(173.) 0* Wprowadzenie

Wysoka komnata piętrzyła się w górę tak dumnie i zarazem tak dyskretnie, że niemal w ogóle nie wyczuwałam jej lekkiego kołysania się na boki. Sprawiała wrażenie, jakby przymykała oczy w odrętwiałym nastroju powodowanym unoszącym się w jej wnętrzu powietrzem, powietrzem, które osobiście zaprojektowałam, pełnym zapachów, płomieni i kwiatów. Być może rzeczywiście tak było. To były fiołki. Pokręcone, psychodeliczne fiołki z ogrodu jakiegoś szaleńca. Ich płatki, przyrządzone przeze mnie odpowiednio, miały cechę przyjemnie odrętwiających. Całości dopełniały fiołkowe świeczki, cud na rynku, objawienie, moja najnowsza zdobycz. Wszystko pływało na wodzie.

Już sama nie wiem i nie pamiętam, jak długo tak po prostu siedziałam na skrzypiącym, bujanym fotelu, zastygła wraz z meblem w jednej, niezmiennej pozie. Mijały lata świetlne, gwiazdy spadały na boki. Przed moimi oczami przesuwały się obrazy przedstawiające rozpuszczone włosy, struny elektrycznych gitar, człowieka krzywiącego się do obiektywu kamery i ludzi pod sceną narkotyzujących się muzyką, której nie słyszałam. Dźwięk był wyłączony.

Nagle w końcu do moich uszu dotarł upragniony odgłos – ktoś zbliżał się do mnie. Angielskie meble pozbierane z różnych pchlich targów otworzyły swoje wiktoriańskie oczka, oczekując dalszego przebiegu zdarzeń z cierpliwością godną jedynie starych ludzi oczekujących na śmierć we własnym łóżku. Uśmiechnęłam się i był to mój pierwszy świadomy ruch mięśni od długich minut. Czasem po prostu zdarza mi się zagadać z ziarenkami piasku okolicznych klepsydr, ale nie twierdzę, by było to coś dobrego.
– To jest, kurwa, nienormalne.

Takimi słowami przywitała mnie jak zawsze miła i bezpośrednia Vel. Po poważnie ujętym w przestrzeni spojrzeniu skierowała się w stronę tapczanu, pukając prawie bezdźwięcznie swoimi butkami. Miały fason standardowych lakierków, były takie babydoll, ale oczywiście nie lakierowane – matowe. Czarniutkie. Gdy siadała, jej sukienka zaszeleściła przyjemnie. Nie widziałam jej w niej wcześniej, najwyraźniej całkiem niedawno gdzieś ją wyszperała. Otoczyła się w talii paskiem z kokardką na środku, a na lewej ręce po wewnętrznej stronie, od łokcia do nadgarstka, wykaligrafowała sobie czarownica. Instynktownie spojrzałam na prawą, spodziewając się drugiego napisu. Rzeczywiście tam był. Dziwka uśmiechało się do mnie.

Jeśli jest to pierwsza chwila, w której przedstawiam Velinae, to wypadałoby powiedzieć o niej coś więcej. To chyba zabrzmi jak charakterystyka napisana przez ucznia szkoły podstawowej, który akurat niewytłumaczalnym sposobem był na haju, ale nie dbam o to. Życie pisze różne historie. Myślę, że pierwsze, co rzuca się w oczy po ujrzeniu tej młodej kobiety, to jej styl ubioru, zaraz potem styl bycia, zresztą korespondujący ściśle z tym pierwszym. Ma świetną, alabastrową cerę i wydatne kości policzkowe, na czym zyskuje jej uśmiech. Pełne usta śmieją się zawsze równocześnie z dużymi, zielonymi, oprawionymi na czarno oczami. Vel ma bardzo jasne włosy, a wspomniane już usta – najczęściej krwistoczerwone. Często widuję ją skoncentrowaną na ich malowaniu, myślę, że powinna właśnie tak zapozować do dowodu. Jej szminki, puderniczki i kosmetyczki zmieniały się z zatrważającym tempem i jakby pewnie sama to powiedziała: to się, kurwa, po prostu da zauważyć. Nosi się, jak chce – słodko, niewinnie, trochę niedbale, ale na swój sposób stylowo. Eksperymentuje z ciuchami i fantazjuje z nimi, szyjąc, łącząc i kombinując, szukając i szperając, krzycząc i śpiewając. Ale w słowach nie przebiera. Zawsze mówi to, co myśli. Ma to swoje plusy i minusy, ale nie zmienia faktu, że uwielbiam z nią rozmawiać. Rzadko jej się zdarza powiedzieć coś klasycznie głupiego (nawet jeśli, to potrafi obrócić to w żart i co najważniejsze – potrafi śmiać się z siebie!), najczęściej są to bezpośrednie, błyskotliwe, tak zbawienne dla mnie uwagi. Jej mądrość jest, i niech nie brzmi to źle, prosta i przejrzysta. Myśli naprawdę trzeźwo, to zadziwiające, ale dzieje się tak nawet, gdy jest pod wpływem bliżej nieokreślonych używek. Strzela celnymi, sarkastycznymi uwagami, a jej (i mój) absurdalny, czarno-ironiczny humor zdecydowanie nas przyciąga do siebie. Po prostu kocham ją i nienawidzę. Czuję i wiem, że ona jest w jakiś sposób częścią mnie. Jest z tych ludzi, z którymi łączy mnie tyle samo, co dzieli – i my wiemy, że to jest wzajemne – i że właśnie to sprawia, że nie możemy żyć oddzielnie. Nie możemy się doścignąć w wielu sferach, ale naprawdę przyjemnie nam się biega.

– Wiesz, że czas mija? – zapytała mnie i zapachniało gumą malinową. Patrzyła na mnie wzrokiem wściekłym, ale i rozczulonym jednocześnie. Wpatrywałam się w nią milcząco, świadoma, że moje oczy i zmarszczone brwi z pewnością zdradzały burzę myśli. Vel odpaliła papierosa i już po chwili jej wzrok rozpłynął się w siwym dymie, niemniej jednak nadal czułam, że jest badawczo skierowany na mnie. Postanowiłam przerwać wewnętrzną zmowę milczenia.
– Zaraz przyjdzie – rzekłam i włączyłam telewizyjny dźwięk.
– Och, właśnie, aż dziwne, że jestem tu przed nią. Moment, ona zawsze jest punktualnie. Jestem przed czasem? Jestem przed czasem, kto by pomyślał, muszę to zapisać. Tak samo dziś, mijam się z tą, wiesz…

Zamknęłam oczy, a słowa Vel uleciały gdzieś w górę. Byłam przez tę chwilę bardzo egoistyczna w swej celebracji chwili. Właśnie przed momentem zamoczyłam długą, szklaną fifkę (ze sklepu tytoniowego, w którym zaopatruję się tylko w fifki) w purpurowatym płynie, dmuchnęłam w nią powietrzem jeszcze bardziej leniwym ode mnie, w efekcie czego powstały przyjemne bańki, okrągłe, tęczowe słodziaki. Niezmiennie twierdzę, że ludzie zamiast palić papierosy, mogliby robić bańki mydlane. Taka to moja osobista inicjatywa, która trafia donikąd, a co dopiero do świata czarnych spalin i ludzi ustawiających budzik na 7:00, by nazajutrz obudzić się do pracy…

Vel patrzyła na mnie z niedowierzaniem, zauważyłam to zaraz potem, gdy pierwsza zasłona baniek zniknęła.
– Cholera, nie, dobra, pooglądajmy – zwróciła się w stronę wrzeszczącego, autodestrukcyjnego rockera w mym szklanym odbiorniku, śmiejąc się cicho. Po chwili sięgnęła po jedną ze stojących nieopodal gitar i odtąd jej ciche brzdąkanie towarzyszyło mi w oczekiwaniu na kolejne kroki. Dały się słyszeć po niedługim czasie.

– Witam was. O, Vel, niemożliwe, że jesteś tu pierwsza.
– Niedługo się przekonasz, że ten dzień jest pieprzonym wyjątkiem. Weź ją klepnij – wskazała na mnie ruchem głowy.

Vairose, bo tak nazywa się mój drugi gość, nie wzięła mnie klepnęła. Znała mnie równie dobrze, ale traktowała z większą cierpliwością, miała więcej wyrozumiałości dla tej mojej nieco przydługawej operetki z gnijącą baletnicą w roli głównej, za co byłam jej od zawsze niezmiernie wdzięczna. Zaraz przedstawię ją dokładniej, najpierw pozwolę jej zająć miejsce w którymś z mniej umagicznionych czy mniej syfiastych miejsc w mym pokoju. Dobrze już? Już dobrze. Wiedziałam, że napijesz się herbaty właśnie z tej filiżanki.

W chwilach takich jak ta, kojących i miłych, jej przenikliwe, miodowe oczy stają się cieplejsze niż zwykle. Natomiast zawsze, niezmiennie, tworzą magiczny kontrast z jej długimi, ciemnofioletowymi włosami. Charakter zawsze w jakiś sposób maluje się na twarzy, na zewnętrzności. Różyczka jest doprawdy demonicznie piękna, ale – choć tłumaczyłam jej to wiele razy, że wcale nie ma ku temu powodu – jej oczy wciąż pozostają zasmucone, a na dobrą sprawę można uznać, iż są wciąż współczujące. Szczerze, to jakby za wszystkich i za wszystko cierpiały. Od zawsze mnie to poruszało, bo ona do granic jest właśnie tym, z czym po części osobiście walczę. Jej skromny ubiór, w przeważającej części czarny, nie zdradzał mi nigdy niczego, oprócz tego, że w jej wnętrzu zawsze dzieje się coś pokręconego. Jednak na całe szczęście Vai nie należy do osób nad wyraz poważnych czy typowo flegmatycznych – często wypływa z niej to, że ma do powiedzenia naprawdę interesujące rzeczy – cenię ją właśnie między innymi za to, że mogę z nią poruszyć tematy naukowe lub ezoteryczne, magiczne czy poważne. Rzadko rozmawiamy o uczuciach, ale kiedy już zahaczymy o tę sferę – mówi dużo, szczerze i rozlegle. Uważam, że to kolejny dowód na to, że choć jest osobą na ogół cichą i spokojną, to w jej wnętrzu kryje się coś naprawdę pięknego – i niestety w pewnym stopniu pokrzywdzonego, bo tak bardzo nie pasującego do wszystkiego tego, co ją otacza. Ona buja w obłokach jeszcze częściej ode mnie, dosłownie jakby miała tam swoją własną huśtawkę. Chyba rzeczywiście tak jest. Najprościej mówiąc – za dużo idealizuje, za dużo się przejmuje – i tak powstaje niebezpieczna mieszanka, która pływa w jej wnętrzu, rozpala ją od środka i wybucha po to, by po jakimś czasie znowu powstać. Jest cholernie trudnym człowiekiem, ale przez to właśnie tak mi bliskim. O ile z Vel mamy więcej cech różniących (ale to niezmiennie magnetyzuje!), to z Vai mamy więcej wspólnych – i to spaja nas w równie trwały sposób. Mogę o niej powiedzieć to samo, co o Veli. Kocham je obie i nic tego nie zmieni. Każda z nich ma w sobie coś, bez czego nie mogłabym żyć, bo tym przecież jestem.

Moje trzecie oko wiruje ponad naszymi głowami i wszystko widzi. Spędzamy dziś kolejny miły wieczór we wspólnym gronie. Jesteśmy wszystkim, tymi fiołkami, co pływają na wodzie, astronautkami jesteśmy, chwytamy brzydkie gwiazdy w małe dłonie, czarodziejkami jesteśmy, i…
– Wiecie co? Ty, Vel, kwiatuszku, tak sobie myślę, jesteś typową wiedźmą.
– Chyba jeszcze dziś ci się od nikogo nie dostało… – przerwała mi uśmiechnięta Velinae, okręcając pasmo włosów na swoim kciuku.
– A ty, Vai, moja droga… Jesteś taką dobroduszną, spokojną wróżką.
Powiedziałam to bez dłuższego zastanowienia; wyraziłam myśl głośno, zanim ją pomyślałam. Dopiero po chwili upewniłam się, że była naprawdę dobra. W odpowiedzi usłyszałam:
– Za to w takim razie nie trzeba wiele, by wiedzieć, że z ciebie jest po prostu czarownica.

Zachichotałam w swoim wnętrzu. Ta etykieta nie ucieknie ode mnie tak łatwo, a z drugiej strony przecież naprawdę do mnie pasuje i jest logiczna – biorąc pod uwagę przede wszystkim to, że nie mogę żyć ani bez mojej Wróżki, ani bez mojej Wiedźmy – bo, jak rzekło mi się już parę razy, po części jestem w jakimś stopniu każdą z nich. Mam nadzieję, że nie muszę odnotowywać tego, że takie okoliczności oznaczają tylko to, że jest we mnie tysiąc razy więcej sprzeczności niż w pieprzonych pasach przejścia dla pieszych? Niełatwo się żyje, serio, być tak zamkniętym i tak otwartym zarazem. Ostatnio jednak dużo do mnie dociera – i właśnie te dwie postacie, które dziś zaprezentowałam, przyczyniły się do tego (i przyczyniają nadal) w nieoceniony sposób.

Posłałam mydlane bańki najpierw na jedną, potem na drugą. Przenosiły na swoich drżących powierzchniach malutkie świadectwa bezwzględnej, bezwarunkowej sympatii. Uśmiech rozlał się na mojej twarzy, tuż poniżej rozświetlanych przez niego szaroniebieskich oczu, gdy Vel dmuchnęła w moją armię baniek papierosowym dymem, rozgramiając ją szybko, a gdy chwilę wcześniej Vai zapatrzyła się w nie niezwyczajnie.

Lubimy tak – topić się w płomieniach, płonąć w zapachach, toczyć rozmowy o wszystkim i o niczym. Kochamy ten stan, w którym rzeczywistość miesza się ze snem, bez opuszczania czy podnoszenia powiek. Bez jakiegokolwiek trzepotania rzęsami w niedowierzaniu, bo nie znosimy tracić czasu, nie chcemy tego robić. My tylko mrugamy, niewiele więcej nam trzeba, by śnić życie.

Reklamy

172. Wisieńka na torciku

Po emocjach cieszę się, że jestem skora przekazać jedynie to:

xD

Teraz tylko chcę i będę się śmiać. Uśmiechać się obiektywnie i śmiać się subiektywnie – właśnie z tego, jak czasem wielka, czarna, niczego nie warta mucha potrafi mnie bardzo zirytować, a którą przecież tak łatwo można roztrzaskać o ścianę i wysłać w ciemne zaświaty.

A najlepszym za plaski-w-czoło dziękuję.

Tworzy mi się pozytywne zagłębienie.

171. Prolog

To zabrzmi ostro, ale nie dbam o to. To tylko MOJE myśli skonfrontowane z ciszą.

Z rzeczywistością taką, jaką ją postrzegam…

Mając na uwadze okoliczności, jakie nas łączyły, tj. rzekoma przyjaźń i miłość, stwierdzam, że to milczenie jest jednoznaczne…

A NIE WYKLUCZAM, że mój sposób myślenia jest w jakimś stopniu błędny – jednak to nie ode mnie zależy, czy on kiedykolwiek się zmieni…

Wsłuchując się w tę ciszę myślę sobie, że to szkoda, że niestety tak wiele rzeczy tylko po prostu się wydaje.

***

1. Co robić w takiej sytuacji?
To, czego doświadczyła *****, byłoby trudno znieść każdemu. ***** potraktowała ją w sposób co najmniej dziwny, absurdalny. Zacznijmy od początku. ***** pogłębiła relację z chłopakiem **** na tyle, by nadać sobie odpowiednie pozory osoby nie mającej niczego konkretnego na celu, świadomie lub nieświadomie, ale jednak tak się stało i w konsekwencji okazało się destrukcyjne. ***** ufał jej niemal bezgranicznie i powierzał wszystko. Spowodowało to pewność, że to jedynie przyjaźń i że nie ma szans na nic innego, nawet jeśli kiedykolwiek coś między nimi było. ***** przyznawała otwarcie, iż żałuje, że to się w ogóle stało, choć w głębi duszy pewnie czuła inaczej. Jej obecny związek z innym chłopakiem najwyraźniej nie satysfakcjonował jej do końca (słowa „…przystojny, ale głupi…” powtórzone kilku osobom raczej nie świadczą dobrze). Jej nieszczerym intencjom dowodzi przede wszystkim to, że odwróciła się od przyjaciółki w najdogodniejszym dla siebie momencie (mimo, że dzień wcześniej, jak się wydawało, wszystko sobie wyjaśniły!), zacierając tym samym wszelkie możliwe szlaki pojednania, co zdecydowanie było jej na rękę. Właśnie to podejrzane wydarzenie spowodowało u **** przekonanie, że ***** nigdy nie działała szczerze, a jej znajomość była interesowna. Zrozumiała słowa osoby, która zna ***** kilka lat dłużej, jakoby lubiła ona „tylko tych, których w jakimś stopniu może wykorzystać”. Najogólniej rzecz biorąc ***** udawała przyjaźń, by z premedytacją skrzywdzić koleżankę, której przypadło to, co ona sama niegdyś straciła. Nie pokłóciła się z nią, nie wykrzyczała swoich pretensji, manipulowała nią na zimno. Nie liczyła się z jej uczuciami, nie ma poczucia winy. Tak często postępują osoby o tzw. cechach psychopatycznych. To ludzie o zaburzonej osobowości, obojętni na uczucia innych i normy społeczne. Jak można się przed nimi bronić? Cóż, nie jest to łatwe. Trudno przecież zacząć unikać wszystkich ludzi i zamknąć się w pustelni. Nie jest rozwiązaniem programowa nieufność, bo choć broni przed zranieniem, pozbawia nas tego, co w życiu najpiękniejsze: prawdziwej przyjaźni i miłości. Jedynym wyjściem jest mówienie wprost o swoich uczuciach i niewierzenie ślepo w oskarżenia „życzliwych”. Bo oni mogą kłamać lub zwyczajnie się mylić. /Kursywą jest oznaczony artykuł z gazety, podczas którego czytania opisywana w nim sytuacja wydała mi się dziwnie znajoma…/
2. STRACH informuje organizm o potencjalnym zagrożeniu. Zagrożeniem nie jest to, co się dzieje obecnie, ale to, co się może zdarzyć w bliższej lub dalszej przyszłości.

Trzeba oswoić to, co napawa mnie strachem. Bywa, że staje się on przeszkodą w realizacji celów albo w rozwoju osobistym. Lęk przed wysokością ogranicza moje możliwości jako lotniarza.
Takie podejście motywuje nas zwykle do zastanowienia się nad problemem. Oswajanie zaś dokonuje się etapami: należy stopniować kontakt z obiektem, który wywołuje negatywne emocje – i być w tym wytrwałym.
3. NIEPEWNOŚĆ (pseudoemocja) to stan uczucia zagrożenia (…) Psychicznie, niepewność jest synonimem braku wiary w siebie.
4. TĘSKNOTA wskazuje na rodzaj smutku związany ze wspomnieniami miejsc, doznań przypominającymi przeszły błogostan, szczęście już przeżyte, kontrastujące z teraźniejszością.
5. ROZGORYCZENIE jest połączeniem gniewu i smutku, czasem także rozczarowania, wobec cierpień, które wydają się nam niesprawiedliwe. Zachowujemy gorycz, ponieważ mamy przeświadczenie, że byliśmy niezasłużenie źle traktowani. W rozgoryczeniu zawsze jest zawarta uraza, która jest niezakończonym gniewem. Podobnie rzecz się ma z rozgoryczeniem, jeśli nie przeżyje się tego doznania w pełni. Gorycz cechująca rozgoryczenie bierze się z „zatrutych”, skrywanych emocji. Nie były one nigdy całkowicie ujawnione, ponieważ uznaliśmy, że rozmówca jest nazbyt nieprzystępny, ponieważ wydawało się nam niebezpieczne albo też mieliśmy wrażenie, że nie mamy rozmówcy. Emocje o dużej sile – pozostają w nas i negatywnie wpływają na nasze życie.
Rozgoryczenie jest oznaką wciąż żywego cierpienia. Świadczy, że doznanie nie zostało dokończone (…) Nie zareagowaliśmy w sposób sytuujący nas odpowiednio w wydarzeniu (…)
Rozgoryczenie nie zawsze przeszkadza. Czasami wiąże się z minionymi doświadczeniami, które rzadko wspominamy. Gdy jednak ma wpływ na teraźniejszość i pochłania znaczną część energii, należy się go pozbyć.

Pierwszym krokiem ku temu będzie okazanie uczuć ukrytych pod osłoną rozgoryczenia. Trzeba przypomnieć sobie sytuację i wydarzenia, które je wywołały. Dobrze jest je spisać, poświęcając na to tyle czasu, ile okaże się konieczne. Następnie trzeba pozwolić tym uczuciom dojrzeć, aby w sobie znaleźć odpowiedź, co należy uczynić, by uzupełnić te niedokończone doznania. Potem – wyrazić to, co powinno było zostać wypowiedziane, ale tak się nie stało. W końcu trzeba w jakiś sposób ujawnić emocje osobom, których one dotyczą osobiście albo na przykład w formie pisemnej. Jeśli kontakt z tymi osobami jest niemożliwy… /M. Larivey, Siła emocji/

170. Rozdział pierwszy i ostatni

To, co mnie złego spotyka w życiu, przeżywam na swoją niekorzyść kilkakrotnie bardziej intensywnie od przeciętnego (/normalnego?) człowieka. Jednak nie mam siebie za osobę przewrażliwioną, w wielu sytuacjach potrafię zachować spokój. Jestem „jedynie” bardzo wrażliwa na bodźce z zewnątrz, cierpię za pieprzone miliony i mam tego serdecznie dosyć, bo nie jest to nic dobrego; czuję, jakby moja wrażliwość była gwałcona i wyrzucana na śmietnik, niepożytkowana w odpowiedni sposób.

Chcę i muszę nauczyć się problemy lekceważyć lub oddalać od siebie. Spróbuję tego dokonać sama, mimo, że towarzyszy mi myśl, że do tego potrzebne jest wsparcie. W związku z tym z całą swoją mocą dotarło do mnie to, że tak łatwo i zupełnie zbędnie poddałam się, ja i tylko ja, zasianemu w moim wnętrzu przez osoby trzecie smutku pomieszanemu z gniewem. Mam do siebie żal, że pozwoliłam tym ziarnom kiełkować i rosnąć. Tak narodził się problem, który następnie kompletnie niepożądanie (jak dla kogo?) rozkładałam na czynniki pierwsze. Stanowi to dla mnie obecnie palący absurd, który wraca w chwilach refleksji takich, jak ta. Strasznie żałuję, że nie miałam wtedy w sobie na tyle dystansu, by przejść obok niego bokiem. Z drugiej strony świadomość, że,,”przyjaciółka”, z którą podzieliłaś tyle radości i zmartwień, rani cię słowami za twoimi plecami w gronie zupełnie absurdalnym, szkicując konsekwentnie ich sposób myślenia w sposób niezdrowy i zbędny, naprawdę robi zamieszanie. Ale i tak rozczarowałam swoim nadmiernym przejęciem się sprawą bliską mi osobę, choć i tak mam do niej żal za to, że mi (/nam!) wtedy nie pomogła i nie ściągnęła na ziemię. Wydawało mi się, że stała się na tyle bliska i nieodłączna, że w końcu to zrobi, jako że jej słowa miały moc najważniejszych. Być może po prostu nie dopuszczałam do siebie myśli, że ktoś może być na tyle powierzchowny. Po niedługim czasie, w towarzystwie wielu innych nieudanych drobnostek, których opisywanie nie ma już większego sensu, atmosfera zmieniła się diametralnie. Szłam ku przepaści zupełnie sama, w gruncie rzeczy opuścili mnie wszyscy ci, którzy mogli pomóc, a nie zrobili tego. „Przyjaciele”. Nie było nikogo, a potem było już za późno. Przecież rozdrapywanie ran boli i przeszkadza nie mniej od samych ran w chwili ich powstawania… Już nie chcę, by nas bolało. Teraz jest DZISIAJ. DZISIAJ, które mogłoby być lepsze, gdyby nie nieudane wczoraj. ALE ZAWSZE JEST JUTRO.

Ze łzami w oczach przyrzekam sobie, że już nigdy, bo wiem, że mogłam przyjąć problem inaczej i dzięki temu skoncentrować się na reszcie o wiele ważniejszych niedociągnięć, JUŻ NIGDY nie pozwolę innym osobom w taki sposób zwieść się na manowce.

169. Epilog

Staram się by to, co miało dla mnie wyrazisty początek, miało równie klarowny koniec. Bo wszystko kiedyś się kończy, mniej czy bardziej sensownie, ale kończy się… Lecz nie napiszę, że to, iż tak się stało oznacza, że musiało tak być. Jest logiczne, że mogło być inaczej. Jeden z ludzkich błędów polega na tym, że za szybko chcemy znać scenariusz i zbyt pochopnie odpowiadamy w danej chwili na pytania, na które odpowiedź może dać jedynie przyszłość…

 

Nasz każdy pełen przygód rok
Każdy miesiąc drogi, nasz
Każdy nowy dzień jak szansa i
Każda chwila trwogi, nasz
Każdy zachód słońca, nasz
Każdy podniesiony ton
Każdy naprawiony błąd
I czy musimy stracić to?

 

Kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie?
Gdy świat rozpędzi się niebezpiecznie, co z nami będzie?
Nawet jeśli życie dawno zna odpowiedź
Może lepiej, gdy nam teraz nic nie powie

 

W żywym ogniu niełatwych pytań topimy plany i sami nie wiemy, po co chcemy przeczytać
Cały scenariusz, szukamy błędów, przewidujemy najgorsze – że nie dojdziemy do happy end’u
A to dopiero początek, tyle przed nami, po co się pytać na starcie ,,co będzie z nami”
I nawet jeśli to życie zna już odpowiedź
Będzie dużo ciekawiej, gdy teraz nic nam nie powie

 

Tyle miejsc odkrytych, gdzie inni nie dotarli, wciąż
Tyle krętych dróg pod prąd – i czy musimy stracić to?

 

Kiedy znajdziemy się na zakręcie…

 

Jak radzić sobie z poczuciem winy?

Przypomina ono ubolewanie. Rozwiązanie: muszę przyjąć na siebie odpowiedzialność za własne czyny: naprawić zło, które wyrządziłem. Należy tu odróżnić przeprosiny od naprawienia zła i żalu za nie.

Może się zdarzyć, że poczucie winy zmusi nas do zastanowienia się nad sobą i zechemy zająć się pobudkami, które nami kierowały: popracować nad własną impulsywnością, nauczyć się wyrażać gniew i rozczarowanie w sposób, który nie rani ani nie poniża innych.

 

To wraca, bo wiem, że COŚ jest lepsze od NICZEGO. Z drugiej strony właśnie dlatego staram się patrzeć dziś na jutro. Symbolicznie, tutaj, w tym miejscu, systematyzuję emocje, porządkuję fakty i przerzucam stronę. Chcę już tylko raz jeszcze przeprosić za smutek i podziękować za radość, której przecież – szczęście czy nieszczęście – było zdecydowanie więcej.

 

Tekst powstawał na przestrzeni końca lipca.

K., A., A., wyrażam wdzięczność za Waszą pomoc, świadomą i nieświadomą.