(178.) 5* Obowiązki wrzeszczą

Dział się (to za duże słowa) kolejny długi, nudny, bezbarwny dzień. Spojrzawszy w pewnym momencie za okno, zauważyłam małe dzieci niosące do domu papier toaletowy, najnowszy zakup z jednego z tysiąca sklepów, w którym jedna z miliona ekspedientek spędzała swój kolejny… Dobrze, nie czepiam się. Też mogę tak skończyć, wcale mnie to nie zdziwi, ale zaboli bardzo i szybko boleć nie przestanie. Także tego samego dnia odpadły mi z oka dwie ładne, długie rzęsy, co mnie trochę przeraziło.

Tego wieczora Velinae zastała mnie okrytą wzorzystym szalem, wyglądałam po prostu jak stary, zasuszony Aztek z niewidzialną fajką w ustach, a moje oczy czekające na deszcz przywitały ją zdecydowanym ożywieniem. Parę kosmyków moich włosów zadrżało z uśmiechem, jakby przebiegły przeze mnie jakieś dziwne pokłady energii. Najzwyczajniej ucieszyłam się, nieświadomie podniosłam brwi do góry, gdy zapytała mnie:
– Jak tam, złotko, twoja rock and rollowa fantazja? Śmigasz? Latasz, biegasz?

Nie lubiłam, gdy tak na mnie mówi, ale nie miałam siły na poważny, pełen irytacji ton, toteż powiedziałam to przeciągle, ze zniecierpliwieniem:
– Nie lubię jak mówisz na mnie „złotko”… To mi się kojarzy ze starym romansem. A chcę nowego romansu, tylko nowe romanse mnie interesują.
– „Sreberko” może być? Może. Wiem, że lubisz to.
– Lubię srebro, na pewno zdecydowanie bardziej od złota. Nie chciałabym, aby wskazywało to na moje duchowe ubóstwo czy coś w tym stylu, ja po prostu wolę ten odcień, ten brokat, ten klimat, ten połysk. Srebro jest neutralne, tak samo jak ja.
– Jesteś powalona. Wiesz, z czym ty mi się kojarzysz? Z kłodą drewna, która leży gdzieś na przecięciu rzeki, nic nie znaczy i nic nie robi sobie z fal, które ją obmywają, ma je w swoim drewnianym, pieprzonym, za przeproszeniem, nosie. Tak mi się kojarzysz. Chodzą po tobie robaki. Ale nawet tego już nie zauważasz.

Zamknęłam oczy. Pozwoliłam, aby słowa prawdy zabolały mnie mocno, ale w najstaranniejszym milczeniu. Wtedy właśnie słona kropla pojawiła się w miejscu, gdzie kiedyś były dwie rzęsy.

Usłyszałam jak Vel siada naprzeciwko mnie, zatapiając się w niższą warstwę fioletów. Na stoliku, który nas dzielił, panował niewyobrażalny nieporządek; bez wymieniania, co tam konkretnie się znajdowało, sprecyzować można , iż była to sterta pożółkłych liści jeszcze z zeszłej jesieni. Stolik na swój sposób kontynuował aztecką tradycję.
– Siedzisz tu w tym pierdolonym tipi i wydaje ci się, że połyskujące, różowe cukierki nadają sens otoczeniu, przypominając o beztroskim świecie. Myślisz sobie, że jak rzucasz je za siebie, to tak jakby zupełnie nic cię nie interesowało i było ci dobrze z tym jak jest. To jest taki stan, który mądrzy ludzie nazywają siedzeniem na kawałku sporego gówna, a takich ludzi jak ty mają sobie za nędzne, leniwe muchy. Zrób coś z tym. Naprawdę zrób coś z tym.

Wyjęła z kieszeni paczkę Sunday’s Fantasy. Och, co za ironia. Ta niedziela wcale nie była kolorowa. Odpaliła brązowego papierosa, co nadało jej jeszcze większej powagi. Ja tymczasem zmierzałam ku środkowi, ku kropce, bo kondensowała mnie upiorność metafory, jaką użyła. Mucha na gównie. Straszna poezja, taki Baudelaire; straszna, ale szczera. Vel zmrużyła oczy, wypuszczając ogromną smugę dymu i znikając w niej na chwilę niemal całkowicie, tak jak ja zanikałam od długiej już chwili.

– V, nie dostaniesz, bo nie zasługujesz – wytłumaczyła, chowając dobytek do kieszeni poszarpanej sukni. – Jak przyjdzie czas, kiedy będziesz mogła symbolicznie zapalić fajkę pokoju ze światem i z samą sobą, to wtedy cię poczęstuję. Dzisiaj naprawdę nie zasługujesz na Sunday’s Fantasy, bo z takim papierosem w ręku wyglądałabyś jak istna ironia losu. Chodząca ironia losu. Tylko zrobić zdjęcie, a potem je podrzeć.

Nie odezwałam się ani słowem, choć wiedziałam, że moje oczy mówią same za siebie, a ona mnie rozumie i tak. Tak czy inaczej. Nagle, co mnie nie zdziwiło, w pomieszczeniu przestały unosić się bańki mydlane. Nie zataczały już kół, nie obijały się o siebie nawzajem, rozproszone niegdyś, a teraz już w ogóle nieobecne. Pękły, powiedziały mi „do widzenia”.
– Do widzenia – odpowiedziałam im. – Do szybkiego zobaczenia.
– Oby – dodała Vel. – I kup wreszcie tę gitarę.
Tak, tak, przytaknęłam jej. Decyzje podjęte.

Nagle wstała, przebiegła szybko dzielącą nas przestrzeń, po czym poczułam jej dłoń na swoim ramieniu. Walnęła mnie dość mocno.
– GONISZ! – krzyknęła mi do ucha, a następnie wybiegła, zostawiając za sobą zapach rocka i kredek w dwunastu kolorach.

W tym punkcie z całą swoją siłą dobiło mnie moje lenistwo, moje rozpieprzenie, cała ta beznadziejność sytuacji, w której się znajduję. To żenujące, wiedziałam i wiem. Nie chciało mi się ruszyć z miejsca, kompletnie, choć wiedziałam też, że pragnę ją złapać.

Reklamy