(174.) 1* Zwątpienie

Potrzebuję jej, potrzebuję Zielonookiej. Zespajam się. Tylko z czym? Tylko z kim?, skoro jawa ze snem już dawno zespoiła się? No, proszę mi odpowiedzieć na to pytanie, zresztą strasznie dla mnie ważne w tej chwili – gdzie się podziały tamte prywatki? Dla mnie minął jeden, krótki (niby 24-godzinny) dzień. Dniu, właściwie to czemu nie jesteś przynajmniej o jeden raz dłuższy? Kto cię takim stworzył? Zegar wskazuje 21:21. I nie mam ochoty zagłębiać się w kwestie teologiczne.

Teraźniejszość szepcze do mnie migotliwie, zahacza o mnie tajemniczo. A tobie o co chodzi? Czego ode mnie chcesz? Mnie tu nie ma. Powtarzam za przeklętym – prawdziwe życie nie istnieje. Nie ma nas na świecie. I teraz nie miej do mnie o to pretensji, proszę.

Zapaliłam symboliczną świeczkę zaraz potem, gdy uświadomiłam sobie to, jak bardzo mym myślom ciasno w tym autodestrukcyjnym ślimaku, który utworzyły brnąc i brnąc, który najpierw jęknie zawiedziony losem swym, potem krzyknie przeraźliwie, a na końcu wybuchnie. Literki się rozsypią, to mi pospada na podłogę, poleci na półki, ja tego sprzątać nie zamierzam. Postanowiłam najzwyczajniej w nieświecie patrzeć na płomień i dać sobie spokój, przebudzić się, a potem zasnąć.

Przebudzić się, a potem zasnąć… Potrzebuję cię, Zielonooka. Potrzebuję cię strasznie.

Raz jeszcze tylko mrugnęłam nad płomieniem, a następnie wstałam, starając się nie kołysać aż tak bardzo jak zostawiany za moim plecami fotel. Doszłam do pionu. Też mi osiągnięcie. Przemknęło mi przez myśl, że chciałabym móc obracać się w pionie o 180 stopni, wisieć głową ku podłodze, jednakże postanowiłam sobie, iż popróbuję, gdy będę miała więcej czasu.

Tylko proszę, świecie, nieświecie – pozwól mi dotrzeć do Zielonookiej Vel bez problemu, to znaczy nie zamieniaj przestrzeni za drzwiami na inne, niż w istocie są, a przynajmniej POWINNY być. Podam przykład: gdy odczuję głód i zapragnę iść do kuchni, to proszę – niech za drzwiami, które otworzę w celu skonsumowania takiej czy innej kanapki, wiosennej czy może PO PROSTU kanapki, będzie KUCHNIA. Kuchnia, a w niej lodówka, nóż… I masło, ale to wiesz… Chyba nie muszę wymieniać?

Na moje szczęście wcale nie była daleko i zastałam ją szybko. Początkowo była do mnie zwrócona plecami, jednakże i tak wiedziałam co robi na tej bezkształtnej, turkusowej masie, która w chwilach, gdy na niej siedziała, stawała się jej ulubionym fotelem; wiedziałam co robi w tej, a nie innej pozie. Ach, twierdziła, że ten turkus pasuje jej do włosów. I rzeczywiście pasował. Grała na gitarze, ćwiczyła coś zawzięcie, raczej zaczęła tworzyć coś nowego, często się myliła, ale i tak nie rezygnowała. Nie twierdzę, iż spodziewałam się przyjęcia na czerwonym dywanie (czerwone dywany są brzydkie), ale kompletnie nie zauważyła, że ma niespodziewanego, niechcianego, zagubionego gościa…

Poczekałam czas jakiś, stojąc oparta o futrynę. Nawet w pewnej chwili mój wysoce syfiasty umysł analityczny uznał, że stanie opartą o futrynę jest ewidentnym, rozczulająco śmiesznym marnotrawstwem czasu, ale równie szybko jak się pojawiła, myśl ta została zastąpiona przez inną.

Tymczasem Vel odłożyła instrument. Znad jej głowy zaczął unosić się szary dym. W dymie tym zawarła się ogólna idea odpoczynku. Ucieszyłam się, wszystko to sprawiało wrażenie, iż Vel ma wenę do rozmowy! Absurd. Totalny absurd. To znaczy akceptujesz go do pewnego momentu, ale nie wtedy, gdy przekracza granice… Uspokój swoje myśli, uspokój rozwydrzone bachory swego dzieciństwa…

Podreptałam w stronę Velinae. Przystawiłam sobie okoliczne krzesło i usadowiłam się naprzeciwko niej. Jej spokojny, serdeczny uśmiech zamigotał przez dym, a następnie przypłynął do mojego. To było bardzo miłe z jej strony.
– Moje życie – zaczęłam powoli, bez wstydu i bez pośpiechu – od pewnego czasu przypominami mi… Pokręcony, psychodeliczny sen, który nie należy przecież… Jak się spodziewasz i na pewno rozumiesz… Do komfortowych, zwyczajnych… i prostych. Wiesz, czego teraz pragnę? Czego teraz mogę chcieć? Tylko jednego. Ja wiem, że ty wiesz… OBUDZIĆ SIĘ.

Zamknęłam oczy i zagryzłam wargi. Tysiąc razy zastanawiałam się nad tym dziwnym stanem zawieszenia i po raz tysięczny pierwszy musiałam zrobić to i wtedy.
– Mam nadzieję – kontynuowałam z wolna – że stanie się to jak najszybciej… „Życie jak sen” – och, oczywiście, że to brzmi dobrze, niewinnie… Kiedy jednak jest to sen, w którym nie bardzo wiesz, co i jak; gdzie i po co; dlaczego i skąd; gubisz się; nie myślisz, myślisz, myślisz już o czymś innym… Masz coś w ręku, nie masz, masz już coś innego… Wtedy nie jest dobrze. Wtedy po prostu nie jest dobrze.

Jej przymglone i jednocześnie skupione spojrzenie dawało mi do zrozumienia, bym mówiła dalej.
– Wtedy… Pragniesz wstać, obudzić się. Wstać… i iść ku normalności. „Rzeczywistość”- i mówię ci, Vel, że coś mnie skłania, by brać to słowo w cudzysłów – w której się obracam, jest zniekształcona, niepewna, niepełna, pusta i pełna zarazem, biała i czarna. Fakt faktem, na pewno nie jest szara… Ale to słodko-gorzki fakt… Zakręcona, pokręcona, skręcona i wykręcona… Z pralni chemicznej, z dna morza wydobyta. Wykrochmalona, dziurawa, poszarpana… Mam dosyć.

I w tym momencie otworzyłam oczy.

Taka cisza mogła panować tylko o świcie. Słyszałam jesień królującą tuż za ścianą mojej sypialni. W pewnym momencie zapragnęłam ją jeszcze ujrzeć, długie okna pozwoliły mi podziwiać jej widok w całej swej okazałości. Padał deszcz żółtych liści, leniwy i równomierny. Trwajcie w tym pięknie. Nie dajcie się zimie. Nie dajcie się zimie.

I nic nie było między nami, złotym królestwem a bielą mej pościeli. Patrzyłam tam i w tym momencie nie chciałam nic więcej, jak tylko patrzeć – to na pewno dlatego, że moje myśli po prostu były zwrócone jedynie właśnie tam. I nagle…

Nagle zaczęłam dostrzegać, że liście zwalniają, że poruszają się coraz wolniej. Moje rozczarowanie sięgało granic wprost proporcjonalnie do tego smutnego faktu, przygnębiającego mnie z każdą sekundą coraz mocniej. W końcu zatrzymały się. Zawisnęły w przestrzeni. Pobrudziły się powietrzem. Bezradnie zamknęłam oczy.

Zapadał zmrok, gdy – ujmując rzecz czysto formalnie – szykowałam się do conocnego spoczynku, mniej czy bardziej regularnego. Naprawdę nie wiem, o czym rozmawiały gwiazdy tamtej nocy, a chciałabym wiedzieć, chciałabym rozmawiać razem z nimi, chciałabym być tam z nimi.

Spać kamiennym snem – tak jak one – lub trwać niezachwianie – tak jak one.

Reklamy