(182.) 9* W stronę księżyca

– Nie mów, że nadchodzi poranek… Minuty go kochają, wiem.

O niewielu rzeczach można powiedzieć „nie ma nic gorszego niż…”, ale poranki z pewnością do takich spraw należą. Nie ma nic gorszego niż ranki. Nic gorszego niż świt.

Chciałabym, żeby między nami wiecznie trwała noc, ciemna, ogromna, ciepła i bezpieczna. Widok twojego jasnego profilu pośród ciemności należy do najwspanialszych, jakie dane mi jest spotykać. Twój przecudowny, prosty i zadarty nosek jest najkochańszym noskiem na świecie. Mogę tak patrzeć z boku na twoje rzęsy, nos i usta godzinami. Ten widok przyjemnie boli. Jest taki czysty, przejmujący, niewinny – jak ty. To jesteś ty, cały ty.

Na takiej podstawie widzę, jaki jesteś naprawdę. W takich chwilach dociera do mnie twoje zagubienie, cały twój ból, niecierpliwość i potrzeba uczuć. To wszystko szkli się w twoich oczach, gdy masz w nich łzy. Widzę je i interpretuję.

Pytam, co się dzieje – widzę wyraźnie, że przecież dzieje się coś.

To wszystko szkli się w twoich oczach.

Zaskakujesz mnie tym wyznaniem, choć jego treść nie powinna mnie dziwić, gdyż jest bliska i mi. Niemniej jednak te słowa z twoich ust… Były takie nadzwyczajne.

Mówisz mi, że twój smutek bierze się stąd, że takie chwile jak ta… Mijają… Smutna prawda, nieubłagany czas…

I dodajesz jeszcze, że jest ich… Za mało…

Tych kilka krótkich słów określa tak wielkie, niepotrzebne zło.

Te chwile mijają za szybko i jest ich za mało… Za szybko i za mało…

Odpowiadam ci to, co niemal od razu nasuwa mi się na myśl – przecież w życiu piękne są właśnie tylko chwile… I tak to już jest. Oczywiście, że mijają i tak doskwiera brak ich niezwykłości, ale gdy już są, to czy nie jest to wystarczające? Wiem, że nie uważasz tak. Że najchętniej zamieniłbyś je na wieczność, rozciągnął w nieskończoność, rozłożył na wieczny bezczas… One ci nie wystarczą, nie wypełniają twojej potrzeby bliskości…

Zobaczysz, że będzie ich więcej. Zrobię wszystko, by nie brakowało ci niczego. Przecież wiesz, że wzajemnie się wypełniamy, a potem jeszcze wypełniamy sobą czas. Czas ma określone ramy, ale my będziemy poza nie wykraczać. Sam się przekonasz.

Mówisz, że następnym razem postarasz się bardziej. O co? O to, by zdobyć więcej czasu lub go zatrzymać. Odpowiadam ci, że ja ci pomogę; zapewniam, że kiedyś nam się uda. Pewnie, że się uda – słyszę – wystarczy tylko chcieć.

Z tymi myślami zasypiam i oczywiście śnisz mi się. Śni mi się to, co mam od ciebie na co dzień – wolność myśli, sumienia, słowa, brak skrępowania, spontaniczność, energia, pozytywne nastawienie do życia, życie chwilą. To zaskakujące, jak bardzo zanika w tej sferze granica między snem a jawą. Śni mi się codzienność. I ta codzienność jest jak sen.
Stan takiego pozytywnego balansowania na krawędzi jest nieustannie pociągający, porywa mnie, a ja godzę się na to całą sobą, elektryzuje mnie, ciebie, nas. Jest pomiędzy nami nić dziwnej relacji, głębiej nie potrafię jej określić, wiem tylko tyle, że uwielbiam ten stan. Z tobą sam na sam.

Są granice, których nie wolno przekraczać, bo przynosi to szkody. Są też granice, które warto przekraczać, by stać się lepszym człowiekiem. A ty… Uczysz mnie, pokazujesz mi – które są które…

Dobrze mi jest, że dziś już wiem – a jutro będę wiedzieć jeszcze lepiej – co jest dla mnie dobre, a co złe; czego unikać, gdzie podążać; z kim iść, a kim się nie przejmować – ta wiedza sprawia, iż po prostu wiem, co tak naprawdę się liczy, a co nie powinno i nie ma znaczenia… Dzięki temu wiem, że wiele rzeczy wcale nie musi mieć wpływu na ogół… Że są te dobre szczegóły, które go tworzą i te złe, które chcą go zniszczyć. Ale nie dadzą mu rady. Nie dadzą mu rady.

Wiem z kim i dokąd iść. Niebo ponad nami i piekło emocji w nas prowadzi nas w przeciwną stronę od tego, co już było i co na szczęście już się nie powtórzy. Zostawiamy za sobą wszelki rozniecony podstępnie ogień, fałszywy blask, absurdalne iskry. Nie oglądamy się wstecz. Idziemy prosto przed siebie. W ciepłą, bezpieczną i spokojną noc.

Reklamy