(175.) 2* Ta prosta jest krzywa

Zastanawiał mnie brak zimności mych ramion, mimo ich odsłonięcia, mimo prężenia się, spinania, brania wdechów i wydechów, oddychania, mimo życia i picia. Zerkałam na lewe ramię kątem oka, dosłownie kątem, bo inaczej się nie dało, patrzyłam na nie i myślałam sobie: podoba mi się ten konkretny skrawek obrazu, który widzą moje oczy. Mentalnie minimalizowałam swą postać do rozmiarów szpilki, spływałam w dół czarnego ramiączka, chodziłam po gładkiej powierzchni swojego brzoskwiniowego ciała. Rozkoszna wizjoterapia.

I nim skradną mi z widoku ramię moje lewe, nacieszę oko choć dzień jeden.

Nie, nie skradną, ponieważ jestem moja i jestem swoja. W tej chwili uważam to za niepodważalny fakt, choć sama nie wiem czy na pograniczu jawy i snu można mówić o czymś takim jak fakty. Może powinnam utworzyć na swoje potrzeby jakiś neologizm? Być może muszę względem siebie używać słowa fanfakty? Senfakty? Chaofakty? Być może. Być może. Wracając do myśli poprzedniej, kłaniając się jej raz jeszcze, ściągając melonik i pogwizdując radośnie – w tej chwili sądzę poważnie, iż jestem swoja i nikt mi mnie nie zabierze. Zatrzymuję się tutaj z tego względu, że zauważam pewien kontrast między myślami, które również czasem miewam. Polega on na tym, że choć teraz twardo i stanowczo zdaję sobie sprawę z tego, że jestem swoja i moja oraz cieszy mnie ten fakt, to z kolei czasem pytam siebie… Dlaczego ja… To właśnie ja? Kto dał mi ciało, kto oplótł nim duszę? Kto mnie uwięził, kto istotę moją zamknął w ciemnej piwnicy? Wtedy rozglądam się dookoła i widzę pozostałych uwięzionych. Dzielą nas granice fizyczności, granice cielesności, oni są blisko mnie i daleko zarazem. Mają swoje życie i swoje sny, swoje problemy, tajemnice, biedronki na parapecie, sekrety w toalecie, niepohamowane spojrzenia, wyważone gesty i nieprzemyślane słowa, swoje projekty, metamorfozy, maski odświętne. A ja w tym wszystkim jestem… No właśnie, mną! Każdy jest swoim mną... Tylko czemu tak? Oczywiście wiem, że tak po prostu przypadło – rodzisz się, powstajesz, zaczynasz istnieć, rosnąć, rozwijać się. I jestem tutaj, i tutaj oto zastanawiam się: jakże mały jest obszar mojego jestestwa, a jak dużo jest was! To raczej ten paradoks mnie zastanawia: to, że przecież nasze ja, nasze mną, jest zawsze tak niesamowicie bardziej ważne od całej reszty, ta nasza odpowiedzialność za samych siebie, nasze szanse i okazje, perspektywy, wizje, marzenia i ambicje. Jesteś jeden, a tyle od ciebie zależy, tyle możesz zrobić, tyle byłoby wskazane, by to zrobić, bo… Jesteś jeden, masz jedno życie, jedną szansę, jedną przestrzeń, w której musisz, po prostu musisz, robić rzeczy szalone i wyważone, pożyteczne i przyjemne, logiczne i nieprzyziemne… Jesteś tu raz. Dbaj o siebie. Jesteś tu raz. Myj zęby…

Skąd taka refleksja? Czyżby wzięła się stąd, że czasem towarzyszy mi myśl, że wolałabym być kimś innym, prostszym, bardziej przejrzystym, szczęśliwszym? A z drugiej strony tak bardzo podobają mi się pajęczyny myśli w moim umyśle, za nic nie chce mi się ich sprzątać, bo wiem, że wtedy to miejsce straci swój urok, będzie strychem czystym i nowoczesnym, przechowalnią, magazynem, a nie – zakurzonym teatrem lalek, przedstawieniem szeptów i skrzypień, nocnym seansem, śpiącym nietoperzem, dziurą, skrzynką, stosem szuflad, zapomnianymi pocztówkami, zdjęciami z dedykacją… Sama nie wiem, ale cóż, medal zawsze ma dwie strony, a kij dwa końce, bajka ma morał, a kot ma wąsy.

Ja zatrzymuję wzrok na tej myśli. Przyglądam się jej i stwierdzam, że z jednej strony nie jest to sprawa na tyle ważna i niezwykła, by zajmować sobie nią głowę, a z drugiej strony – jest w pewien sposób zastanawiająca. Mnie osobiście zadziwia, czasem przystaję, zatrzymuję się i ją dostrzegam, pojawia się nagle.

Otrząsam się, zasypiam, zamykam oczy i odpływam w fioletową różaność swej codziennej niecodzienności. Nie ma mnie tu, moje mną nie chce tu być, wyruszam w ocean nieświadomości. Wszystko to w moim pokoju, w czterech fioletowych ścianach. Rozsyłam zaproszenia do niego, teraz i tu. Do zobaczenia.

Ach, coś jeszcze. Zadziwiające jest także to, że człowiek jednej nocy potrafi wymiotować tanim winem, a nazajutrz z samego rana koncentrować się elegancko na pierwszej jeździe samochodem wraz z pachnącym instruktorem…

Do zobaczenia.

Reklamy