154. Dopełnić się

Brakuje mi słów, by opisać to, co się we mnie dzieje, to tak jakby powstawały we mnie gwiazdy, rodziły się z tysiąca reakcji chemicznych. Nie miałam pojęcia, że takie uczucia mogą wezbrać w jeden, krótki wieczór, w zasadzie za krótki, ale jaki piękny! Jak to wygląda w ogóle – to, co piszę? Zdaje się, że będzie to bełkot osoby niezwyczajnie szczęśliwej.

Tak cudownie umierało mi się wczoraj od uczucia zbytniej przyjemności, niepoznanej emocji, która poruszyła wszystkie struny moich zmysłów i dotarła do najodleglejszych zakamarków ciała oraz umysłu. W pewnym momencie rozbolała mnie głowa, był to ból mocny, głuchy i tępy; i przyjemny. Od nadmiaru dobrych, przedobrych emocji rozbolała mnie głowa, mogłaby tak boleć częściej i nie miałabym nic przeciwko temu.

A jestem tylko drobiną kurzu unoszoną przez wszechpotężny wiatr, małą kuleczką toczącą się wielkim tunelem, niebieskim okiem odbijającym nieskończone niebo, ramionami próbującymi objąć wielki świat, tylko łupiną orzecha unoszoną przez fale wielkiego oceanu, nic niewartym kichnięciem i niezauważalną cząsteczką wśród milionów innych cząsteczek. Jakim cudem odnalazło mnie Szczęście? Bo się jeszcze zawstydzę.

Boję się pomyśleć, że ono ma szansę być jeszcze większe, gdy tylko wyciągnę dłoń, zje mnie ono, połknie w całości i wtedy już nie przestanę się uśmiechać, i tak jak z Ciebie – ludzie będą się śmiać i ze mnie, w autobusach i tramwajach. Jest to wizja na pół przyjemna, na pół przerażająca.

Jakie krótkie tworzę akapity!, wszystko przez to, że co chwilę jedna myśl zastępuje kolejną. Uderzyły we mnie wczoraj wszystkie moje spostrzeżenia, bo okazały się słuszne. Moje oko patrzyło na Ciebie od jakiegoś czasu inaczej niż zawsze – wczoraj uzyskało pewność, odnalazło ją w Twoich oczach, niebieskich, niewinnych, przyjaznych, dobrotliwych. Odbijaliśmy się w sobie, przenikaliśmy się nawzajem, jeszcze nigdy nikt tak na mnie nie patrzył, jeszcze nigdy nie dojrzałam w czyichś oczach takiej zastanawiającej czystości, klarowności intencji i potrzeb, niewinności… Emanował z nich tak czysty (powtarzam się, ale nie znajduję innego określenia), nieskończenie dobry, klarowny, cichy, milczący blask, że momentami mrugałam z niedowierzaniem, by jakoś sprowadzić go do realiów świata, zawstydzał mnie i przejmował dogłębnie, choć może nie było tego po mnie widać.

Niesamowite, do czego może doprowadzić zwyczajne leżenie obok siebie i przytulenie; nieprawdopodobne, jak wiele uczuć może wywołać, jak wiele tam zburzyć i jak wielką wodę porwać w jeden, silny, zdecydowany strumień. Nie można bliżej? Chyba nie można było, bardziej nie można było.

Jeszcze te włosy, rozpuszczone, wydane w ręce wiru emocji, splątane, poplątane, zaplątane, domagające się rozczesania. Taka piękna ich długość, do ramion, nie za długie i nie za krótkie, uwalnia je i doprowadza mnie do obłędu, mogę zatopić w nich swoją dłoń, obie ręce. Lub gdy widzę tylko je – kiedy zasłaniają pochyloną głowę; albo gdy widzę tylko błysk oka spomiędzy nich wyzierający; albo tylko usta wyglądające spod nich, nawet tylko ich kawałek, cząstkę ich czerwieni… Wtedy umieram z wrażenia, tak już mam, że dostrzegam coś niesamowitego w takich pozornie nic nieznaczących obrazach. Przepraszam za bezpośredniość… Pewnie wydaje Ci się to głupie i może tego nie rozumiesz, ale tak właśnie myślę, takie mam spostrzeżenia, i nic do ukrycia.

Tak jest dziś, tak jest dziś, ale niech tak będzie cały czas, niech nic się nie zmienia w kwestii tego, jak Cię postrzegam… Nie są to rady dla Ciebie, rzecz oczywista, ale autosugestie dla mnie. Chcę iść tą drogą… Spotkać Cię na niej w pewnym punkcie, złapać za rękę i kroczyć nią dalej, już z Tobą. Na naszej drodze nie rośnie miękka trawa. To raczej ścieżka górska, pełna kamieni. Lecz biegnie ona ku górze, naprzód, do słońca. (Ruth Westheimer) Tylko patrz na mnie takim samym wzrokiem, niech Twoje oczy pozostaną takie, jakie są. Niech to wszystko nie okaże się jedynie złudzeniem, pękniętą nitką, zerwanym mostem, dłonią schowaną do kieszeni, przerwanym szeptem, urwanym krzykiem, krótką piosenką, nierzeczywistością, wyobraźnią, zwykłym pragnieniem zmieniającym bieg. Obawiam się tylko właśnie tego – że ta bańka mydlana pęknie gdzieś w górze, samotnie i niespodziewanie. A jednocześnie ktoś w moje drugie ucho szepcze: NIE MASZ CZEGO SIĘ BAĆ… Przetrzymać trudy to więcej, niż być śmiałkiem; przeżyć nieprzychylność losu; nie zrażać się przeciwieństwami; mieć wiarę, gdy wszyscy inni ją stracili – czy ktoś ośmieli się powiedzieć, że to nie jest wielkość? (William Makepeace Thackeray) Książeczka od Ciebie daje mi zdecydowanie lepsze rady i to jej będę słuchać!

Gdyby mnie zapytano, jaką radę uważam za najbardziej użyteczną dla całej ludzkości, odpowiedziałbym tak: ,,Przygotuj się na trudności, bo to nieodłączna część życia, i kiedy nadejdą, trzymaj głowę wysoko, spójrz im prosto w oczy i powiedz: BĘDĘ OD WAS SILNIEJSZY. NIE DAM SIĘ ZŁAMAĆ.”(Ann Landers)

 Nie to jest ważne, że można żyć samą nadzieją, lecz to, że życie bez niej nic nie jest warte. (Harvey Milk)

Wraz z upływem czasu mój beztroski optymizm przeobraził się w tę głębszą wiarę, która rozmyśla nad okropieństwami tego świata, a mimo to ma nadzieję na poprawę rzeczywistości i nie przestaje na tę poprawę pracować, nawet jeśli pojawia się widmo porażki. (Helen Keller)

Nawet jeśli szczęście o tobie zapomni, ty o nim nigdy całkowicie nie zapominaj. (Jacques Prévert)

Miłość każe nam zrobić krok w przepaść, a potem nas prowadzi. (Pam Brown)

Siłę, odwagę i pewność siebie zdobywa się z każdym doświadczeniem, kiedy udaje się przezwyciężyć strach. Można sobie powiedzieć: ,,PRZEŻYŁEM TEN KOSZMAR. MOGĘ TERAZ PRZYJĄĆ, COKOLWIEK ZEŚLE MI LOS.” (Eleanor Roosevelt)

Nie proszę o to, bym mogła stąpać po równych ścieżkach, ani o lekki bagaż. Daj mi odwagę, bym mogła zdobyć najtrudniejsze szczyty samodzielnie i przemienić każdy kamień, o który się potknę, w kamień pozwalający wejść wyżej. (Gail Brook Burkett)

Przebogata gama doświadczeń ludzkich byłaby uboższa o radość płynącą z satysfakcji, gdyby nie pokonywanie ograniczeń. Godzina na szczycie góry nie byłaby w połowie tak piękna, gdyby nie przemierzane wcześniej ciemne doliny. (Helen Keller)

Nieszczęścia i zniszczenia to nie koniec wszystkiego. Trawa wypalona w pożarze stepu odrasta na nowo latem. (Powiedzenie mongolskie)

Spraw, aby w tej podróży dane mi było doświadczyć takich trudności i cierpień, aby me serce mogło zaznać pełnego rozbudzenia, a moje doskonalenie się we współodczuwaniu mogło się dopełnić. (Modlitwa tybetańska)

ŚWIAT JEST KULĄ, TAK WIĘC MIEJSCE, KTÓRE ZDAJE SIĘ KOŃCEM, MOŻE BYĆ RÓWNIE DOBRZE CZEGOŚ POCZĄTKIEM. (Ivy Baker Priest)

Chcę z Tobą nauczyć się wszystkiego od nowa.

Przecudowny prezent.

*wielki uśmiech rozlewający się na twarzy siłą nie do pokonania*
Reklamy

153. Dziękuję

Baldachim oddychał spokojnym snem, paradoksalnie zasnął w czasie, gdy leżąca na łóżku kobieta zachowywała pełną przytomność. Ucichnął i oddał się regularnym oddechom, które w zasadzie pokrywały się z oddechami leżącej pod nim kobiety. Tak, oddychali równomiernie, jednostajnym, dobrym rytmem. Wokół wirowały srebrne gwiazdki, mrugające błyskiem brokatu przy lekko gwałtowniejszych zakrętach. Srebrzyste fale puchatej, pachnącej mgiełki otaczały łoże spokojnymi, wyważonymi ruchami, układając dla niego coś na kształt cudownej, kojącej kołysanki, cichej, lekkiej, księżycowej pieśni.

To uczucie było jak płatki róż rzucone pod stopy; jak wirujące w powietrzu dmuchawce, podrywane do góry ruchami powietrza; jak łąka pełna kwiatów; jak fioletowe płatki i płateczki; jak motyl, który przysiadł na czubku nosa i mrugnął lewym oczkiem; jak pył sypiący się z nieba; jak zapach lasu, jak zapach natury, rzek, jezior, zapach morza; jak słońce zachodzące pośród chmur zabarwionych na fioletowo; jak światło opadające na ich biały puch, wsiąkające w niego i nabłyszczające go, nadające mu piękne blaski, odblaski i refleksy; jak kichnięcie malutkiego dziecka; jak jego monologi w znanym tylko sobie języku; jak małe dziecięce rączki; jak malutkie, niemowlęce palce o mikroskopijnych paznokciach zaciskające się na dużym palcu dorosłego człowieka; jak dwie huśtawki zajęte przez dwóch przyjaciół, bujające się wysoko, równo, bezpiecznie; jak śmiech mamy; jak tysiące prezentów; jak serce owinięte w złotą wstążeczkę; jak wszystkie słodkości świata; jak świeże mleko, jak złoty miód, jak chrupiące wafelki; jak ręce wyciągane ku słońcu; jak ręce rozłożone w kształt litery „V”; jak zamknięcie oczu w towarzystwie błogiej przyjemności; jak delikatne pocałunki w szyję; jak lekki dotyk ust stykających się z policzkiem; jak iskry sypiące się z gwiazd; jak uśmiech księżyca i jak śmiech słońca; jak ptak szybujący ponad wszystkim; jak skrzypiący most prowadzący do upragnionego celu; jak ciężka, górska wędrówka zakończona zdobyciem szczytu; jak przemierzenie ciemnej doliny, by na jej końcu znaleźć się w małym, ciepłym domku; jak leśne owoce zbierane ustami z dłoni; jak patrzenie na niebo, wchodzenie na drzewo, leżenie na trawie; jak łzy wzruszenia spływające powoli i bezwstydnie; jak biały puch, białe pióra, mleczna mgła; jak czekolada; jak piękna róża, dostojny tulipan, nieśmiały fiołek; jak wszystkie kolory tęczy, jak czerń i jak biel; jak zestaw cudnej porcelany wypróbowany pierwszy raz; jak spontaniczny pocałunek; jak pełen wyrazistości, pełen miłości, bezinteresowny gest; jak pomoc potrzebującemu; jak dobry uczynek; jak podanie dłoni; jak zaciśnięcie jej na czyjejś innej dłoni; jak skrzynka na trzy kluczyki ze wspaniałym, cennym skarbem. Jak… Jak wszystko, co niezwykłe, piękne i czyste. Słowa porównań cisną się na usta same, wylewają się szybkim tempem, mogłyby dalej następować i długo się nie kończyć…

W środku, we wnętrzu – tak było gorąco, a oddechy były takie ciepłe, jakby ciało miało za chwilę zacząć parować pozytywną energią, która wplotłaby się w okoliczne powietrze. Czarownica zerwała się z łóżka, baldachim zamrugał niepewnie, wyrwany ze snu jej gwałtownym ruchem. Pobiegła w stronę okna i otworzyła je szybko, po czym wspięła się na parapet, usiadła na nim wygodnie, gdy tylko odnalazła komfortową pozycję, po czym odetchnęła głęboko zimnym powietrzem nocy, jakby na podsumowanie całego przedsięwzięcia. Księżyc wisiał wysoko i zdawało się przez moment Czarownicy, iż mrugnął do niej przyjaźnie, a takie wyobrażenie miało szansę naprawdę się urzeczywistnić, gdyż nic nie stało na przeszkodzie, a radość działała jak magnes.

Nie zauważyła, gdy Baldachim zastygł martwo ponad łóżkiem, stając się z powrotem zwyczajnym baldachimem. Jakieś tchnienie z niego uleciało, by po spokojnym, krótkim locie względnie zmaterializować się tuż za jej plecami. Poczuła znany sobie dreszcz.

– Co się tak cieszysz? – zapytał Podłóżkowy, chichocząc jak parasolka łaskotana kroplami deszczu. – Cieszysz się zupełnie, jakby jakiś motyl rzeczywiście usiadł ci na nosie, patrzysz się na niego, śmiejesz się, nic nie robisz sobie z tego, że masz zeza i wyglądasz zabawnie, tylko po prostu…

– Tylko po prostu się cieszę – mrugnęła z uśmiechem. – Ty wiesz o co chodzi, snujesz się i obserwujesz mnie długi czas, panie Nie-Opuszczę-Jej-Na-Krok… Mój kochany, dobry duszek – dodała, uśmiechając się jeszcze szerzej i podnosząc zaczepnie do góry brwi; wiedziała, że jej towarzysz nie jest przyzwyczajony do takich czułości. – Kto się czubi, ten się lubi – dodała na usprawiedliwienie.

– Z całej tej euforii zaczynasz mówić naprawdę dziwne rzeczy i poczynam czuć się na serio nieswojo – odrzekł rozmówca, a ruch powietrza w okolicy jego krtani (to znaczy tam, gdzie teoretycznie się znajdowała) wskazywał na to, iż nieco nerwowo przełyka ślinę. Było to złudzenie albo Podłóżkowy zmienił zdanie, bo po chwili dopowiedział: – Jakby nie było, cieszę się, że się cieszysz – uśmiechnął się.

– A ja się cieszę, że ty się cieszysz, że ja się cieszę! – roześmiała się Czarownica. – Mmm… Pięknie.

– Zostawię cię teraz samą – rzekł po jakimś czasie Podłóżkowy, kiwając głową, jakby nadawał swojej wypowiedzi jeszcze więcej słuszności, a w zasadzie nie było trzeba.

– Odgadłeś moje myśli. Wrócę do ciebie później, proszę, przygotuj kawę i ciasteczka.

Powietrze zawirowało w miejscu, po czym świsnęło i zniknęło w dziurce od klucza.

Jakiś czas jeszcze wpatrywała się Czarownica w mrugające gwiazdy, a potem bezszelestnie zeskoczyła z parapetu i skierowała w stronę wysokiego, sypialnianego zwierciadła, piętrzącego się dumnie w kącie pomieszczenia, niby niepozornie.

Zaczęła rysować po nim palcem okrągłe kształty małych i dużych serc. Po jakimś czasie zabrakło miejsca.

– Widzisz, moja droga, po co mi te ramy? Ograniczają mnie jedynie.

– Znam to uczucie… Trzeba by było je zlikwidować, prawda? Chcesz, żebym narysowała na tobie jeszcze więcej serduszek?

– Nie bardziej niż ty.

– Nie chciałabym cię ograniczać, ani tym samym – ograniczać siebie. Czas niech płynie, kwiat niech się rozwija, na wszystko, na wszystko przyjdzie swój czas…

Czarownicowy szept sprawił, że ramy rozpłynęły się w okolicznej złocistej parze, wytworzonej przez gorące oddechy, która od tej pory skutecznie przykrywała granice lustra, na tyle, iż nie można było dostrzec, czy jego krawędzie w ogóle istnieją. Zwierciadło było od tej pory jak nieskończona przestrzeń, skoncentrowana najwyraźniej jedynie w swym kryształowym centrum. Czarownica dorysowała jeszcze więcej niewidzialnych serc. Po chwili lustro zaparowało na tyle mocno, by wszystkie serca ukazały się w całej swej sercowej okazałości.

– Podobnie dzieje się w twoim wnętrzu, prawda? Ktoś je ogrzewa i coraz więcej malutkich serc uwidacznia się i zarysowuje swój kształt. Dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto w tak wspaniały sposób cię przytula, czyż nie? Nieświadomie i bez dotyku, a jednak w tak znaczący sposób. Niech tak będzie, niech rysują się serca, a ty, dziewczynko, patrz na nie jak na drogowskazy. Czas niech płynie, niech po prostu płynie – nie pozwól, by to od jego ram zależało Jego i twoje szczęście. Daj kwiatu rosnąć i dojrzeć w pełnym słońcu, zanim zapadnie noc.

Czarownica w międzyczasie zdążyła przysiąść na podłodze i teraz wpatrywała się w zwierciadło z przechyloną głową. Po długim czasie rozmyślań i przyznaniu mu racji rzekła z szerokim uśmiechem:

– Krystalizujesz moje myśli.

Cisza.

– Jestem przecież zwierciadłem twojej duszy.

152. Kraina Traw

      Wyobraźnia nie ma końca. Niebo jest dziś fioletowe i czuję to całym swoim ciałem, sercem i wszystkie moje myśli sfioletowały też.

      Jesteś taką małą dziewczynką, która ma rodziców, ale nie ma rodziców. Wolisz patrzeć gdzieś w górę, wypatrywać dwóch smug na niebie, samolotów obok siebie lecących. Wolisz kierować wzrok ku niebu i szukać na nim ciekawych kombinacji, dziwnych zbiegów okoliczności i niestandardowych sytuacji. Czasem wielka, ołowiana, ciemna chmura kontrastuje z niewinnym błękitem, czasem spod tej chmury rysuje się błyszcząca, biała linia dymu, którą zostawia za sobą samolot. Pomyśl sobie, że w tym samolocie podróżują ludzie, siedzą w podwójnych siedzeniach, śmieją się, rozmawiają, wymieniają spojrzeniami, zamawiają sok pomarańczowy, a ty jesteś tu, na dole, oddalasz się od nich coraz bardziej, aż w końcu znikają ci z oczu i niebo z powrotem jest w tym miejscu puste, jakby nic się nie stało.

Zbocza wzgórza są wypełnione szafami i półkami na książki…

151. Zawsze i na zawsze

Długie świece, jedne całkiem proste, inne poskręcane, paliły się wysokimi, nieporuszającymi się prawie wcale płomieniami. W powietrzu unosiła się woń różanych płatków, była wszędzie – na podłodze z białego alabastru, na wielkich srebrno-białych kaflach na ścianie, na kredowym suficie. Powietrze kilka razy niemal zachłysnęło się samym sobą.

Narożnikową wannę, również otoczoną świecami, wypełniała woda zmieszana ze wspomnianymi płatkami. Płatków było nieporównywalnie więcej. Nie były jednoznacznie czerwone, ani też jednoznacznie różowe – te dwa kolory mieszały się w piękny sposób na każdym z nich, tworząc każdy płatek unikatowym. Część z nich unosiła się na powierzchni wody, reszta falowała poziom niżej.

Kobieta opierała się o róg wanny w kącie ściany, oddychała spokojnie z zamkniętymi oczami. Fale, poruszając się bardzo powoli i w sposób niemal samodzielnie wyważony, rysowały na jej dekolcie różane kształty. Jedna z wyprostowanych rąk, opartych o krawędź wanny, gładziła jej powierzchnię palcem wskazującym, całkiem nieświadomie…

Po długich minutach relaksacji, kobieta przemówiła:

– Poproszę szlafrok.

Ten podpłynął do niej z gracją, zatrzymując się w miejscu i układając tak, że był gotowy do założenia. Kobieta wstała powoli, ostatnie płatki żegnały się z jej ciałem, przylegając do niego rozpaczliwie, ale zaraz potem wpadając do wody. Usiadła na krawędzi, podniosła nogi i obróciła się tak, by jej stopy mogły spocząć na miękkim, białym dywaniku. Wysokie lustro migoczące w oddali odbijało jej sylwetkę, lecz wtem niespodziewanie zaparowało, najwyraźniej od nadmiaru wrażeń. Kobieta pochyliła się raz jeszcze w stronę wanny, by użyć stojącego na niej balsamu. Nacisnęła srebrny dozownik białej butelki i nałożyła sobie maść na obie dłonie, by po chwili rozprowadzić ją po całym ciele. Gdy już to zrobiła, zatopiła dłonie w wodzie z płatkami, by obmyć je od reszty balsamu. Wytarła dłonie o śnieżnobiały ręcznik, a następnie odwróciła się od nadal wiszącego w powietrzu, cierpliwego szlafroku, by móc włożyć w niego najpierw jedną rękę, potem drugą, a następnie całkowicie się nim otulić.

Podeszła do lustra i w jednej chwili rozpuściła jeszcze przed momentem spięte włosy. Niewielkie fale, które powstały na nich pod wpływem wilgoci, opadły na ramiona, odbijając się od nich lekko. Odbicie kobiety mrugnęło do niej. Ta uśmiechnęła się lekko, po czym opuściła srebrzysto-białe wnętrze łazienki, a gdy zatrzasnęły się za nią drzwi – w środku wszystko znów zaczęło wyglądać tak, jak przed jej wizytą.

Kobieta pokonywała ostatnie spiralne schody w wiadomym sobie celu – zmierzała na werandę, by móc zmierzyć temperaturę panującą na dworze – tylko tam było to możliwe, bo w werandzie zawsze było tak, jak aktualnie na zewnątrz. I rzeczywiście – przez zielone liście wszędobylskich roślin przebijały promienie słoneczne zimowego słońca, jakby bardzo starającego się przywołać już wiosnę. Było niezwykle ciepło. Kobieta uśmiechnęła się do siebie. Udało się.

Skierowała się do wyjścia i już po chwili biegła w srebrzystobiałej sukni przez zieloną łąkę ozdobioną tysiącami malutkich, białych kwiatów. Słońce wznoszące się na cudownie niebieskim niebie stanowiło swojego rodzaju drogowskaz, górowało tuż nad jej spojrzeniem, ale pięknym, niepoznanym sposobem – nie oślepiało jej ani trochę. Nie istniało nic, tylko zieleń trawy, biel kwiatów, błękit nieba i złoto słońca. Za biegnącą kobietą falowały białe tkaniny, mieszając się ze słonecznymi promieniami i zapachem róż wydzielającym się z jej ciała.

Krajobraz nie zmieniał się przez długi czas, dopiero potem dało się zauważyć, że słońce coraz bardziej skłania się ku horyzontowi. Vai biegła coraz wolniej, coraz wolniej, zmieniając tempo wraz z opadającym słońcem, aż w końcu zaczęła iść spokojnym krokiem, oddychając głęboko, uśmiechając się do długich źdźbeł, o które zahaczała palcami.

Zachodzące słońce zaczynało nad jej głową kolorować niebo na wszelkie barwy rozpięte między czerwienią a błękitem; wkradły się stalowe szaroście, perłowe biele, matowe fiolety, wszystko to było przeplatane lśniącym złotem, rozmytym pomarańczem, rozmazaną czerwienią, bladym różem… A kolorowy cień nieba padł na ciemniejącą zieleń trawy.

W oddali zamajaczyła linia lasu. Tutaj jesteś… Czarownica ucieszyła się, że to już, że to już, obróciła się w miejscu ze wzrokiem skierowanym w górę, po czym pobiegła na Polanę.

Niebo w tym czasie przybrało barwę fioletu, najrozmaitszych jego odcieni, zupełnie jakby ktoś je namalował, raz dodając więcej wody, raz mniej.

Zwróciła się w stronę centrum Polany, pokonując dzielnie wysokie trawy, trzymając w dłoniach rąbki swej sukni. Gdy się w nim znalazła, spoczęła w miejscu. Jakiś czas nic się nie działo, w związku z czym nawiedziło ją lekkie zwątpienie, które opadło na jej wyczekujące, szeroko otwarte oczy. Wtem stało się. Ze stron lasu poczęły wypływać malutkie płateczki wrzosu, formując pierścień. Wirowały wokół własnej osi, a owy pierścień, który tworzyły, przybliżał się coraz bardziej do czarownicowej sylwetki. Zagęszczał się z każdą sekundą, był coraz bliżej, aż w końcu dotknął bieli jej sukni.

Vai zadrżała. Malutkie płatki gładziły nawet jej twarz, powodując uczucie nie do opisania.

Nie mogła się powstrzymać żadną siłą od zamknięcia oczu, a błogi uśmiech rozlał się na jej twarzy całkowicie sam z siebie. Nie panowała nad własnym upadkiem, który również odbył się bez udziału jej świadomości. Upadła na coś puszyście miękkiego, ale nie wiedziała, co to jest, nawet się nad tym nie zastanawiała. Połączenie tysiąca zapachów odurzyło ją doszczętnie. Nagle zrobiło się całkiem biało.

Otworzyła oczy z szerokim uśmiechem. Mrużyła je jakiś czas, górne rzęsy dotykały dolnych, dopiero po chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, mogła swobodnie spojrzeć przed siebie. A była tam tylko biel, biel i nic więcej, i nic mniej.

– Tak to właśnie wygląda – rozległ się uspokajający, kobiecy szept. – Już na zawsze będziesz mnie mieć w swoim sercu. Obiecuję. Ty mnie po prostu chroń, pielęgnuj, rozwijaj. Nigdy we mnie nie zwątp. Bo ja zawsze będę.

Vai długo bez słowa wpatrywała się w przestrzeń. Jedną dłonią kurczowo trzymała się własnej sukni. Zdziwiła się, gdy po długim czasie, kiedy nic się nie działo, coś nagle najwyraźniej znalazło się w jej ręce, próbując rozpaczliwie się z niej uwolnić. Otworzyła dłoń i ujrzała malutkie, fioletowe płatki. Zadrżały, jakby przestraszone niespodziewaną jasnością. Nagle wystrzeliły w górę, tworząc wirujący strumień. Było ich coraz więcej, strumień wydłużał się, mając swe źródło w czarownicowej dłoni. Zaczął oplatać sylwetkę Vai spokojnymi, powolnymi spiralami.

Te same uczucie zawładnęło jej ciałem, zamknęło oczy i pozbawiło myślenia.

Gdy kolejny raz uzyskała własną świadomość na tyle, by móc je otworzyć, zauważyła, że znajduje się na znajomym trawniku, przed kwiecistą werandą. Na niebie wisiał księżyc, doskonale oświetlając otoczenie. Słychać było tylko przytłumione szepty kamieni, oblewanych wodą okolicznego strumyka.

Czuła wyraźnie, że coś kwitnie w jej wnętrzu. Serce niemal ją bolało, tak bardzo mogła wyczuć jego obecność. Coś w nim krzepło całą swą siłą.

Nigdy we mnie nie zwątp. Bo ja zawsze będę.

– Bądź, o Wolności… Nie daj się żadnym łańcuchom i sama łańcuchów na nikogo nie nakładaj. One sprawiają ból, a co gorsza – zostawiają rany, gdy już opadną, a smutne blizny przypominają o ich dawnej obecności. Przytulaj. Bądź delikatna… Po prostu nie myśl nigdy o czymś czy o kimś, że mogłoby być twoje.