnie i poczułam jego serce jeszcze wyraźniej niż do tej pory. Ja też oddychałam szybciej, musiałam robić duże przerwy między wypowiedziami, ale wiedziałam też, byłam pewna!, że muszę skończyć to, co zaczęłam. Tak też uczyniłam.
– Wiedz, że jeśli słowa kocham cię znaczą właśnie to, o czym powiedziałam ci przed chwilą, to… – jeden oddech, drugi oddech, trzeci, czwarty… – to kocham cię kochać.

Wziął głęboki wdech, a serce zabiło mu mocniej. Słyszałam jego przyśpieszony oddech i czułam koncentrację, której tego dnia na pewno się nie spodziewał. Uśmiechałam się do niego i pocałowałam go. Interferencja duszy z ciałem. Niebo stykające się z morzem. Ja i Ty.

– I wiesz co jeszcze pragnę ci wyznać? – ciekawe było jego zdziwienie kolejną niespodzianką, zrobiło mi się ciepło na myśl, co może czuć. Czułam się już tak wolna od wszelkich skrępowań i tak… wolna, po prostu wolna!, że wypowiadałam słowa z jeszcze większą odwagą, a co najważniejsze – czyniłam je rzeczywistymi i one były już w nim. Dopowiedziałam jeszcze:
– Kocham twoje kocham.

I właśnie wtedy, pamiętasz?, usłyszeliśmy całą okoliczną morskość, wcześniej zagłuszoną szeptem.

A o poranku przestrzeń była pusta. Tylko ta nasza krew na twoich ustach…

Reklamy