158. Od nowa

Nie było w niebiańskim teatrze nikogo oprócz jednej, nieregularnej chmury. Słońce właśnie wracało za horyzont, ale jeszcze w ostatnich aktach odwracania się za siebie – podświetlało swym blaskiem owego samotnego bohatera dnia. Sprawiało, że mienił się różnymi kolorami złota, a jego postrzępione brzegi nabrały wręcz karykaturalnie złotego koloru, droższego aniżeli całe materialne złoto. Wisiał tak na niebie ten osamotniony, piękny twór i odgrywał piękną sztukę – sztukę jednego aktora.

Słoneczne refleksy resztkami swych sił zaglądały we włosy dziewczyny przesiadującej na parapecie, wpatrującej się nieruchomo w zaokienną przestrzeń. Jej oczy były szaroniebieskie – takie, jakby kiedyś były błękitne, ale się zestarzały. Nie były wiosennym niebem za dnia, letnim porankiem, budzącym się świtem – ale raczej zbliżającą się nocą, nadchodzącą burzą, przybliżającym się sztormem. Raz jej się rzekło, że ma oczy wesołego staruszka, ale to jeszcze wtedy, gdy tak nie doceniała etapu swojej młodości. Dziś nigdy nie określiłaby jakiejś części siebie mianem przymiotu starego człowieka! Nie chciała mieć, jak na razie, nic wspólnego z tym czasem w życiu ludzkim. Był nieuchronny, ale przecież nie liczył się za młodu.

Jej włosy, których część długich pasm spięta była podłużną spinką, stanowiły bardzo autonomiczny element jej wyglądu – ktoś kiedyś powiedział, że żyją własnym życiem i chyba w istocie tak było. Niesfornie unosiły się pod wpływem okolicznego powietrza, rytmem istot nieświadomych tajemniczej melodii. Podnosiły się w górę wraz z jej oddechami, rozłożone wygodnie na unoszącej się w górę klatce piersiowej. Można rzec, iż oddychały spokojnie.

Obraz dziewczyny siedzącej na parapecie jest oczywiście typowy, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Jeśli by jednak posłać Oko Wyobraźni zupełnie wyżej – teraz ukazałby się widok dość niepokojący – okno, z którego wyglądała dziewczyna, było tylko jednym z dziesiątek okien zamku, a okno to znajdowało się tylko w jednej z kilku zamkowych wieżyczek. Czas przyjrzeć się owej posiadłości bliżej.

Najszczerzej mówiąc – wszystkie zamkowe komnaty od lat zupełnie milczały – długo nie były zamieszkiwane. Poprzedni właściciel zamku zniknął w nieznanych okolicznościach – po prostu przepadł, zniknął, ulotnił się, chyba nawet rozpuścił się w powietrzu. Lub po prostu gdzieś wyjechał. W każdym razie pozostawił swój zamek pusty i już nigdy do niego nie wrócił. Jedynie architektura zamku, który zbudowano na jego życzenie, mogła powiedzieć coś o jego osobie. Wzniósł zamek w stylu, jaki już w budownictwie porzucono – budowla zdawała się być tajemnicza, jakby milcząca, dostojna, trochę straszna ze względu na rozmiary, kształty. Jednakże zamek nie był w pełni zdominowany tylko przez jeden styl – został mu nadany kształt przytulnego, przyjaznego domostwa. Nie przypominał starej, opuszczonej, gotyckiej katedry z tysiącem tykających zegarów, lecz miejsce z pewnością zamieszkane przez człowieka. Może trochę – albo bardzo – innego od reszty. Powiedzmy, że był to dom dla ludzi wymagających.

Znajdował się w dzielnicy ustronnej, pozostającej w bliskości nie z cywilizacją ludzką, lecz z naturą. Otoczony był nawet angielskim ogrodem – choć ogród ten stworzony był według projektu, to i tak sprawiał wrażenie nie noszącego znamion ludzkiej pracy. Przyroda posiadała w nim pełną swobodę. Pełen mostków i ławeczek, raz po raz naznaczony małym, przytulnym pałacykiem – zachwycał przemyślaną dzikością natury, skupioną w okolicznych dziko rosnących krzakach, swobodnie posadzonych drzewach, wysokich trawach, szemrzących potokach i zarośniętych stawach, przypominających stare, zakurzone zwierciadła. Trudno było wyznaczyć jego granice – zdominowany przez dziką naturę w pewnych miejscach po prostu zlewał się z jej delikatniejszą odmianą, z zielonym krajobrazem okolicy. I tam szeptały między sobą swoje sekrety drzewa, kołysały się, niższe niż ogrodowe, trawy i coś tajemniczego planowały wzgórza.

Co robiła tam ona, nastoletnia dziewczyna? To chyba nie miejsce dla pojedynczych, wątłych figurek? Odpowiedź jest prosta. Po prostu zmieniła miejsce zamieszkania. Przeprowadziła się do owego zamku… z innego. Był jej drogi i przeżyła w nim dużą część swojego życia; był taki, jaki miał być, spełniał założenia jej wyobraźni i w kwestii zewnętrznej i – oczywiście – pod względem wnętrz. Tylko ten cmentarz pełen zarośniętych nagrobków nieznanych ludzi, rozłożony u stóp zamku; te milczące, majestatyczne skały; potężne morze zdające się odzwierciedlać każdy jej nastrój; cicho szepczące lasy… Wszystko razem tworzyło strasznie piękną całość, ale pojawiła się alternatywa jeszcze lepsza. Ideały po prostu przesunęły się trochę w stronę światła.

Przeprowadzka była niezbędna również z innych względów. Zrodziła się z potrzeby zaczęcia wszystkiego od nowa, swoistego oczyszczenia się. Zmycia przezroczystych strumieni łez z policzków chcących unosić się w uśmiechu. I tyle na ten temat, bo nie można pogłębiać ran… Nawet słowami.

Dziewczyna nie żałowała, że zostawiła za sobą dawne miejsce zamieszkania. Był zamkiem, miejscem z marzeń, ale przecież i teraz, nadal, zgodnie ze swymi wizjami – będzie mieszkać w zamku. Tamten posiadał magiczną aurę i cudowną atmosferę, ale wierzyła, że one znowu wrócą, że można te wartości ponownie wytworzyć; że chcieć – to móc. Znajdował się w niesamowitym otoczeniu, ale ta nowa okolica była równie piękna, tak samo przerażająco cudowna. Przecież przemyślała tę przeprowadzkę…

Tak. Uśmiechnęła się lekko, wpatrzona w tę jedyną, biało-złocistą chmurę na niebie. Wydało się jej, że ta w odpowiedzi zamigotała lekko, jakby zadrżały jej kąciki ust. Któż powie, że za tą chmurą nie ma słońca?

Tak właśnie czas postępował do przodu, tak właśnie mijał. Coś nowego zaczynało się, coś całkiem nowego. Dziewczyna po długich minutach refleksji sięgnęła po notatnik. Starała się mieć zawsze przy sobie rzeczy umożliwiające zapisanie swoich lub czyichś myśli; ogółem tego, co było warte zapamiętania, a raczej czegoś, co należałoby uchronić od zapomnienia.

Teraz najważniejsze w kwestii nowego miejsca zamieszkania jest to, by każdy pojedynczy pokój, każdą komnatę, każdy zaułek i każdy kąt – zagospodarować samodzielnie, urządzić według własnego pomysłu tak, aby potem nic już nie zmieniać. Trzeba wszystko dokładnie przemyśleć – a jeśli coś się nie uda, nie ma ideałów (?), szybko to poprawiać i potem już nie popełniać tego samego błędu. Swoją wyobraźnią, swoim umysłem, dzięki swej umiejętności tworzenia, myślenia, a przede wszystkim – doświadczenia – urządzę ten zamek tak, by okazał się trwałym miejscem zamieszkania; takim, z którego nie wypędzą mnie moje własne wspomnienia czy poczucie, że jednak coś mi nie wyszło.

I zmrużone oczy znowu wpatrzyły się w jakiś odległy punkt za oknem. Przymrużyła je aura delikatnego uśmiechu. Gdzieś na marginesie zostały dopisane kolejne słowa.

Trzymałam kiedyś szczęście za ogon. Wyrwało mi się, ale pozostawiło w mojej dłoni pióro, którym piszę. Staram się, by nie zmieniło swojej barwy, musi ono zachować swą krystaliczną biel – po prostu zapisuję tylko to, co dokładnie przemyślę. A urzeczywistnia się tylko to, co przemyślę jeszcze dokładniej. Szanuję je bardzo i dziękuję za to, że pośredniczy między moją wyobraźnią a rzeczywistością. Dzięki niemu patrzę na wszystko inaczej.

Zamknęła notatnik i jeszcze po jednym, ostatnim, długim spojrzeniu na dzisiejszy spektakl nieba, odwróciła się i ześlizgnęła z parapetu. Udała się do głównego, zamkowego holu, gdzie ktoś już na nią czekał. Tam należałoby wszystko zacząć.

Reklamy

157. Pustka

– Mówią, że miłość mieszka w niebie, tak?
– Nie wiem, nie wiem, nieważne.
– Pachną ci ręce. Bardzo ładnie, czym?
– Kremem do rąk. Widzisz, czasem rozwiązania są bardzo blisko.
– Pachnie ci szyja. Obojczyki dwa.
– Nie pytaj.
– Odpowiedz więc.
– Balsamem do ciała. Tak pachnie całe moje ciało.
– Zapach czego?
– Czasem wiśni, czasem jeżyn z wanilią.
– Ekstrawagancko.
– Przypadkowo.
– Patrzysz jakoś dziwnie.
– To otoczenie jest dziwne, nie mój wzrok. Moje oczy się dziwią.
– Nie ma co.
– Masz rację, nie ma co.
– O wiele lepiej.
– Z uśmiechem.
– Popatrz na mnie.
– Jak sobie życzysz.
– O wiele, wiele lepiej.
– Osłodzisz mi herbatę?
– Herbatę życia chciałbym ci osłodzić.
– Czynisz to nieświadomie. Bardzo ci miło?
– Bardzo mi miło.
– Że w końcu zadaję pytania?
– Wprost umieram z radości.
– Nie umieraj, gdy masz niepowtarzalną szansę żyć. Przepraszam, nie chciałam.
– Uważaj na wzniosłości.
– Przepraszam.
– Powiedz mi, jak to jest. Z niedokończonymi zdaniami tak.
– Nijak.
– Tak?
– Tak. Tak nijak. Stwierdzam, że wszystko było…
– Wielokropek!
– Wykrzyknik!
– Wykrzyknik?
– Znak zapytania…
– Kropka.
– Wszystko było Pomyłką Pióra.
– Czyjego pióra?
– Mojego pióra, pióra życia, nie wiem którego. Któregoś z nich. Jednakowoż każde z nich przecież pisze historię życia.
– Prawidłowo. Tak trwaj.
– Nie zamierzam przestać. Coś innego zamierzam.
– Czekam.
– Po prostu koniec z wylewaniem uczuć.
– Z tym tutaj?
– Z tym tutaj. Nie innym.
– To miejsce to jedyne, co ci zostało.
– Jest miejscem, które mnie boli, choć nie jest częścią mojego ciała. Jest częścią mojego umysłu, i boli bardziej, aniżeli mógłby każdy inny ból fizyczny. Jest wyrywaniem serca.
– Chcesz je opuścić?
– Głębiej niewytłumaczalnym sposobem nie chcę tego zrobić.
– Nie dziwię się wcale.
– Po prostu trudno stąd odejść – nie mogę rozstać się z tak dużym kawałkiem swojego życia. A jednocześnie – czuję do niego wstręt. To strasznie trudne.
– Udowodniłaś, że potrafisz znaleźć wyjście nawet z najgorszej sytuacji, więc wierzę, że i tym razem sobie poradzisz. Wiesz, nie? W środku zimy. Niepokonane lato.
– Pozwól, że w tak poważnej chwili uśmiechnę się mimowolnie.
– Ładnie to wygląda, gdy równocześnie błyszczą ci się oczy.
– Tysiącem… milczących… łez…
– Cóż więc?
– Postanawiam po prostu ograniczyć wyjawianie swoich uczuć. Koniec z upublicznianiem swojego życia. Zacieram wszystkie ślady. Mnie nigdy nie było. Mnie nie było. Mnie nie było…
– Byłaś i jesteś…
– Nie… Mnie nigdy nie było… Ja nie istnieję. Pozwól, że na tym skończymy i będzie to ostatnie zdanie, które ustępuje miejsca głuchej ciszy.

156. Ciche, słodkie perspektywy

Czarownica z najwyższym spokojem, spod zmróżonych powiek zatopionych w rozmyślaniu, odwijała z papierka coś na kształt cukierka. Uśmiechnęła się szeroko, gdy jego zawartość, wcześniej skondensowana, teraz prężyła się przed nią w całej swej lotnej okazałości.

– Witam cię, moja droga – powitał ją Podłóżkowy. – Dawno mnie tu nie było, prawda?

– Prawda, prawda – potwierdziła Czarownica. – I teraz jeszcze to twoje… wejście cukierka.

      Podłóżkowy dwukrotnie podrzucił w górę brwiami, jakby mówił ,,Jestem boski, czyż nie?”

– Jesteś, jesteś – mrugnęła Czarownica.

A cóż było słychać w świecie za oknem? Dziwne działy się tam rzeczy – niby zbliżała się wiosna, a z nieba padał śnieg, nic sobie nie robiąc z tego, jaki jest nietutejszy, niepożądany i niepotrzebny. Zataczał w powietrzu bezczelne koła, jakby na domiar cieszył się z tego całego absurdu, jakim był. Nie sprawdzało się piękne powiedzenie, odczytane przez Czarownicę na którejś z żółtych stronic, zapisane w Notatniku pełniącym funkcję zbioru rzeczy-nie-do-zapomienia – ,,Błąkamy się po zimie, tymczasem wokół nas jest już wiosna”… Chociaż w zasadzie nie pokrywało się to z prawdą jedynie w sensie fizycznym. Za oknem, oczywiście, padał śnieg, zostawiał na szybach blade krople swojej niegdysiejszej bytności, padał na ziemię i rozpuszczał się, zapominany i nieważny. W sercu natomiast świeciło słońce, codziennie zachodziło w pięknym stylu, na czerwono, na gorąco, na paląco, na różowo, na fioletowo, na pomarańczowo i na żółto; co dzień także powstawało ponownie, znowu oświetlało wszystko, co jego promienie spotkały na swojej drodze, było cudowne w swej niezmienności.

– Dokąd to? – zapytał Podłóżkowy, przywołując nas tym samym na ziemię.

Czarownica, nie odwracając głowy od lustra, spojrzała na niego i uśmiechnęła się tylko.       Wszystkie elementy toaletki z drewna pomalowanego na błękitną biel, przed którą zasiadała, zdawały się drżeć w jakiejś niepoznanej, milczącej radości. Nic dziwnego, unosiła się w powietrzu i udzielała się wszystkiemu, a szczególnie Czarownicy, która – w zasadzie – równocześnie była jej źródłem.

Czerwone róże, postawione w dwóch białych, podłużnych wazonach po obu stronach lustra, kołysały się lekko w niewidzialnych półuśmiechach, a ich listki drżały niemal niedostrzegalnie.

Tymczasem Podłóżkowy już wszystko zrozumiał. Sam się uśmiechnął, choć po chwili zastanawiał się, z czyjej inicjatywy to się stało.

– Ach, tak, wszystko jasne – powiedział po chwili refleksji, która nawiasem mówiąc donikąd go nie zaprowadziła. – Nie przeszkadzam więc. Porozmawiamy jak wrócisz. Mam nadzieję, że w końcu znajdziesz dla mnie czas…

– Postaram się, choć ostatnio trudno mi jest doszukać się wolnych minut… Czas biegnie tak szybko… Rację przyznaję powiedzeniu, jakoby ,,Pokój osiągamy dopiero wtedy, gdy przemijanie czasu przestaje mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie”. Niestety, jak na razie, daleko mi do stanu tak błogiego.

Podłóżkowy zasępił się, jego niedawny uśmiech spadł na ziemię jak naleśnik.

– Ale – zastrzegła Czarownica – jak powiedziałam, postaram się. Nie mogę ci teraz tego obiecać, ale myślę, że jak wrócę, to nie zaszkodzi nam wypić razem dobrą herbatę – odwróciła się do rozmówcy z uśmiechem. – Jak znajdę czas to cię zawołam. Coś mi się wydaje, że jest gdzieś na strychu.

– Dobrze, to znikam, pójdę pobawić się na wietrze – mrugnął na pożegnanie i wsiąknął w najbliższą ścianę z miłym dla ucha dźwiękiem.

Czarownica wpatrywała się jakiś czas w przestrzeń,w której zniknął jej towarzysz, po czym po krótkim westchnieniu odwróciła się w stronę tafli lustra, a tam już ją przywitało rozradowane odbicie. Było, stety czy niestety, zbyt rozweselone.

– Możesz na chwilkę przestać się uśmiechać? – zapytała zniecierpliwiona Czarownica, odrywając od rzęs rękę z tuszem. – Nie ruszaj się, proszę.

Odbicie spoważniało w jednej sekundzie, choć kąciki jego ust nadal drżały. Czarownica tymczasem pomalowała rzęsy jednego oka, po czym zabrała się za drugie. Po chwili jednak była zmuszona zamknąć oczy w akcie najwyższego zniecierpliwienia.

– Słuchaj, nie wyjdziemy stąd do jutra, jeśli nie przestaniesz się do mnie szczerzyć – powiedziała powoli, a z każdego jej słowa sączyła się kleista, gęsta powaga. Otworzyła oczy, następnie sięgnęła po białą chusteczkę (prawie spokojnie), umoczyła jej róg w różanej wodzie, po czym zmazała czarną plamę na powiece. – Próbuję jeszcze raz – rzekła tonem tak oficjalnym, jakby zapowiadała prostemu tłumowi przyjazd królowej.

Odbicie, zdumione powagą Czarownicy, pozwoliło jej tym razem na pomalowanie rzęs, jako że zbyt było zajęte unoszeniem brwi do góry.

– Dziękuję – rzekła Czarownica, podnosząc głowę i patrząc na efekt.

Twarz w lustrze uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż dotychczas, najpewniej dlatego, że wreszcie mogła uśmiechnąć się całkiem legalnie. Gdy natomiast Czarownica sięgnęła po flakonik perfumu i naciskała czarną, gumową kulkę całkiem zwyczajnie, odbicie w tym czasie składało usta jakby do pocałunku, dumnie prężyło szyję odwracając głowę raz w lewo i raz w prawo, słowem: udawało chyba Marilyn Monroe przed występem. Czarownica kiwała głową, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu. Gdy skończyła, zapytała, śmiejąc się:

– …Gotowe?

Odbicie odpowiedziało energicznym kiwnięciem głowy, mówiąc wielkie TAK.

– To idziemy – dziewczyna udała się w stronę drzwi, a gdy je zamknęła, w pomieszczeniu, w którym przed chwilą była trzasnęły okiennice, zgasły zapachowe świece i zasnęły róże.

Minął jakiś czas, gdy Czarownica, zawinięta w fioletowy szalik i okryta ciepłym płaszczem, szła szeroką, miejską aleją z pięknymi kamienicami po bokach w pewnym słodkim, wiadomym sobie celu. Gdy zobaczyła na horyzoncie czarną figurę postaci, której szła na spotkanie, przyspieszyła znacznie. Już po chwili było jej jeszcze cieplej niż dotychczas. Otrzymała na powitanie dużą, czerwoną różę. Pocałowała towarzysza w policzek, a jej usta, choć o tym nie wiedziała, dziwnym sposobem nabrały barwy kwiata, którego ściskała w prawej dłoni.

Spacer wśród kolorowych kamienic mijał spokojnie. Najróżniejsze sklepowe wystawy przyciągały uwagę przechodniów. Młode dziewczyny zatrzymywały się przed sklepami z odzieżą, po czym ze swego rodzaju zaczarowanymi oczami (była to magia, wbrew pozorom, bardzo prosta) wkraczały do środka, by po jakimś czasie wyjść z wnętrza z paroma pakunkami. Czarownica natomiast nie tego rodzaju sklepów poszukiwała.

– To jest naprawdę dziwne – zaczął nowy temat jej rozmówca. – Inne dziewczyny zatrzymują się przed wystawami z ubraniami, a ty… szukasz tylko cukierni!

Czarownica zaśmiała się. Cóż, była to prawda.

– Kocham cukiernie!

Zatopiona w rozmowie nie zauważyła, że właśnie przechodziła obok jednej z nich. Gdy minęła ją o parę metrów, do jej umysłu przyszedł obsypany cukrem telegram.

– Czekaj, jest! – zaczęła się cofać, ciągnąc chłopaka za rękę. Po chwili zaczęła odbijać się w szybie wystawy. Znajome odbicie pomachało jej z uśmiechem, najpewniej zachwycone okolicznymi słodkościami.

Weszli do środka, aby po chwili, już ze stosownymi zakupami, skierować się do odpowiedniego miejsca, by skonsumować wszystkie te pyszności. Uśmiech ich nie opuszczał.

– Nie ma to jak pyszne ciastka z cukierni… Uwielbiam te cukiernie, zwłaszcza te, które wyglądają jakby przeniesione z dawnych czasów; te, w których wiszą stare, żółte certyfikaty obwieszczające kunszt, często nieżyjącego już, właściciela. Takie cukiernie są najlepsze. Oczywiście nie umniejszają znaczeniu kawiarniom – tam przecież, obok pysznych ciast i ciastek, otrzymać można coś ciepłego do picia, a także i możliwość zasiądnięcia na starych, skrzypiących krzesłach, na dawnych poduszkach o kwiatowych wzorach, pośród niesamowitej atmosfery, utrzymującej się tam od lat… – wymieniała rozmarzona Czarownica, by po chwili, po zreflektowaniu się, dodać: – Naprawdę nie wiem, dlaczego takie sprawy wzbudzają we mnie zachwyt, czemu mnie tak fascynują. Czasem zastanawiam się, czemu jest tak, a nie inaczej. A może i wiem, może i jest tylko to jedno, niezmienne wytłumaczenie… Tak, chyba po prostu naprawdę, w świetle całej tej nowoczesności dzisiejszego świata, która mi się wcale nie podoba, wolę te wszystkie stare niezwykłości, bo tylko one… Tylko one… One się wybijają. One jedynie mają w sobie magię.

Spuściła wzrok, gdyż nastało pewne niezręczne milczenie. Po chwili podniosła głowę, by sprawdzić, co się dzieje.

W odpowiedzi otrzymała długi, słodki pocałunek. Był jak długi sen, z którego obudziła się wypoczęta i szczęśliwa.

Po całym tym dniu wysmakowanych wrażeń ponownie czuła znajomy zapach – zapach wspólnych przeżyć; zapach, który kochała tak samo, jak cukieryjne wyroby. Towarzyszył jej przez cały czas rozmowy z Podłóżkowym (czas został odnaleziony się w małej, brązowej skrzyneczce, zakopanej na strychu wśród sterty starych ubrań), mieszał się z ciepłem herbaty i otulał wszystkie jej zmysły…