158. Od nowa

Nie było w niebiańskim teatrze nikogo oprócz jednej, nieregularnej chmury. Słońce właśnie wracało za horyzont, ale jeszcze w ostatnich aktach odwracania się za siebie – podświetlało swym blaskiem owego samotnego bohatera dnia. Sprawiało, że mienił się różnymi kolorami złota, a jego postrzępione brzegi nabrały wręcz karykaturalnie złotego koloru, droższego aniżeli całe materialne złoto. Wisiał tak na niebie ten osamotniony, piękny twór i odgrywał piękną sztukę – sztukę jednego aktora.

Słoneczne refleksy resztkami swych sił zaglądały we włosy dziewczyny przesiadującej na parapecie, wpatrującej się nieruchomo w zaokienną przestrzeń. Jej oczy były szaroniebieskie – takie, jakby kiedyś były błękitne, ale się zestarzały. Nie były wiosennym niebem za dnia, letnim porankiem, budzącym się świtem – ale raczej zbliżającą się nocą, nadchodzącą burzą, przybliżającym się sztormem. Raz jej się rzekło, że ma oczy wesołego staruszka, ale to jeszcze wtedy, gdy tak nie doceniała etapu swojej młodości. Dziś nigdy nie określiłaby jakiejś części siebie mianem przymiotu starego człowieka! Nie chciała mieć, jak na razie, nic wspólnego z tym czasem w życiu ludzkim. Był nieuchronny, ale przecież nie liczył się za młodu.

Jej włosy, których część długich pasm spięta była podłużną spinką, stanowiły bardzo autonomiczny element jej wyglądu – ktoś kiedyś powiedział, że żyją własnym życiem i chyba w istocie tak było. Niesfornie unosiły się pod wpływem okolicznego powietrza, rytmem istot nieświadomych tajemniczej melodii. Podnosiły się w górę wraz z jej oddechami, rozłożone wygodnie na unoszącej się w górę klatce piersiowej. Można rzec, iż oddychały spokojnie.

Obraz dziewczyny siedzącej na parapecie jest oczywiście typowy, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Jeśli by jednak posłać Oko Wyobraźni zupełnie wyżej – teraz ukazałby się widok dość niepokojący – okno, z którego wyglądała dziewczyna, było tylko jednym z dziesiątek okien zamku, a okno to znajdowało się tylko w jednej z kilku zamkowych wieżyczek. Czas przyjrzeć się owej posiadłości bliżej.

Najszczerzej mówiąc – wszystkie zamkowe komnaty od lat zupełnie milczały – długo nie były zamieszkiwane. Poprzedni właściciel zamku zniknął w nieznanych okolicznościach – po prostu przepadł, zniknął, ulotnił się, chyba nawet rozpuścił się w powietrzu. Lub po prostu gdzieś wyjechał. W każdym razie pozostawił swój zamek pusty i już nigdy do niego nie wrócił. Jedynie architektura zamku, który zbudowano na jego życzenie, mogła powiedzieć coś o jego osobie. Wzniósł zamek w stylu, jaki już w budownictwie porzucono – budowla zdawała się być tajemnicza, jakby milcząca, dostojna, trochę straszna ze względu na rozmiary, kształty. Jednakże zamek nie był w pełni zdominowany tylko przez jeden styl – został mu nadany kształt przytulnego, przyjaznego domostwa. Nie przypominał starej, opuszczonej, gotyckiej katedry z tysiącem tykających zegarów, lecz miejsce z pewnością zamieszkane przez człowieka. Może trochę – albo bardzo – innego od reszty. Powiedzmy, że był to dom dla ludzi wymagających.

Znajdował się w dzielnicy ustronnej, pozostającej w bliskości nie z cywilizacją ludzką, lecz z naturą. Otoczony był nawet angielskim ogrodem – choć ogród ten stworzony był według projektu, to i tak sprawiał wrażenie nie noszącego znamion ludzkiej pracy. Przyroda posiadała w nim pełną swobodę. Pełen mostków i ławeczek, raz po raz naznaczony małym, przytulnym pałacykiem – zachwycał przemyślaną dzikością natury, skupioną w okolicznych dziko rosnących krzakach, swobodnie posadzonych drzewach, wysokich trawach, szemrzących potokach i zarośniętych stawach, przypominających stare, zakurzone zwierciadła. Trudno było wyznaczyć jego granice – zdominowany przez dziką naturę w pewnych miejscach po prostu zlewał się z jej delikatniejszą odmianą, z zielonym krajobrazem okolicy. I tam szeptały między sobą swoje sekrety drzewa, kołysały się, niższe niż ogrodowe, trawy i coś tajemniczego planowały wzgórza.

Co robiła tam ona, nastoletnia dziewczyna? To chyba nie miejsce dla pojedynczych, wątłych figurek? Odpowiedź jest prosta. Po prostu zmieniła miejsce zamieszkania. Przeprowadziła się do owego zamku… z innego. Był jej drogi i przeżyła w nim dużą część swojego życia; był taki, jaki miał być, spełniał założenia jej wyobraźni i w kwestii zewnętrznej i – oczywiście – pod względem wnętrz. Tylko ten cmentarz pełen zarośniętych nagrobków nieznanych ludzi, rozłożony u stóp zamku; te milczące, majestatyczne skały; potężne morze zdające się odzwierciedlać każdy jej nastrój; cicho szepczące lasy… Wszystko razem tworzyło strasznie piękną całość, ale pojawiła się alternatywa jeszcze lepsza. Ideały po prostu przesunęły się trochę w stronę światła.

Przeprowadzka była niezbędna również z innych względów. Zrodziła się z potrzeby zaczęcia wszystkiego od nowa, swoistego oczyszczenia się. Zmycia przezroczystych strumieni łez z policzków chcących unosić się w uśmiechu. I tyle na ten temat, bo nie można pogłębiać ran… Nawet słowami.

Dziewczyna nie żałowała, że zostawiła za sobą dawne miejsce zamieszkania. Był zamkiem, miejscem z marzeń, ale przecież i teraz, nadal, zgodnie ze swymi wizjami – będzie mieszkać w zamku. Tamten posiadał magiczną aurę i cudowną atmosferę, ale wierzyła, że one znowu wrócą, że można te wartości ponownie wytworzyć; że chcieć – to móc. Znajdował się w niesamowitym otoczeniu, ale ta nowa okolica była równie piękna, tak samo przerażająco cudowna. Przecież przemyślała tę przeprowadzkę…

Tak. Uśmiechnęła się lekko, wpatrzona w tę jedyną, biało-złocistą chmurę na niebie. Wydało się jej, że ta w odpowiedzi zamigotała lekko, jakby zadrżały jej kąciki ust. Któż powie, że za tą chmurą nie ma słońca?

Tak właśnie czas postępował do przodu, tak właśnie mijał. Coś nowego zaczynało się, coś całkiem nowego. Dziewczyna po długich minutach refleksji sięgnęła po notatnik. Starała się mieć zawsze przy sobie rzeczy umożliwiające zapisanie swoich lub czyichś myśli; ogółem tego, co było warte zapamiętania, a raczej czegoś, co należałoby uchronić od zapomnienia.

Teraz najważniejsze w kwestii nowego miejsca zamieszkania jest to, by każdy pojedynczy pokój, każdą komnatę, każdy zaułek i każdy kąt – zagospodarować samodzielnie, urządzić według własnego pomysłu tak, aby potem nic już nie zmieniać. Trzeba wszystko dokładnie przemyśleć – a jeśli coś się nie uda, nie ma ideałów (?), szybko to poprawiać i potem już nie popełniać tego samego błędu. Swoją wyobraźnią, swoim umysłem, dzięki swej umiejętności tworzenia, myślenia, a przede wszystkim – doświadczenia – urządzę ten zamek tak, by okazał się trwałym miejscem zamieszkania; takim, z którego nie wypędzą mnie moje własne wspomnienia czy poczucie, że jednak coś mi nie wyszło.

I zmrużone oczy znowu wpatrzyły się w jakiś odległy punkt za oknem. Przymrużyła je aura delikatnego uśmiechu. Gdzieś na marginesie zostały dopisane kolejne słowa.

Trzymałam kiedyś szczęście za ogon. Wyrwało mi się, ale pozostawiło w mojej dłoni pióro, którym piszę. Staram się, by nie zmieniło swojej barwy, musi ono zachować swą krystaliczną biel – po prostu zapisuję tylko to, co dokładnie przemyślę. A urzeczywistnia się tylko to, co przemyślę jeszcze dokładniej. Szanuję je bardzo i dziękuję za to, że pośredniczy między moją wyobraźnią a rzeczywistością. Dzięki niemu patrzę na wszystko inaczej.

Zamknęła notatnik i jeszcze po jednym, ostatnim, długim spojrzeniu na dzisiejszy spektakl nieba, odwróciła się i ześlizgnęła z parapetu. Udała się do głównego, zamkowego holu, gdzie ktoś już na nią czekał. Tam należałoby wszystko zacząć.

Reklamy

157. Pustka

– Mówią, że miłość mieszka w niebie, tak?
– Nie wiem, nie wiem, nieważne.
– Pachną ci ręce. Bardzo ładnie, czym?
– Kremem do rąk. Widzisz, czasem rozwiązania są bardzo blisko.
– Pachnie ci szyja. Obojczyki dwa.
– Nie pytaj.
– Odpowiedz więc.
– Balsamem do ciała. Tak pachnie całe moje ciało.
– Zapach czego?
– Czasem wiśni, czasem jeżyn z wanilią.
– Ekstrawagancko.
– Przypadkowo.
– Patrzysz jakoś dziwnie.
– To otoczenie jest dziwne, nie mój wzrok. Moje oczy się dziwią.
– Nie ma co.
– Masz rację, nie ma co.
– O wiele lepiej.
– Z uśmiechem.
– Popatrz na mnie.
– Jak sobie życzysz.
– O wiele, wiele lepiej.
– Osłodzisz mi herbatę?
– Herbatę życia chciałbym ci osłodzić.
– Czynisz to nieświadomie. Bardzo ci miło?
– Bardzo mi miło.
– Że w końcu zadaję pytania?
– Wprost umieram z radości.
– Nie umieraj, gdy masz niepowtarzalną szansę żyć. Przepraszam, nie chciałam.
– Uważaj na wzniosłości.
– Przepraszam.
– Powiedz mi, jak to jest. Z niedokończonymi zdaniami tak.
– Nijak.
– Tak?
– Tak. Tak nijak. Stwierdzam, że wszystko było…
– Wielokropek!
– Wykrzyknik!
– Wykrzyknik?
– Znak zapytania…
– Kropka.
– Wszystko było Pomyłką Pióra.
– Czyjego pióra?
– Mojego pióra, pióra życia, nie wiem którego. Któregoś z nich. Jednakowoż każde z nich przecież pisze historię życia.
– Prawidłowo. Tak trwaj.
– Nie zamierzam przestać. Coś innego zamierzam.
– Czekam.
– Po prostu koniec z wylewaniem uczuć.
– Z tym tutaj?
– Z tym tutaj. Nie innym.
– To miejsce to jedyne, co ci zostało.
– Jest miejscem, które mnie boli, choć nie jest częścią mojego ciała. Jest częścią mojego umysłu, i boli bardziej, aniżeli mógłby każdy inny ból fizyczny. Jest wyrywaniem serca.
– Chcesz je opuścić?
– Głębiej niewytłumaczalnym sposobem nie chcę tego zrobić.
– Nie dziwię się wcale.
– Po prostu trudno stąd odejść – nie mogę rozstać się z tak dużym kawałkiem swojego życia. A jednocześnie – czuję do niego wstręt. To strasznie trudne.
– Udowodniłaś, że potrafisz znaleźć wyjście nawet z najgorszej sytuacji, więc wierzę, że i tym razem sobie poradzisz. Wiesz, nie? W środku zimy. Niepokonane lato.
– Pozwól, że w tak poważnej chwili uśmiechnę się mimowolnie.
– Ładnie to wygląda, gdy równocześnie błyszczą ci się oczy.
– Tysiącem… milczących… łez…
– Cóż więc?
– Postanawiam po prostu ograniczyć wyjawianie swoich uczuć. Koniec z upublicznianiem swojego życia. Zacieram wszystkie ślady. Mnie nigdy nie było. Mnie nie było. Mnie nie było…
– Byłaś i jesteś…
– Nie… Mnie nigdy nie było… Ja nie istnieję. Pozwól, że na tym skończymy i będzie to ostatnie zdanie, które ustępuje miejsca głuchej ciszy.

156. Ciche, słodkie perspektywy

Czarownica z najwyższym spokojem, spod zmróżonych powiek zatopionych w rozmyślaniu, odwijała z papierka coś na kształt cukierka. Uśmiechnęła się szeroko, gdy jego zawartość, wcześniej skondensowana, teraz prężyła się przed nią w całej swej lotnej okazałości.

– Witam cię, moja droga – powitał ją Podłóżkowy. – Dawno mnie tu nie było, prawda?

– Prawda, prawda – potwierdziła Czarownica. – I teraz jeszcze to twoje… wejście cukierka.

      Podłóżkowy dwukrotnie podrzucił w górę brwiami, jakby mówił ,,Jestem boski, czyż nie?”

– Jesteś, jesteś – mrugnęła Czarownica.

A cóż było słychać w świecie za oknem? Dziwne działy się tam rzeczy – niby zbliżała się wiosna, a z nieba padał śnieg, nic sobie nie robiąc z tego, jaki jest nietutejszy, niepożądany i niepotrzebny. Zataczał w powietrzu bezczelne koła, jakby na domiar cieszył się z tego całego absurdu, jakim był. Nie sprawdzało się piękne powiedzenie, odczytane przez Czarownicę na którejś z żółtych stronic, zapisane w Notatniku pełniącym funkcję zbioru rzeczy-nie-do-zapomienia – ,,Błąkamy się po zimie, tymczasem wokół nas jest już wiosna”… Chociaż w zasadzie nie pokrywało się to z prawdą jedynie w sensie fizycznym. Za oknem, oczywiście, padał śnieg, zostawiał na szybach blade krople swojej niegdysiejszej bytności, padał na ziemię i rozpuszczał się, zapominany i nieważny. W sercu natomiast świeciło słońce, codziennie zachodziło w pięknym stylu, na czerwono, na gorąco, na paląco, na różowo, na fioletowo, na pomarańczowo i na żółto; co dzień także powstawało ponownie, znowu oświetlało wszystko, co jego promienie spotkały na swojej drodze, było cudowne w swej niezmienności.

– Dokąd to? – zapytał Podłóżkowy, przywołując nas tym samym na ziemię.

Czarownica, nie odwracając głowy od lustra, spojrzała na niego i uśmiechnęła się tylko.       Wszystkie elementy toaletki z drewna pomalowanego na błękitną biel, przed którą zasiadała, zdawały się drżeć w jakiejś niepoznanej, milczącej radości. Nic dziwnego, unosiła się w powietrzu i udzielała się wszystkiemu, a szczególnie Czarownicy, która – w zasadzie – równocześnie była jej źródłem.

Czerwone róże, postawione w dwóch białych, podłużnych wazonach po obu stronach lustra, kołysały się lekko w niewidzialnych półuśmiechach, a ich listki drżały niemal niedostrzegalnie.

Tymczasem Podłóżkowy już wszystko zrozumiał. Sam się uśmiechnął, choć po chwili zastanawiał się, z czyjej inicjatywy to się stało.

– Ach, tak, wszystko jasne – powiedział po chwili refleksji, która nawiasem mówiąc donikąd go nie zaprowadziła. – Nie przeszkadzam więc. Porozmawiamy jak wrócisz. Mam nadzieję, że w końcu znajdziesz dla mnie czas…

– Postaram się, choć ostatnio trudno mi jest doszukać się wolnych minut… Czas biegnie tak szybko… Rację przyznaję powiedzeniu, jakoby ,,Pokój osiągamy dopiero wtedy, gdy przemijanie czasu przestaje mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie”. Niestety, jak na razie, daleko mi do stanu tak błogiego.

Podłóżkowy zasępił się, jego niedawny uśmiech spadł na ziemię jak naleśnik.

– Ale – zastrzegła Czarownica – jak powiedziałam, postaram się. Nie mogę ci teraz tego obiecać, ale myślę, że jak wrócę, to nie zaszkodzi nam wypić razem dobrą herbatę – odwróciła się do rozmówcy z uśmiechem. – Jak znajdę czas to cię zawołam. Coś mi się wydaje, że jest gdzieś na strychu.

– Dobrze, to znikam, pójdę pobawić się na wietrze – mrugnął na pożegnanie i wsiąknął w najbliższą ścianę z miłym dla ucha dźwiękiem.

Czarownica wpatrywała się jakiś czas w przestrzeń,w której zniknął jej towarzysz, po czym po krótkim westchnieniu odwróciła się w stronę tafli lustra, a tam już ją przywitało rozradowane odbicie. Było, stety czy niestety, zbyt rozweselone.

– Możesz na chwilkę przestać się uśmiechać? – zapytała zniecierpliwiona Czarownica, odrywając od rzęs rękę z tuszem. – Nie ruszaj się, proszę.

Odbicie spoważniało w jednej sekundzie, choć kąciki jego ust nadal drżały. Czarownica tymczasem pomalowała rzęsy jednego oka, po czym zabrała się za drugie. Po chwili jednak była zmuszona zamknąć oczy w akcie najwyższego zniecierpliwienia.

– Słuchaj, nie wyjdziemy stąd do jutra, jeśli nie przestaniesz się do mnie szczerzyć – powiedziała powoli, a z każdego jej słowa sączyła się kleista, gęsta powaga. Otworzyła oczy, następnie sięgnęła po białą chusteczkę (prawie spokojnie), umoczyła jej róg w różanej wodzie, po czym zmazała czarną plamę na powiece. – Próbuję jeszcze raz – rzekła tonem tak oficjalnym, jakby zapowiadała prostemu tłumowi przyjazd królowej.

Odbicie, zdumione powagą Czarownicy, pozwoliło jej tym razem na pomalowanie rzęs, jako że zbyt było zajęte unoszeniem brwi do góry.

– Dziękuję – rzekła Czarownica, podnosząc głowę i patrząc na efekt.

Twarz w lustrze uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż dotychczas, najpewniej dlatego, że wreszcie mogła uśmiechnąć się całkiem legalnie. Gdy natomiast Czarownica sięgnęła po flakonik perfumu i naciskała czarną, gumową kulkę całkiem zwyczajnie, odbicie w tym czasie składało usta jakby do pocałunku, dumnie prężyło szyję odwracając głowę raz w lewo i raz w prawo, słowem: udawało chyba Marilyn Monroe przed występem. Czarownica kiwała głową, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu. Gdy skończyła, zapytała, śmiejąc się:

– …Gotowe?

Odbicie odpowiedziało energicznym kiwnięciem głowy, mówiąc wielkie TAK.

– To idziemy – dziewczyna udała się w stronę drzwi, a gdy je zamknęła, w pomieszczeniu, w którym przed chwilą była trzasnęły okiennice, zgasły zapachowe świece i zasnęły róże.

Minął jakiś czas, gdy Czarownica, zawinięta w fioletowy szalik i okryta ciepłym płaszczem, szła szeroką, miejską aleją z pięknymi kamienicami po bokach w pewnym słodkim, wiadomym sobie celu. Gdy zobaczyła na horyzoncie czarną figurę postaci, której szła na spotkanie, przyspieszyła znacznie. Już po chwili było jej jeszcze cieplej niż dotychczas. Otrzymała na powitanie dużą, czerwoną różę. Pocałowała towarzysza w policzek, a jej usta, choć o tym nie wiedziała, dziwnym sposobem nabrały barwy kwiata, którego ściskała w prawej dłoni.

Spacer wśród kolorowych kamienic mijał spokojnie. Najróżniejsze sklepowe wystawy przyciągały uwagę przechodniów. Młode dziewczyny zatrzymywały się przed sklepami z odzieżą, po czym ze swego rodzaju zaczarowanymi oczami (była to magia, wbrew pozorom, bardzo prosta) wkraczały do środka, by po jakimś czasie wyjść z wnętrza z paroma pakunkami. Czarownica natomiast nie tego rodzaju sklepów poszukiwała.

– To jest naprawdę dziwne – zaczął nowy temat jej rozmówca. – Inne dziewczyny zatrzymują się przed wystawami z ubraniami, a ty… szukasz tylko cukierni!

Czarownica zaśmiała się. Cóż, była to prawda.

– Kocham cukiernie!

Zatopiona w rozmowie nie zauważyła, że właśnie przechodziła obok jednej z nich. Gdy minęła ją o parę metrów, do jej umysłu przyszedł obsypany cukrem telegram.

– Czekaj, jest! – zaczęła się cofać, ciągnąc chłopaka za rękę. Po chwili zaczęła odbijać się w szybie wystawy. Znajome odbicie pomachało jej z uśmiechem, najpewniej zachwycone okolicznymi słodkościami.

Weszli do środka, aby po chwili, już ze stosownymi zakupami, skierować się do odpowiedniego miejsca, by skonsumować wszystkie te pyszności. Uśmiech ich nie opuszczał.

– Nie ma to jak pyszne ciastka z cukierni… Uwielbiam te cukiernie, zwłaszcza te, które wyglądają jakby przeniesione z dawnych czasów; te, w których wiszą stare, żółte certyfikaty obwieszczające kunszt, często nieżyjącego już, właściciela. Takie cukiernie są najlepsze. Oczywiście nie umniejszają znaczeniu kawiarniom – tam przecież, obok pysznych ciast i ciastek, otrzymać można coś ciepłego do picia, a także i możliwość zasiądnięcia na starych, skrzypiących krzesłach, na dawnych poduszkach o kwiatowych wzorach, pośród niesamowitej atmosfery, utrzymującej się tam od lat… – wymieniała rozmarzona Czarownica, by po chwili, po zreflektowaniu się, dodać: – Naprawdę nie wiem, dlaczego takie sprawy wzbudzają we mnie zachwyt, czemu mnie tak fascynują. Czasem zastanawiam się, czemu jest tak, a nie inaczej. A może i wiem, może i jest tylko to jedno, niezmienne wytłumaczenie… Tak, chyba po prostu naprawdę, w świetle całej tej nowoczesności dzisiejszego świata, która mi się wcale nie podoba, wolę te wszystkie stare niezwykłości, bo tylko one… Tylko one… One się wybijają. One jedynie mają w sobie magię.

Spuściła wzrok, gdyż nastało pewne niezręczne milczenie. Po chwili podniosła głowę, by sprawdzić, co się dzieje.

W odpowiedzi otrzymała długi, słodki pocałunek. Był jak długi sen, z którego obudziła się wypoczęta i szczęśliwa.

Po całym tym dniu wysmakowanych wrażeń ponownie czuła znajomy zapach – zapach wspólnych przeżyć; zapach, który kochała tak samo, jak cukieryjne wyroby. Towarzyszył jej przez cały czas rozmowy z Podłóżkowym (czas został odnaleziony się w małej, brązowej skrzyneczce, zakopanej na strychu wśród sterty starych ubrań), mieszał się z ciepłem herbaty i otulał wszystkie jej zmysły…

155. Tworząc własną historię

Teraz to mi się podoba. Teraz wiem, że trzeba dbać o to, by kiedyś spojrzeć na zaprzeszły czas dobrym okiem, z tej innej perspektywy. Stawiam kroki bardzo uważnie i wyrażam swoje myśli w pełni świadomie, dopiero wtedy, gdy zastanowię się, jak odbijają się w lustrze świata.

Czuję się doroślej – wszystko przez to, że w dosłownym sensie mamy swoje własne, prawdziwe mieszkanie. Masz do niego klucze i otwierasz je za każdym razem, gdy wcześniej wyprzedzisz mnie na schodach. Wtedy, gdy już jestem na odpowiednim piętrze, widzę drzwi otwarte na oścież, zapraszające mnie do środka. Takie apres vous.

Jeszcze do pewnego czasu utrzymywał się w nim zapach sprzed kilku lat, ale ostatnim razem – nie wiem czy zauważyłeś – po tym jak zapomniałeś zamknąć okno w kuchni, mieszkanie odetchnęło w końcu świeżym powietrzem i ewidentnie, bez niepotrzebnego owijania w bawełnę – wywietrzyło się! Nie pachniało już w nim pościelą, śniadaniem i obiadem, gdy zawitaliśmy w nim wczoraj. Jednakże nadal utrzymuje się w nim kurz sprzed kilku lat i oddechy sprzed kilku lat, stare meble, stare gazety, stare bilety, stara rzeczywistość… Powoli jednak to zmieniamy, sprzątając i znajdując romantyczne kartki oraz obrazy w starych, złotych ramach, przywieszając je na białe ściany, tak samo jak zardzewiałe klucze, albo też kładziemy kartki zwyczajnie na półkach. Znaleźliśmy też figurkę szatana, prawda? A jak wiadomo, szatan to diabeł (i odwrotnie)! Stoi dumnie i czuwa nad piekłem naszych spojrzeń.

Zdecydowanie ożywiliśmy to wnętrze, w sumie jak na razie udało nam się to w pewnym stopniu tylko z jednym pokojem (jeszcze trzeba z niego wyrzucić zepsuty telewizor, ekranem zwrócony do ściany), drugie pomieszczenie czeka obok. Nie mogę się doczekać, gdy przejrzymy jego zawartość, to znaczy te wszystkie książki o żółtych stronach, ułożone w półkach zajmujących bez mała całą ścianę… Strasznie mnie ciekawi to, jakie są tam książki. Ułożymy je potem według własnych przekonań – które lepsze, ciekawsze. Te najlepsze przeniesiemy do drugiego pokoju, żeby zawsze były w zasięgu ręki, aby móc je wziąć, otworzyć na jakiejś stronie i zacząć wpadać w opisaną tam rzeczywistość.

Wierzę, że uda się nam zrobić z tego opuszczonego mieszkania, z którym pewnie niekoniecznie łączą Cię dobre wspomnienia, naprawdę przytulne miejsce, które odtąd będzie Ci się kojarzyło nadzwyczaj dobrze i przyjemnie. Myślę, że niewiele trzeba – trzeba, po pierwsze, bez zbędnej poetyckości – posprzątać. To pierwszy krok do szczęścia. Trochę pokichać od kurzu; poukładać wszystko na nowe miejsca, w nowe rzędy i stosy; wyrzucić to, co zbędne (uwaga, to było ważne); zostawić tylko to, co posiada jakieś znaczenie lub zastosowanie. Ponadto zamierzam sukcesywnie robić zdjęcia i na bieżąco je wywoływać, co ciekawsze również umilą wnętrze. Chcę kupować z Tobą stare ramki po zapomnianych antykwariatach.

Poza tym, muszą się tam znaleźć zdjęcia z naszego dzieciństwa, na przykład z czasów przedszkolnych, kiedy byłeś ścięty na grzybka i wyglądałeś prawie jak prawdziwy borowik, ja przyniosę swoje, na których z pełną dumą ukazuję swój niesamowity strój clowna.

Wnętrze, ogółem rzecz ujmując, nabiera dość specyficznego charakteru. Myślę, że w jego kwestii na serio trzeba umieć zrobić coś z niczego; sądzę, że jak na razie udaje nam się to. Nie mogę się doczekać kolejnej wizyty tam, by jeszcze raz spojrzeć na nasze piątkowe dzieło i powziąć kolejne kroki prowadzące do nadania mieszkaniu jeszcze lepszego klimatu. Jak to się rzekło, robi się naprawdę dekadencko. To jest właśnie takie kombinowane mieszkanie sprzed lat dziesięciu, przywoływane przez nas do teraźniejszości. To tak jakbyśmy mówili mu ,,Na serio masz szansę odnaleźć się w dzisiejszych realiach”. Pewnie jest zaskoczone powrotem do życia, półki dziwią się, bo znika z nich kurz, a lustra, zdziwione, w końcu odbijają żywe postacie… Ekhm, może jednak przestanę wczuwać się w sytuację tego mieszkania w stopniu tak intymnym, bo to chyba już nie empatia, a nienormalność.

Ale serio, mógłby zamieszkać tam duch mojej babci, wzięłaby ze sobą tylko kosmetyczkę pełną jaskrawych malowideł, siedziałaby na tapczanie i malowałaby sobie ciemną szminką kreskę swoich widmowych ust. Czułaby się tam dobrze. Pasowałaby do wnętrza duchem i ciałem. Słyszałaby zaprzeszłą audycję z milczącego, starego radia w drewnianej obudowie i widziałaby w zepsutym telewizorze obrazy dawnych wiadomości.

Dzisiejszy obiad w wykonaniu mojej mamy smakował mi niesamowicie (był wspaniały jak zawsze), ale zaskoczył mnie w pewien sposób, bo jadłam taki pierwszy raz. Powiedziałam jej, że był pyszny i przyszła mi do głowy pewna myśl: że najważniejsza jest pomysłowość, umiejętność robienia pożytku z własnego rozumu, własnej wyobraźni… Tak właśnie myślę. Uśmiech napływa na moją twarz, wdzięczną za ten dar, świadomą go i wykorzystującą go w każdej chwili, gdy błyszcząca myśl zalśni w zakamarku umysłu. Po kimś to mam. Dziękuję swym przodkom.

Pewne rzeczy trzeba będzie w zwyczajny sposób kupić. Wiesz, o czym myślę, prawda? Zmienimy tamtejsze powietrze na tysiąc lepszych zapachów. Przyniesiemy tam świeczki, świeczki, świeczki, świeczki, świeczki. Małe, duże, długie, okrągłe, postarajmy się ogromnie, by było ich tam dużo, by wiele płomieni drżało w powietrzu. Kadzidełka zostaw mnie, jestem chyba specjalistką w tej sprawie. Choć oczywiście – co za dużo, to nie zdrowo. Ale kadzidełka ciasteczkowe są takie słodkie…

Co jeszcze powinnam odnotować w tym krókim zapisie swej młodości? Może to, że coraz wyraźniej odczuwam to, że to właśnie JEJ CZAS; czas, który kiedyś bezpowrotnie minie, ale który właśnie teraz trwa, a przede wszystkim trwa w tak ciekawym, nietypowym stylu! Jestem ogromnie wdzięczna tym wszystkim cennym mi osobom, które mnie otaczają, za ich wyraziste charaktery i niebanalne osobowości. Za to, że są moimi przyjaciółmi i że mogę na nich liczyć w każdej sprawie. To wszystko dzięki nim. Dzięki temu, że po prostu są. Nie wyobrażam sobie znaleźć się nagle w gronie ludzi, gdzie prowadzi się rozmowy o promocjach w sklepie, zadaniach domowych, czy o tym, kto komu się podoba. Milion razy bardziej wolę rysować z Wami bociany na kartkach A4, kredkami wyciągniętymi z zapomnianej szuflady, i przywieszać gotowe rysunki na przeszklonych drzwiach od łazienki albo zastępować wizerunkami tych pięknych, polskich ptaków obrazki we wszystkich ramkach. Zostawiać z Michałem Karolinie i Rafałowi w mieszkaniu coś nowego, co ich zaskoczy, rozśmieszy, gdy przyjdą tam po naszej wizycie. Kupować Nutellę i chleb, który miła pani w Piekarni Najlepszej W Mieście nam pokroi, żebyśmy potem mogli jedynie wygodnie smarować kromki chleba, zaraz potem je zjeść z szerokim uśmiechem na twarzy. Strasznie dziękuję życiu za życie.

Kiedyś spojrzymy na swoją młodość z perspektywy czasu i, jak mam nadzieję, uśmiechniemy się na wspomnienie dawnych dni. Za każdym razem, gdy zobaczymy przelatującego w górze bociana pomyślimy sobie: wiosna naszego życia była tak wspaniała… Teraz śmiejemy się z tego, że je rysujemy, jak małe dzieci, a co będzie, jak przypomnimy sobie o tym w dorosłym życiu? I nie tylko o tym… (Karolino, nasz wspaniały zeszyt, Spis Naszych Zwał, Kronika Naszych Absurdów… To kiedyś będzie warte dla nas miliony!) Mamo, tato, zobaczcie, bocian! Och, dziecko, dziecko, byłem w drugiej klasie liceum, gdy produkowałem ich wizerunki i przyklejałem je na ściany… Jak myślicie, jaki będziecie mieć swój dorosły stosunek do siebie z lat młodości? Będziecie z siebie zadowoleni? Zrobiliście wszystko tak, jak było trzeba? Czy z powodzeniem kreowaliście swój świat? Nie skrzywdziliście nikogo? Byliście fair w stosunku do bliskich Wam osób? Żeby odpowiedzieć sobie TAK i wspominać siebie i innych dobrze – po prostu BĄDŹCIE fair, korzystajcie z życia, czyńcie szaleństwa (niezmiernie ostrożnie), śmiejcie się, uśmiechajcie się, pomagajcie sobie nawzajem, nie strzelajcie do siebie. Bądźcie sobą, bo naprawdę świat potrzebuje Was takimi, jakimi jesteście. On już wszystko sobie przemyślał. Nie zmieniajcie się – a jeśli tak, to tylko na lepsze. A czynicie to za każdym razem, gdy wzbudzacie czyjąś wdzięczność, czyjś uśmiech, nawet najmniejszą drobnostką…