(181.) 8* W akcie pragnień

I wtedy, gdy poczułam jak tęczowa bańka pęka tuż przed moim spojrzeniem, odruchowo zamknęłam oczy. Co najdziwniejsze, nie był to typowy odruch, gdyż nie trwał ułamka sekundy czy odrobinę dłużej. Nie otworzyłam oczu szybko, bo zastałam za nimi ciekawy widok. Zupełnie mi się nie spieszyło.

Wnętrze przestronnego salonu rozświetlał raz po raz blask błyskawic, który na krótkie chwile mieszał się wtedy ze światłem płomieni świec. Były one porozstawiane w różnych zakątkach pomieszczenia, a gęstość ich występowania zdecydowanie wzrastała w miarę zbliżania się do jego centrum, gdzie znajdowała się kremowo-złota sofa, mebel bardzo ładny, o wzorze delikatnym, lecz eleganckim, iście królewski – albo raczej na miarę damy, która w chwili obecnej na nim spoczywała, półleżąc i oddychając miarowo.

Płomienie okolicznych świec okrapiały mebel i kobietę złotem, a srebrzyste błyskawice w nieregularnym rytmie natury przecinały ten widok śliczną, upiorną bielą. W powietrzu unosił się zapach wiśni i wanilii z zaczepną nutą cynamonu, nadając pozornej łagodności coś z przyjemnej dla zmysłów zadziorności. Ponadto sączyła się we wnętrzu miła dla uszu muzyka, cicha, lecz wyrazista. A niebo szeptało głośno.

Nade wszystko wspomnieć trzeba, że na jednym z foteli mienił się satynowy szlafrok w kolorze ciemnej krwi, a czarna, koronkowa bielizna z równie krwistym, różanym motywem spoczywała swobodnie na oblepionym tamtejszą atmosferą parkiecie, zrzucona przed kilkunastoma minutami z rozmysłem i całkiem bezwstydnie, w rytm muzyki, powoli, powoli, wpadając na zagłębienia ciała i opadając z krągłości. Wszystko to w oszałamiającej bliskości człowieka siedzącego naprzeciw.

Mężczyzna, nieco rozkojarzony rysownik, zajmujący równie wygodne i rozświetlone stanowisko co kobieta, z pewnością chciałby być teraz grzecznie skoncentrowany, na przykład przenieść się na dawny kurs i malować po prostu pejzaże. Plan ten ginął gdzieś na szlaku jego powłóczystego spojrzenia, czego zresztą był świadomy. Drgnienie jego ust zostało przywitane przez kobietę lekkim uśmiechem. Zerknęła porozumiewawczo na spoczywające na stoliku obok białe karty i czarne przybory młodego artysty, a ten popatrzywszy na nie przez chwilę (na jego rzęsach zatańczyły iskry), skinął głową.

Kobieta posłała dłonią symboliczny pocałunek, puszczając niewinnie oczko i uśmiechając się zmysłowo, po czym odwróciła się powoli od mężczyzny tak, aby jego zmysły pod wpływem zapachu jej włosów zadrżały raz jeszcze. Zwróciła się w stronę sofy. Młody rysownik pożałował, że nie można oddać na płótnie ruchu kołyszących się bioder.

Kobieta zajęła miękki mebel kładąc się na lewym boku, wzrokiem oczekując od mężczyzny potwierdzenia tego, czy poza jest odpowiednia. Ten popatrzył chwilę, następnie wstał i polecił jej swymi dłońmi, by bardziej wyprostowała nogi oraz ustawiła stopy tak, aby były bardziej wyeksponowane. Lewa ręka podpierająca głowę była ułożona odpowiednio – tak, by kobiecie było możliwie jak najwygodniej. Z kolei jej prawą rękę artysta postanowił przenieść z prawego boku za głowę, oparł ją wygodnie o poduszki, nie zasłaniając w takim wypadku linii talii. Popatrzył jeszcze na twarz kobiety i wykonując stosowny ruch swoją głową, pokazał jej co powinna zrobić. Uśmiechnął się łagodnie, gdy stwierdził, że teraźniejszy widok ostatecznie wypełnia jego wizję.

W tym punkcie pewne uczucia dominacji i kontroli nad wydarzeniami przelały się na stronę mężczyzny. Odetchnął. Zaczynał być panem sytuacji. To kobieta przecież była teraz uwięziona w swojej pozie, nie mogąc nic zrobić.

A mimo to, jedynie leżąc i oddychając, czyniła równocześnie tak dużo…

Artysta miał doświadczenie na tyle, by po pierwszej naturalnej fali ciepła móc skoncentrować się na pracy, która jednak nie była dla niego zwykłym obowiązkiem mężczyzny ani też przyjemnością małego chłopca, lecz najzwyczajniej czymś pomiędzy. Właśnie tam mieściło się jego mistrzostwo.

Myślę, że w chwilach takich jak te ludzie marzą, by czytać drugiemu człowiekowi w myślach. Właśnie wtedy, gdy druga osoba przyciąga, intryguje i zadziwia na tyle, by chcieć w taki właśnie sposób nią być. Niemniej jednak to daremny trud. Bezsensowny wysiłek. Niepotrzebne starania. Zbędna praca. Oryginał jest zawsze tylko jeden.

Myśli przywiodły mnie do swojego domu; tam, gdzie jest ich najwięcej. Otworzyłam oczy, z powrotem wracając do swojej purpurowej komnaty. W głowie wciąż miałam pięć prostych słów i nadal potwierdzałam je całą sobą. Na drodze skojarzenia przypłynęło do mnie wspomnienie ludzi, którzy starają się zbliżyć do danego wzoru, będąc jedynie jego zwykłymi kopiami i co gorsza – tracąc w takim układzie całą swoją możliwą oryginalność.

Spotykając takich ludzi, nigdy nie potrafiłam wzruszać ramionami. Całkiem możliwe było wtedy to, że oni będą robić to samo.

Reklamy

(180.) 7* Paląca prawda

Aromat kawy rozbudził mnie cudnie; ożywił mnie tak, jak potrafi tylko on. We wnętrzu różanego kubka unosiły się brązowe drobinki, białe mleko i stopniowo rozpuszczające się kryształki cukru, pewnie mówiące wszystkim i wszystkiemu „żegnajcie, żegnajcie”. Na tę myśl nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać.

Tego dnia padał deszcz, w zasadzie nie padał tak po prostu i ot, ale padał, padał, padał i jeszcze raz padał. Cebro musiało być nadzwyczajnych rozmiarów. Taka nudna, monotonna pogoda mnie usypia i muszę stosować kawowe środki, by nie zasnąć. Nie powinnam spać w ciągu dnia, bo marnuję całe godziny na absurdalne sny. Od spania jest noc – tak często to słyszę… Dlatego dobra kawa nie jest zła, tylko szkoda, że źle wpływa na szkliwo zębów, zresztą tak samo jak papierosy. Te drugie, na domiar złego, są jeszcze gorsze, bo – jak wierzę – każdy z nich, zapalony, skraca życie

– Kawa i papierosy są złe, ale dobre… I dobre, ale złe – po tym pełnym emocji, namiętnym wnioskowaniu zamyśliłam się na chwilę. – Trzeba jakoś rozsądnie rozłożyć w czasie stosowanie pieprzonych używek, nie? Bez kawy nie wytrzymam – podjęłam – bez kawy będę chodzącym zombie, będę mylić własne łóżko z każdą przypadkową trumną i w ogóle będzie nieciekawie. Jest opcja, żeby względnie ją zastąpić megadawkami magnezu. Zobaczymy… Natomiast bez papierosów na pewno dam radę. Można popalać, ale okazjonalnie, kupić sobie raz w miesiącu na przykład takie Djarumy Cherry… – zamknęłam oczy i oddałam się wspomnieniu.

Otworzyłam je, gdy usłyszałam cichy syk. To Vel zgasiła papierosa akurat tak, że wydał dziwny, świszczący odgłos.
– Sssłyszysz? – zapytała, patrząc mi głęboko w oczy. – Od tego się zaczyna. Każdy papierosss to podssstępny wąż.
– Wiesz no, nie sądzę, żeby zasada NIE PALIĆ FAJEK TAŃSZYCH NIŻ 10 ZŁOTYCH doprowadziła mnie do nałogu. Jeśli taka mi przewodzi, to nigdy nie będzie tak, że będę czuła obowiązek kupowania papierosów na bieżąco, bo wiesz, że jestem oszczędna. Na dłuższą metę na fajki szkoda kasy, tak samo jak na duży brzuch – popatrzyłam na rozmówczynię. – Oczywiście mam na myśli jedzenie w restauracjach, które właściwie uwielbiam, ale nie uskuteczniam przesadnie często…
– Mów, mów.
– Zresztą wiesz jak jest, nie palę tak, by dzień zaczynać od taniej fajki w ramach pysznego śniadania, ale palę dla smaku, zapachu, klimatu, chmury dymu, która przy odrobinie wyobraźni staje się srebrzysta i oplata mnie całą – zamyśliłam się znowu. – I nigdy samotnie – dodałam. – Nie palę i nie zamierzam palić w pojedynkę, bo wtedy nie ma to dla mnie większego sensu. W sumie to muszę być bardzo przybita, aby tak zrobić, i jak dotąd zdarzyło mi się to jeden raz.
– Dobre.
– Nie najgorsze. Czekaj, mam pomysł. Co ty taka rozmowna dzisiaj?

Velinae najwyraźniej była przygotowana na to pytanie, lecz odpowiedziała bez większego pośpiechu:
– Wiesz, rozmowa o papierosach ze mną… – zaciągnęła się – jest jak rozmowa z ósmą rano, podczas gdy trzeba było obudzić się o szóstej. Rozumiesz.
To nie było pytanie, ale stwierdzenie.- Oczywiście. Czekaj chwilę.
– Poczekam… – zapewniła zielonooka, dopełniając formalności.

Zapaliłam światło, wykorzystując padający za oknem deszcz. Blask zaczął lać się z góry, drżąc delikatnie, i już po niedługiej chwili ponad naszymi głowami rozpostarła się migotliwa tęcza z pasm w różnych odcieniach fioletu i beżu. Vairose, do tej pory przebywająca w innym świecie i nie włączająca się do rozprawiania o papierosach, podniosła głowę na widok nowości w pomieszczeniu. Zanim wdrapała się na nią myślami, zadała mi pytanie:
– Mówiłaś niedawno, że według ciebie ludzie powinni puszczać bańki mydlane, zamiast palić papierosy, bo tak byłoby ładniej i weselej – co z tym? Pamiętasz to? – jej oczy były smutniejsze od niej samej.
– Jasne, że pamiętam – odpowiedziałam, starając się uśmiechać możliwie jak najcieplej. – I nadal myślę, że tak właśnie by było, gdyby wszyscy ci, którzy kupują papierosy często, czyli nałogowcy, zaczęli tak robić, ale to przecież idealistyczna wizja i nie ma miejsca w świecie na jej realizację, a poza tym po prostu bardzo trudno jest zerwać z nałogiem… – tłumaczyłam (się). – Niemniej jednak wierz mi, Vai, że nie dołączę do grupy ludzi, którzy palą bardziej dlatego, że muszą, a nie chcą… Nie przekroczę granicy, którą sobie wytyczyłam.
– Mam nadzieję… Fakt, słyszałam, co mówiłaś Veli… Pomyślałam sobie wtedy, że to nieźle, że w tak abstrakcyjnej przestrzeni, jaką jest palenie papierosów, potrafisz urządzić się tak… Niestandardowo. Twoja pachnąca zasada jest dość oryginalna.
– Tak jest, NIE PALIĆ FAJEK TAŃSZYCH NIŻ 10 ZŁOTYCH – powtórzyłam jeszcze raz.

Nagle nasunęło mi się pytanie: na ile można mnie znać? Jakim cudem można znać mnie tak dobrze? Uśmiechnęłam się do Vai, kiwając głową w niedowierzaniu i zachwycie. Ciszę przerwała Vel, która powiedziała, jak zwykle jakby odgadując moje myśli (no właśnie):
– To wszystko dzięki nam – mrugnęła okiem do Vai zaraz po tym, gdy papierosowa chmura dymu pachnącego herbatką stosownie się rozrzedziła.
– Niewątpliwie – powtórzyła gest fioletowłosa, odchylając głowę na bok tak, by woń perfumu kojarząca się ze wszystkimi słodkościami świata opadła na jej szyję.

Spuściłam wzrok, powstrzymując szeroki uśmiech tak, by nie psuć powagi przedstawienia i wartości jego przekazu. Odczekałam jakiś czas, po czym zapytałam rzeczowo:
– Napijemy się? – podniosłam w górę herbaciany imbryk, zabłyszczał przyjaźnie.
Odnotowałam dwa bezgłośne „tak”. Nie mówiłyśmy już nic więcej, bo wszystko było jasne, tak jak migocząca ponad nami tęcza.

(179.) 6* Trochę demonologii

– Jeśli ty jesteś słodkim, pokornym niebem, Vai, a ty ciekawym, cudnym piekłem, Vel, to znaczy to tyle właśnie, że błądzę na ziemi.

Panował między nami klimat istnego księżycowego miasta – wszystko dzięki obrazowi, który wisiał na ścianie i je przedstawiał. Znane jest istotom ludzkim, zwykle po prostu wgapiającym się w obraz, żeby to właśnie malowidło gapiło się na wnętrze pomieszczenia i nadawało mu sens, obdarzało baśniową atmosferą? Nie jest znane. Powiem więcej – jest to dla nich jak podróż w nieznane, szalone i głupie.

– Czy nie jest tak? – dopytywałam się moim dwóm pięknym rozmówczyniom, których namiętności szarpały mną od tak słodkiego, słodkiego dawna.
– Zadajesz trywialne pytania, V – odpowiedziała mi Vai, odrywając na moment wzrok od bukietu małych różyczek, które trzymała w smukłych dłoniach.
– Pieprzysz głupoty i tyle, tak bym to ujęła – sprecyzowała jeszcze dobitniej Vel, Vel vel. Prawda i Tylko Prawda.

Być może faktycznie znaki zapytania na końcu moich wypowiedzi prezentowały się dość absurdalnie. Odpowiedziałam sobie sama – dokładnie tak jest. Nikt i nic nie wyrazi tego lepiej. Przytaknęły mi jeszcze, jakby słyszały moje myśli, a raczej było to mimo wszystko ich milczące „tak”.

– Bo życie, ech, droga życia jest jak droga rock and rolla, jest naznaczona burzycielskimi marzeniami i śmiercią. A twoim zadaniem jest to wszystko przeżyć.
– Musisz ocaleć.

W tym momencie spadły na mnie niewidzialne ciosy, uderzyły mnie książki i gazety zapisane podobnymi sentencjami, co mnie bolało i zasmucało. Te razy udowodniły mi, że nie do końca rozumiem to, co jest mi mówione; że istnieje u mnie przepaść między słowem a czynem zwana idealizmem. Walcie we mnie częściej, może w końcu wbijecie mi do głowy to, co powinno się w niej znaleźć. Mam teraz czarne paznokcie, co za głupi pomysł. Wolę umrzeć niż wieść takie nijakie życie. Takie, w którym niby dzieje się dużo i na wszystko brakuje czasu, a tak naprawdę nie dzieje się nic.

– Tylko marzę o jasnej sypialni, białej pościeli, dymie papierosowym i jego włosach, czystych dźwiękach gitary, bolesnej niewinności i prawdziwości, palącej prawdy, o niczym do ukrycia… O długich, wolnych popołudniach…

Powiedziałam to nagle, nim ugryzłam się w język. Popatrzyłam na Vai, potem na Vel, a na końcu spuściłam głowę, by nie widziały mojego wstydu.

– Nie jest zabronione marzyć, V, to jest nawet wskazane, to jest potrzebne. Marz, ale tak, żeby powiedzieć potem, że „masz” – że to wszystko, o czym marzyłaś, MASZ… – Vel zagrała na słowach, przerywając raz po raz, by topić mnie stopniowo w zieleni swojego stanowczego spojrzenia.

– Miej rozsądne marzenia i mądrze je realizuj. Miej cele w swoim życiu, ale nie kończ na ich posiadaniu, tylko rób wszystko, by je spełnić. Każda minuta, która cię przybliża do ich realizacji, jest cenna – Vairose, uosobienie anielskiej cierpliwości i rozpływania się w ustach jak cukierek, mówiła diabelsko dobrze…

Nastało dłuższe milczenie, ale zostało ono przerwane czymś naprawdę nadzwyczajnym – nagle Velinae i Vairose powiedziały równocześnie, raczej na pewno zupełnym przypadkiem:
– Czyń każdą minutę cenną.

…co wręcz zwaliło mnie z nóg.

Upadłam, wiem. I tylko ode mnie zależy, czy się podniosę.