(177.) 4* Płynne fale nieba

W moich dłoniach się zamyka cała namiętność, cała galaktyka. Powierzchnia gwiazd jest tak nieprzyjemna w dotyku i tak niemiła dla oka, jednakże lubię je, przynajmniej do czasu, gdy im się nie przypatrzę. Zawsze, zawsze. Taką gwiazdką jestem, chaotyczną i niepełną, gwiazduję, księżniczką jestem, księżną Gwiazdą, księżycanką, księżycową Mrs Moon. Taka rozedrgana jestem, tak niepewna i niezakochana w żadnym miejscu, tak błądzę i tak często pytam o drogę. Tak niestała jak blask gwiazd, które raz są, raz ich nie ma, raz migają szybko, a raz wolno. Kopię księżycowe koty w ich fałszywe twarze, zachwycała mnie kiedyś linia ich grzbietu, ogona, zostawiająca za sobą cieniste fale srebrnego brokatu, teraz już się nie zachwycam, te koty to chodząca intencjonalność, interesowność i inteligencja diabelska, wyrafinowana, fałszywa i trująca jak ładnie wyglądająca roślina. Nie podchodźcie mi pod nogi swym ruchem dystyngowanym, falowanym, ściśle zaplanowanym, nie ukazujcie mi tej postawy węża w kieszeni, głosów z nieznajomego źródła, krzyku z ciemnego lasu, nie zdejmujcie kapelusza, w którym kryje się trujące powietrze.

Czasem mam wrażenie, że moja chaotyczność posuwa się tak daleko, iż przestają mnie obowiązywać prawa grawitacji. Unoszę się w ciemnościach bez zamykania oczu, chodzę po wodzie i przemierzam morskie, niekończące się przestrzenie, wpadam w zdumienie, zdziwienie, poruszam się wolno, ale szalenie, dziwnie tak. Jest w tym wszystkim jakiś wielki znak zapytania miażdżący swoją wielkością wszystko inne, jest po prostu sam w jakiejś odległej, jasnej przestrzeni; paradoksem jest, że dotyczy konkretnie mnie, oddalonej od niego o miliony kilometrów, setki galaktyk.

Dryfuję między słowami i spojrzeniami, bezdźwiękami i zbiegami okoliczności. Ciągnie się za mną biały transparent, niejako oznaczenie mej osoby. Wyraziste czarne litery głoszą, iż NIGDY NIE JESTEM W SPRZECZNOŚCI Z SAMĄ SOBĄ, OPRÓCZ CHWILI OBECNEJ. Bezradnie opadają mi ręce, choć z drugiej strony uśmiecham się, gdy myślę, że czerń i biel mojej duszy czyni ze mnie srebrzystość, jako że dysponuję dodatkowo odpowiednim brokatem.

Wszędzie ma być dobrze, ale w duszy najlepiej – tak chcę, tak się staram. Cynicznie stwierdzę, iż moje pragnienia doskonalenia się duchowo… raczej przerastają chęci bogacenia się materialnie. Raczej, choć może inaczej, nie wiem i NIE OKREŚLAM, może wcale nie można tego porównywać, tak jak i nie można porównywać duszy z ciałem, bo to jeden nieodłączny zespół – a każdy zespół, wskazane by tak było, musi grać dobrą muzykę. Często duchowy rozwój wiąże się przecież ze zdobyczami materialnymi, one są do niego niezbędne. Nie zacznę rozwijać sztuki gry na gitarze elektrycznej, dopóki jej sobie nie kupię (a planuję), nie nadejdzie moment spędzania długich godzin nocnych z muzyką czy nagrywania jej, dopóki nie kupię stosownego sprzętu audio (a planuję), nie przyjdzie chwila cofnięcia się w dany okres historyczny bez dobrania odpowiedniego stroju, nie nastanie moment opanowywania sztuki strzelania z łuku bez jego kupna czy wypożyczenia, nie zrobię satysfakcjonujących zdjęć bez dobrego aparatu, nie dowiem się wielu interesujących mnie rzeczy bez odpowiednich książek. Tak więc czy moje pragnienia niejako uzasadniają się, są niepodzielnym zespołem, dzięki któremu zabrzmi muzyka? Tak też myślę. Wszystko gra, a zagra jeszcze głośniej.

Wiem, że mój obecny kryzys wartości względem edukacji i masy czasu jej poświęcanej oraz obowiązkowi zwiększenia tej ilości czasu, oznacza to, że i tak sobie poradzę. W tej sprawie zawsze byłam takim wojowniczym „i tak!”. Idę dalej, jeszcze dalej. Tak to się we mnie wykształciło i nic tego nie zmieni.

Jednakże przy tym wszystkim czas przelewa mi się przez palce – setny raz to napiszę – tak szybko mija… Kiedyś miesiąc stanowił dla mnie ogromny okres czasu – kiedy coś miało stać się za miesiąc, to jakby miało stać się za całą wieczność. Dziś miesiąc to chwila, nawet nie wiem kiedy i jak mija. Każdy miesiąc przypatruje mi się dziwnym wzrokiem, z uśmiechem będącym mieszaniną rozbawienia, współczucia i lekkiej irytacji, gdy tak kłania mi się wpół i ściąga melonik, przedstawia się jako, załóżmy, listopad, a ja myślę sobie, że to przecież nadal październik, przed którym już zgięłam nóżki. Moje miesiące podwójnie są zniecierpliwione. Wciąż mam wrażenie, że czas tych najlepszych dopiero nadejdzie, albo i dopiero z perspektywy czasu będę mogła stwierdzić, które takowe były. Z takim swoim całym stoicyzmem będę to określać.

Liczy się teraz, ta chwila, te litery, te maniery, to stuk-stuk, właśnie te krople deszczu na oknach, które spływają w tempie dokładnie takim, w jakim dryfuję między światami. Otacza mnie spora ilość książek, parę stosów, w których ułożone są w sposób taki, jakby miały zaraz startować jedna po drugiej w podniebny lot, takie książkowe ptaki są z nich. Nie zdziwię się, gdy wzlecą w górę. Tak… Staję sobie na takiej książce i krzyczę „TERAZ!”, po czym wzbijamy się w górę spokojnie i miarowo, a następnie lecimy błyskawicznie wśród fioletów w stronę mojego obrazu, a potem już znajdujemy się w błogim Mieście Książek, gdzie staję się słowem „chaos” i goszczę w dziwnych domach, które bardzo mi się podobają.

Właśnie złapałam perspektywę nadchodzących dni w prawą dłoń i wzniosła się w górę moja pięść grożąca subtelnie wszystkiemu temu, co podpowiada mi, że nie ma po co iść, że moja wędrówka nie ma sensu i jest daremna, wszystkim tym, którzy wskazują mi skrzypiące mosty i niepewne skróty. Mówię wam krótkie „nie”. Nie. Nie. Nie… Do kieszeni chowam wielokropek.

Dryfuję, latam, wznoszę się, opadam i spadam, by znów krążyć, szukać i pędzić w górę – to wszystko da się wytłumaczyć, to ma jakieś podstawy, to po prostu jestem ja. Taka właśnie jest specyfika mojego jestestwa. Jestem tym istnieniem i w górze, i na dole. Podróżuję w „pomiędzy” własnej duszy.

Reklamy

(176.) 3* Spod długich rzęs

18 lat. To tak dużo i tak mało zarazem. Dokąd dotarłam, gdzie jestem, czego dokonałam? Wszędzie i nigdzie. Wszystko i nic, takie mam wrażenie.

Fotel, który zajmuję, mam od niedawna, jest całkiem inny od pozostałych foteli, które przewinęły się w moim pokoju. Jest duży, czarny, wygodny, biurowy, bardzo sympatyczny. Pamiętam dawny spory fotel z brązowym siedzeniem, pomalowany na zielono – jak wówczas wszystkie meble w pokoju, który dzieliliśmy we dwójkę z bratem. Znosiłam plakaty koszykarzy rozwieszonych przez niego na całej jego przestrzeni, wizyty dużych chłopaków, strzały wirtualnej broni, telewizor włączony do późna, rozmowy telefoniczne odbywane za pomocą przeciągniętego kabla. Wtedy właściwie tak naprawdę posiadałam dwie rzeczy – biurko i łóżko. Biurko – zawsze wszystko to, co na nim się znajdowało, było ułożone w najlepszym porządku. Cieszyłam się z rzeczy nowych, usuwałam na bieżąco zbędne – wszystko grało. Niemniej jednak prawdziwy świat budowałam pod nim – zrobiłam tam sobie nawet kiedyś kartonowy sekretarzyk, tyle że szybko się psuł, musiałam lekko przyciskać długopis do kartki, by jakoś się trzymał. Fascynował mnie „Król Lew” i tam rysowałam ukochane postacie – patrząc na ich wizerunki bądź odrysowując je za pomocą blatu zrobionego ze szkła, podświetlonego od spodu lampą. Często robiłam namiot z dwóch krzeseł nakrytych kocem. Można powiedzieć, iż nadając mi nieco groteskowości, można by było zrobić na mojej podstawie psychodeliczny horror.

Pamiętam czas, gdy w domu pojawił się komputer, to było w roku milenijnym. Wtedy też równolegle odbył się w naszym pokoju remont – nasze ściany z białych pokrytych plakatami koszykarzy (więc właściwie z biało-czarnych) stały się turkusowo-pomarańczowe, były to jasne odcienie, dwie ściany w jednym, dwie w drugim. Wtedy dostaliśmy obrotowe fotele – z czasem, gdy brat się przeprowadził, wziął ze sobą jeden, a drugi został – był wiecznie czymś zabrudzony, potem popsuł się na tyle, że ciężko się na nim siedziało – ale trzeba było. Z przyjemnością się go pozbyłam. Z przyjemnością siedzi mi się na teraźniejszym.

Jest niedzielny poranek – moje osiemnaste urodziny wypadły, przyznaję, w ciekawym terminie. Dobrze, że to nie jest czwartek, kiedy musiałabym być w szkole. Prawidłowo, że nie jest to wtorek – ten dzień kojarzy mi się co najmniej z butami oddanymi do szewca, ze starym dziadkiem z fajką w ustach, z wyprawą na grzyby, z dzieckiem, które płacze w przedszkolu z tęsknoty za mamą. Cieszę się, że to niedziela – dzień wolny – dodatkowo z cudowną perspektywą również wolnego od szkoły jutra. Niebo jest bardzo błękitne, jak na tę porę roku – są na nim pierzaste chmury, które wyglądają jak rozciągnięta wata cukrowa. Nie zanosi się na deszcz, burzę czy śnieg. Zapowiada się pogodny dzień. Odsłoniwszy żaluzje, spojrzałam na złote korony drzew – sprawiają wrażenie, jakby każdy liść był słońcem. Ruszają się, jest lekki wiatr, ich stary znajomy.

Zajmuję obecnie stanowisko komputerowe. Siedzę przy maszynie do szycia przerobionej na stolik z marmurowym blatem. Na prawo od monitora siedzi sobie Budda otoczony fioletową bransoletką i trzema świeczkami w tym kolorze – znamienne jest to, że patrzy w stronę ekranu z ręką opartą o brodę i z miną, jakby pytał: „Wiem, że ty wiesz, że są pożyteczniejsze rzeczy od spędzania czasu przed komputerem – tylko, czemu nic z tym nie robisz…?” Słuchaj, Buddo, jeśli jesteś wszechwiedzący, to pewnie wiesz, że właściwie to i tak spędzam w tym miejscu o wiele mniej czasu, niż niegdyś. Nie było Cię tu kiedyś, gdy powstawał mój pierwszy blog, miał nazwę powaga-świra; nie było Cię, gdy powstał drugi – o wdzięcznej nazwie gwiazdarocka (tak, pisane łącznie); nie było Cię też, gdy nastał czas rewolucyjnie.blog.onet.pl – ale fakt, byłeś przy zmianie nazwy na obecną. Internet mam od 2004 roku. Wykrzyknik! Tak długo?! 13 lipca 2004 – pierwsza notka na powadze-świra… Kończy się słowami: Taaak… Żyjmy przyszłością. Naszą własną przyszłością. Wyimaginowaną. Sztuczną. Ale własną. Może wtedy będziemy zadowoleni z życia? Znamienne, bardzo znamienne – biorąc pod uwagę cel mojego obecnego bloga… Zdziwiłam się.

Po mojej lewej odpoczywają kwiaty w fioletowych doniczkach, spody ich liści są w tym samym kolorze – oczywiście nieprzypadkowo. Nie mają imienia, choć czas najwyższy je jakoś nazwać. Już wiem jak! Pierwszy – Powaga (nawet wygląda dość poważnie), drugi – Myślnik (wystaje z niego takie coś, co myślnik przypomina), trzeci – Świr (można powiedzieć, że jego liście ułożyły się we fryzurę świra). Ach, pięknie, wszystko się zgadza. Należałoby teraz rzec – mój pokój to ja.

Jego ściany są – czy ktoś już spodziewa się, jakie? – fioletowe. Odnotować muszę, iż odcień tego fioletu nie satysfakcjonuje mnie do końca, gdyż jest za jasny, w założeniu miał być to inny fiolet. Dywan jest ewidentnie do wymiany – przypomina mi starą, pomarszczoną królową, która bardziej musi niż chce, wyglądać dobrze. Drzwi są pomalowane na jeszcze jaśniejszy fiolet i osobiście doprowadzają mnie do szału, od długiego czasu noszę się z zamiarem przemalowania ich – liczę więc, iż w końcu moja osiemnastkowa dorosłość zaprowadzi mnie do sklepu. Natomiast odcień tapczanu i fotelu jest prawidłowy, jest przyjemny. Wspomniałam już o jednej płaszczyźnie, na której można coś położyć – o maszynie do szycia, która otrzymała inny wygląd i nowe funkcje – czas teraz, kierując wzrok na lewo od łóżka, opisać specyfikę kolejnego stolika. Nazwałabym go dziennym. Obecnie jest zasypany bukietami róż – dwa są szczególnie duże i ładne, składają się z czerwonych, prawdziwych róż – z kolei trzeci, najbardziej niezwykły z nich, to bukiet co prawda sztucznych róż, ale… fioletowych. To cudo nad cudami! Właściwie to kwiaty te są kremowo-fioletowe – były niegdyś całe kremowe, ale zostały potraktowane, jak się domyśliłam, fioletowym sprayem. Otacza je kremowy, kwiaciarniany materiał, wystaje z nich złota „18”, miesza się z nimi ciemna zieleń liści, różne zielone zawijasy. Całość wygląda ślicznie. Na stoliku znajduje się również jedna z osiemnastkowych kartek; pudełko, które kryje nowe płyty ze znajomą mi, cenną dla mnie muzyką; jest na nim stare dobre pióro, jak i nowy srebrny długopis z wygrawerowanym Vai – to również prezent. Obok starych zeszytów, sekretników czy notatników jest i nowy, czysty. Ponadto, na stoliku dziennym stoją także – standard – najróżniejsze świeczniki i świeczki, żółty imbryk do rozsyłania czarodziejskich woni oraz nowe lawendowe kadzidełka. Starzy kumple, portfel i dokumenty, znowu pewnie rozmawiają o dworcach, autobusach, ludziach i pieniądzach. Jest jeszcze szklanka z resztką spożywanej wczoraj herbaty – biała z wizerunkiem… fioletowych róż.

Co z tymi różami? Są w wazonie, są na szklance i w duszy. Fioletowa róża stanowi dla mnie swojego rodzaju symbol, kondensuje całą mnie do takiej właśnie postaci. Fiolet to przecież kolor wyobraźni, wydaje mi się najbardziej niezwykły ze wszystkich, jest magiczny i czarownicowy. Kojarzy mi się z metaforą, efemerycznością, fantazją, frywolnością – z różnymi takimi czarodziejskimi pojęciami, z literką „F” czy „V” – fiolet, violet, vajlet, Vai, Vairose. V to najbardziej seksowna litera na świecie! Jest intrygująca, tajemnicza, jakby milcząca, przyglądająca się z boku. A róża? Myślę, że to wiadome – to piękno i cierpienie jednocześnie, niewinność i ból, blask i tajemnica, pocałunek i odepchnięcie. Sprzeczności, sprzeczności. Różany zapach i mocne ukłucie. Fioletowa róża więc skupia w sobie pewne znaczące treści, nie bierze się znikąd. Nie czuję się niebieskim kotem, nie fascynują mnie różowe landrynki, nie jestem czarnym motylem, żółtym słoneczkiem – jestem czarownicą, zrywam fioletowe róże, ściskam je w dłoniach, a one pochylają swoje głowy i piją moją krew.

Obok stolika dziennego stoi ciekawej budowy wysoka lampa, wisi nad nim zegar z dużymi czarnymi cyframi – na jego srebrne, okrągłe obramowanie przykleiłam cztery małe (fioletowe) świeczki, knotami zwrócone do patrzącego. Wszystkie te przedmioty – stolik, lampa i zegar – utrzymane są w srebrzystej tonacji, są kompletem i nie mogłabym ich rozstawić w inne miejsca, tworzą jedność. Całości dopełnia duża ilustracja wycięta z plakatu reklamującego ostatni toruński Festiwal Książki – przedstawia, można powiedzieć, miasto książek – przewija się na niej żółty księżyc, wieża toruńskiego ratusza, czarny kot. Książki mają drzwi i okna. W róg obrazu, jako że jest w antyramie, wcisnęłam niedawno pamiątkowe zaproszenie na własną osiemnastkę.

Mój pokój to także 13 ramek i zdjęć. Są w nim stare znajome ramki, jak i dwie nowe – jedna sprezentowana mi przez tę samą grupę pomysłowych ludzi, od których pochodzi bukiet – przemalowana na fioletowo – druga z motywem oplatających róż, kupiona przeze mnie niedawno. W pierwszej znalazła się srebrzysta pocztówka z grupą pięknych małych kotków, w drugiej kartka pocztowa z wizerunkiem Gdańska, z tymże nie przedstawia zwykłego, realistycznego zdjęcia, lecz swojego rodzaju „widmowy” Gdańsk, zdjęcie robione jakby bardzo dawno temu i takie, na którym uchwycono duchy, tyle że ich nie widać.

Trzecia płaszczyzna to biurko – pewnie smutne, że nie ma przy nim mnie i fotela, jest tak predysponowane do nas, a nas tam po prostu nie ma. Niedawno doprowadziłam jego zawartość do względnego porządku. Na nim również tymczasowo stoją kwiaty – mniejsze bukiety, jak i pojedyncze róże. Oparte o ścianę książki zachowują godność, stojąc w równym, niezachwianym rzędzie. Literatura, literatura, język polski, historia, literatura, trochę psychologii – człowiek. Stoi na nim cały tłum, spora historia idei, dużo pomysłów. Srebrna lampka chyli nad nimi czoło. Vademeca maturalne, o zgrozo! One też tam są, trochę na boku (najpewniej ZA BARDZO na boku) – głupotą byłoby napisać, iż czekają na mnie cierpliwie, gdyż cierpliwość straciły już dawno. Na razie stoją równie bezużyteczne, jak i drukarka bez tuszu, która po prostu tylko tak sobie udaje. Tylko tak udaje. Przeniosłam wzrok właśnie na biurko ze względu na wspomnianą wcześniej ramkę z widmowym Gdańskiem – stoi na drukarce. Obok jest jeszcze coś, co niegdyś było zbiornikiem na luźne kartki do zapisywania krótkich treści (w rodzaju kultowego Michał, delikatnie zasuwaj drzwi od szafy), ale dziś zapełnione jest najróżniejszymi pocztówkami z niektórych ważniejszych miejsc, które dotąd udało mi się odwiedzić – Anglia, Francja, polskie góry, polskie morze, Wieża Eiffle’a, katedra Notre Dame – niby typowe, ale znaczące dla mnie. Są ustawione chaotycznie, ale tak, żeby było widać jak najwięcej z nich. Jeszcze większy chaos panuje na tablicy korkowej, która wisi nad biurkiem.

Bilety – Tool, Riverside, Coma, różne sztuki teatralne, festyny archeologiczne; przewodniki – Drayton Manor Park, Disneyland; naszywki, zaproszenia, specyfikacje skorpiona jako znaku zodiaku, Lista Rzeczy Zagubionych (Otwierać tylko wtedy, gdy jest za wesoło), parę wierszy, znaczących kartek, papierek po Kinder Country, jako że je bardzo lubię, zdjęcia legitymacyjne – moje i brata, zbiór zasad odnośnie szkoły, jedzenia i spania (część zasad straciła z czasem ważność, część respektuję mniej poważniej, część poważam nadal), wycinki z gazet (Hobbit gwiazdą rocka), słuchawki, przypinka z Cobainem i… plakat Nirvany oraz dwa wizerunki Courtney Love – Courtney z gitarą, Courtney w kapeluszu, z papierosem. Choć okres największej fascynacji tymi osobistościami minął całkiem dawno, to nadal pozostał sentyment, szacunek i osobisty podziw. Gdybym 5 kwietnia 2004 roku nie włączyła cudem MTV, nie natrafiła na audycję z okazji 10. rocznicy śmierci Cobaina – pewnie byłabym teraz kimś innym. Kim? Zero pomysłu! Usłyszałam tę muzykę i z miejsca zaczęłam pobierać ją z internetu – zaczęła pojawiać się na moim komputerze jako coś całkowicie innego, coś nowego i niesamowitego, przyćmiewającego resztę. Szybko uzbierałam wszystkie publikacje książkowe o tym zespole, jakie ukazały się na polskim rynku. Oczywiście mam świadomość, że Nirvana jest popularna i być może przez to trywialna – ale dla mnie nigdy taka nie była i nigdy nie będzie. Choć pojawiło się w moim życiu wiele innych zespołów, bardziej zaawansowanych technicznie czy merytorycznie – to Nirvana wciąż, jako ten pierwszy, najdroższy zespół, tkwi w moim umyśle twardo i stanowczo. Myślę, że wiele przemawia za tym, że poważam ten zespół w inny sposób niż standardowy fan, dostrzegam w nim więcej. Nigdy nie było tak, że nienawidziłam Courtney i nigdy nie posądzałam jej o współudział w śmierci Cobaina – a to standard dla niemal każdego fana Nirvany. Przeciwnie, jej twórczość, osobowość i zespół zafascynował mnie prawie tak samo mocno, jeśli nie bardziej – sama nie wiem, co jest dla mnie ważniejsze. Łączę w sobie tak duże sprzeczności muzyczne, że pewnie niejedna osoba znająca się na rzeczy, złapałaby się za głowę. Tool i Hole, Opeth i Hole, Nirvana i Tool. Maynard James Keenan i Courtney Love – przecież oni się nienawidzą! A ja ich uwielbiam. Pamiętam, że na początku swojego grunge’u ubierałam się kolorowo, nosiłam trampki i podarte jeansy, nie czesałam włosów. Napisałam wtedy nawet coś takiego:

Dochodzę do następującego wniosku, że:

1) noszenie się w kolorach jesieni, drewniane bransoletki, rzemyki i jedno wielkie retro,
2) posiadanie perfekcyjnych ust i podkreślającego oczy makijażu,
3) rozbijanie szkła stojącego na stole, kiedy nikt tego się nie spodziewa,
4) wygłaszanie ‚radź sobie sam’/’bujaj się’ częściej niż ‚dziękuję’,
5) szczerość w momentach, gdy każdy normalny człowiek by skłamał,
6) pewność siebie i przekonanie o swojej niepowtarzalności,
7) naprawianie człowieka mimo wiedzy, że człowiek ten się nie zmieni,
8) pojawianie się tam, gdzie ludzie nie chcą cię widzieć,
9) zwracanie na siebie uwagi tam, gdzie ludzie chcą cię wywalić na zbity pysk,
10) mówienie całej prawdy o ludziach, którzy nie chcieliby tej prawdy znać

jest zajebiste.

Dobre, nie? Miesza się w tych słowach wpływ Kurta i Courtney, bardziej Courtney. Z czasem złagodniałam, zmieniłam się, spotkałam się z inną muzyką, w moim codziennym stroju zagościła czerń, niemniej jednak wciąż wplatam w niego pierwiastki kobiece czy być może nawet dziewczęce – zostało mi to z niej, to jest z niej. Czasem, gdy zauważam wśród innych dziewczyn podobieństwo w stylu ubierania, zastanawiam się: czy one robią to z rozmysłem? Czy ma to u nich taką podstawę, jak u mnie? Jakiekolwiek uzasadnienie? Czy może… To tylko przypadek?

W pewnym punkcie pokoju stoi akustyczna gitara – muszę ćwiczyć i ćwiczyć, to tak naprawdę nigdy się nie kończy. Nie wyobrażam sobie przeżyć swojego życia bez nagrania piosenki z własnym tekstem, bez zaprezentowania z zespołem naszego utworu na żywo. Miesza się we mnie Vel i Vai – mieszacie się, dziewczyny… Tworzycie mnie. To jednak temat na osobny rozdział. Velinae i Vairose składają mi bardzo odmienne życzenia.

Kiedyś napisałam też tak:

Nie będę pisać, że jestem ogólnie zła (a jestem), bo nie ma to większego sensu. Prowadzę żywot świętej-przeklętej, a w ogóle to boję się, że do końca życia pozostanę kimś nieokreślonym. Zrobię wszystko, aby tak się nie stało!

I wciąż to potwierdzam.

Fiolety mojego pokoju mieszają się, pływają nad i pod sobą, oplatają się. Tu jest moje miejsce, tu są moje kwiaty i moje czarownice. 18 lat minęło, dużo się działo, ogromnie dużo działo się na przestrzeni mojego jestestwa i w przestrzeni tej, w której ono bywało. Najwięcej stało się tutaj, w tych czterech ścianach. Jest w nich cała masa treści symbolicznych, znaczących coś bardziej czy mniej ważnego. Mój pokój to ja, to moja muzyka, moje słowa zapisane i wypowiedziane, zapachy i kwiaty, fiołkowe świeczki, fioletowe poduszki, to bańki mydlane o kolorowych, drżących powierzchniach. To coś na kształt jawy przemieszanej ze snem, to świat balansujący na krawędzi rzeczywistości i wyobraźni. Pokój ten kryje o wiele więcej, ale to już nie miejsce i czas, by o tym pisać. Kiedyś popatrzę na dane części jego zawartości – i popłyną wspomnienia, nie zawsze dobre, nie zawsze złe, obrazy mgliste i te wyraźne. Spojrzę na zakurzony bukiet ze złotą „18” – i przypomnę sobie młodzieńczy czas, cały ten czas, gdy osobowość się stwarza (oczywiście nie definitywnie), gdy krystalizuje się światopogląd, wykształca się nastawienie do siebie czy otoczenia, czas muzyki, książki i czarnego pióra, czas fioletowej róży. Czas perspektyw na przyszłość, na przestrzeń o wiele dłuższą i – mam nadzieję – jeszcze ciekawszą od tej przeżytej już części…