162. Słowa, słowa

Z racji tego, że pojawia się w mojej głowie paranoiczna myśl, jakoby lepiej nie umieszczać swych urzeczywistnionych w postaci zdań pomysłów tutaj, ogłaszam koniec czarownicowego wątku. Być może nikogo, a nikogo to już absolutnie nie wzrusza. Nie zdziwię się. Pisanina zamieszczona tutaj była (i jest) bardzo chaotyczna. W założeniu to nie ja miałam być czarownicą, a czarownicą miała być po prostu stworzona przeze mnie bohaterka. Skończyło się to nader dziwnie – to ja zostałam ową czarownicą.

Doszło do tego, że zaczęłam się z nią utożsamiać, wsiąkać w nią jak atrament w papier. W konsekwencji moje uczucia były jej uczuciami, moje poglądy były jej poglądami, moje rany przecinały jej serce, moje oczy patrzyły na jej świat, moje słowa padały z jej ust, moje pragnienia stworzyły z niczego cały jej świat. Byłam nią, a ona była mną. Jednakże nie zmienia to faktu, iż zawsze byłyśmy sobą.

Oczywiście mogłabym dalej zamieszczać epizody z mojego życia, ale pytam – kogo to właściwie obchodzi? Dla kogo właściwie tu jestem? W zasadzie to dla nikogo. Właśnie. Wyłączyłam komentarze już dawno, a to tylko dlatego, że – jak niezmiennie powtarzam – od ich ilości bolała mnie głowa. Nie było sensu włączać ich ponownie, na pewno w takim wypadku spotkałabym się z obrażoną ciszą… Dlatego tkwiłam tak dalej, wylewając raz po raz na karty tego bloga czarny atrament i małe krople łez, w których skupiał się niewyobrażalny ból.

Trudno jest uwolnić się od własnej osoby. Poprawka. Ja jestem w stanie zdystansować się i zacząć beztrosko pisać o kimś zupełnie wymyślonym (NIE O SOBIE), ale ktokolwiek kto tu jeszcze wchodzi, zna mnie i tego bloga, będzie wszystko utożsamiał ze mną. A tego nie chcę. Wolę prawdę niż złudzenie.

Ponadto, kolejnym powodem, niemal najważniejszym, jest to, że chcę ostatecznie zniknąć i przestać pojawiać się w życiu tego, który zadał mi największą i najbardziej traumatyczną ranę. Wolałam już tą chorą samotność w szkole podstawowej, gdzie w zmowie opuściły mnie moje, jak mi się wydawało, przyjaciółki (to wydarzenie raczej bezpowrotnie wpłynęło na moją psychikę); mniej bolała mnie śmierć bliskiej osoby i mniejsze wrażenie robi na mnie to, że ludzie w moim życiu pojawiają się na parę lat, a potem z niego znikają… Po prostu jasno i trzeźwo stwierdzam, że tak IRRACJONALNIE CHORYM CZYNEM, który do tej pory blokuje mi gardło i stanowi ciężar na duszy, nie doświadczył mnie jeszcze nikt. Ale taką mamy hierarchię, ludzi dobrych, mniej dobrych, złych i niewytłumaczalnie złych. Czuję podświadomą potrzebę odsunięcia się od niego, od tego chaosu, jak najdalej. Oczywiście żywię nadzieję, że już tu nie wchodzi, ale nie mam pewności.

Ponadto najzwyczajniej nie chcę się upubliczniać, robiłam to odkąd mam internet, robi to też niesamowita większość ludzi. Dosyć mam lansu. Dosyć sztucznych póz i dużych okularów. I tak wszyscy jesteście tacy sami. Większość sili się na oryginalność, ale paradoksalnie, w przestrzeni zapełnionej sztucznie wyprodukowanymi indywidualnościami, każdy, kto chce być kimś – jest nikim.

W każdym działaniu na pokaz kryje się interesowność, a to ona przyobleka prawdziwego człowieka w wymyślone kreacje.

Wracając do bloga, jego historia jawi się jako wielka, ciemna dolina, niegdyś radosna, beztroska i pełna zieleni. Taka kiedyś byłam. Widać to przecież po tekstach. Czytam je i uśmiecham się na wspomnienie chwil, kiedy to nie liczyło się dla mnie nic, tylko to, by dobrze opisać zabawną sytuację, rozbawić siebie i czytelnika. Byłam inna, zmienił mnie czas i w dużej mierze zmienił mnie także ten blog. Teraz jest inaczej, plączę się po tej dolinie w kompletnych ciemnościach, nie wiem dokąd iść i nie wiem do kogo się zwrócić. Nie wiem nic. Nie widzę w niej żadnych alternatyw, rozwiązań, sposobów na polepszenie sytuacji.

Ponadto… Tak, dopisuję ten akapit dzień później, męczyło mnie coś… Najzwyczajniej pojawiły się w moim życiu inne, lepsze priorytety.

Dlatego skazana jestem na zatoczenie palcem koła na jej ciemnej powierzchni, trawie czarnej jak smoła, utworzenie okrągłego otworu, w który wpadnę i osunę się w upiorną biel nicości.

Tak czynię.

„Miejsce myśli jest w głowie. Ewentualnie na papierze.”


Reklamy

161. Wyznaję

W tysiącu procent, dziesięć razy sto, pewność moja się przejawia. Mam absolutną świadomość swojej wady. Czuję do niej wstręt i obrzydzenie. Do niej… Czy do siebie?

Walczę z nią, tyle że ona ma miecz, a ja dysponuję jedynie gołymi pięściami. Próbuję jej sprostać, ale to ona ma strzały, ja mam tylko oczy.

Odejdź, niesystematyczności i niekonsekwencjo, okropna wado, co różnie można cię nazwać, a która jedno w gruncie rzeczy nosisz imię – jesteś złem.

Nie pozwalasz mi stosować się do własnych zamierzeń i planów, jesteś wszechogarniającym pyłem unoszącym się nad moimi łzami. Zatarciem śladów i pustą kartą.

Jednakże nie zamierzam przestać walczyć, dopóki cię nie pokonam.

160. Impresje

Oglądałam w życiu mało filmów. Teraz próbuję nadrabiać te zaległości. Oglądam filmy i jako ta niezaznajomiona – wzruszam się zdecydowanie za często. Po prostu zadziwia mnie to, jak często w ciągu średnio 120 minut moje oczy są w stanie się zaszklić, a ile razy zapłakać. Płaczę, ocieram łzę i pytam się sama siebie – czy człowiek, który widział w życiu więcej filmów, też by w tym momencie płakał? Czy może jest bardziej uodporniony, a ja zwyczajnie jawię się jako ta niedoświadczona? Nieszczególnie pragnę znać odpowiedź, nie bardzo chcę wiedzieć. Nie chcę znać stopnia swojej wrażliwości.

Nie płacz, nie płacz, nie płacz, bo to jest tylko film. Bo to jest tylko film, tylko film.

Nie płacz, nie płacz, nie płacz, bo takie jest życie. Bo takie jest życie.