150. W zapomnienie

Wnętrze groty było ciemne i nie bardzo można było wyznaczyć jej granice. Wznosiła się z pewnością wysoko, a jej sklepienie ginęło w mrokach, tak samo jak niektóre części ścian. Wszystkie te tajemnicze, ciemne wgłębienia wcale nie zachęcały do zbadania, co w nich jest – może nawet były wejściem w jakieś ścieżki, ale bez wiedzy, dokąd prowadzą, strach było owe drogi odkrywać. Jedynym źródłem światła w skalnym wnętrzu był blask wielkiego, fioletowego ametystu o nieregularnym kształcie. Wystawał ponad srebrną taflę sporej sadzawki, która rozlała się na środku i stanowił jej centrum.

Niestety dawał niepokojąco mało światła. Trzeba było pokonać wodę, by znaleźć się we względnym oświetleniu – im dalej od ametystu, tym było ciemniej. Do brzegów sadzawki nie docierał wystarczający blask. Majaczyły w drżących drobinach światła, raz się pojawiając, raz znikając, raz jakby rozpływając się w ciężkim powietrzu.

Zakapturzona postać siedziała przy jednym z łuków niemal idealnie okrągłej sadzawki. Topiła się w ciemności, jedynie końce jej stóp raz po raz doznawały zaszczytu opadnięcia na nie biało-fioletowych drobinek światła. Patrzyła na leniwą wodę, raz sunącą w jej stronę, raz wykonującą odwrót… Wątpliwości i niezdecydowanie potęgowały się wraz z nadejściem każdej fali.

Postać próbowała uwolnić się od bezsensownych myśli – bezsensownych z tego względu, że pojawiały się, ale nie wiadomo po co, bo przecież fakty, które oplatały, dawno umarły. Przykro to stwierdzić, lecz niestety doszło do tego, że piękne myśli zastąpiły te strumienie, które umysł najzwyczajniej zaśmiecały. Oto do czego doprowadza człowiek. Oto z jaką łatwością komplikuje sobie swoje biedne, jedyne życie.

Oczy, do pewnego momentu obserwujące beznamiętnie leniwe fale, nagle napełniły się maleńkimi łzami. Zaczęły pytać całą swą bezgłośną zewnętrznością o to, dlaczego tak musiało być – dlaczego człowiek wybiera gorsze drogi – dlaczego w wyniku własnego postępowania zagraca sobie sumienie – dlaczego odrzuca kogoś, kto zrobiłby dla niego wszystko…

Popełniamy błędy, ale nie zostaliśmy stworzeni tylko po to, by je robić. Umysł i doświadczenie, świadomość i poświęcenie – to skrzynie bez dna, które też należą do nas, które jesteśmy w stanie zapełniać. Jesteśmy w stanie naprawiać swoje błędy. Musimy to robić.

Na twarzy Czarownicy pojawił się wyraz zaskoczenia własną myślą, która być może przypłynęła wraz z jedną z fal ze strony cudownego ametystu. Brwi rozluźniły się, a na ustach zagościł drżący uśmiech, który zdołał nawet osuszyć niegdysiejsze łezki. Zdjęła kaptur i wtem zadrżała, gdy dosłownie usłyszała swoją myśl – która w rezultacie rzeczywiście okazała się ametystowym szeptem.

– Popatrz przed siebie. Myśl o przyszłości. Jesteś tą stroną, która nadal ma szansę zrealizować swoje zamiary – te plany dotąd niepoczynione, bo nie dano ci na to szansy. Pamiętasz, jak gwałtownie zgnieciono kartę twoich uczuć w kulkę papieru i jak potem ją wyrzucono?

Ametyst w rytm wypowiadanych słów lśnił raz słabiej, raz mocniej.

– Pamiętam – potwierdziła rozmówczyni. Niestety trudno zapomnieć.

– Oczywiście, że trudno zapomnieć.

Czarownica zamrugała – Ametyst najwyraźniej usłyszał jej myśli. Po chwili przyjęła to na porządek dzienny, cudowność Ametystu najwyraźniej nie miała granic.

– Wiem, że rozmyślania już doprowadziły cię do zbawiennego końca, więc ja powtórzę tylko, by nadać twoim myślom ostateczny kształt, że wciąż masz szansę naprawić to, co wcześniej zostało ci uniemożliwione. Wrzucono cię do ciemnej, głębokiej studni. Człowiek, który cię tam wrzucił, nie może nic zrobić, jako że jest jedynie straszną przyczyną złego, które po prostu się stało i nie ma od niego odwrotu. Tym zajmie się jego sumienie, o ile w ogóle będzie do tego zdolne. Ty nie snujesz się po zamglonym krajobrazie, nie wdychasz szarego powietrza. Ty masz szansę wyjść z tej strasznej studni, zaczerpnąć świeżego powietrza, wyjść z niej na spotkanie ciepłemu, czystemu krajobrazowi – i zrealizować swoje zamierzenia. Możesz to zrobić, i zrobisz to. Zupełnie gdzie indziej, za tysiącami gór, lasów i rzek.

Ametyst przestał migotać, w jednej chwili zabłysnął stanowczym, silnym blaskiem, ozdabiając srebrną taflę sadzawki piękną poświatą.

– Tak właśnie myślę – powiedziała powoli Czarownica. – Nie widzę lepszego rozwiązania…

Fale znacznie uspokoiły się. Wszystko jakby ustało w miejscu – Ametyst oświetlał powierzchnię wody zdecydowanym blaskiem, a owa powierzchnia w ogóle nie drżała, ani nie przesuwała się w żadną stronę – zastygła w dostojnym, wymownym milczeniu.

– Refleksje zamykają się w prostym zdaniu, prawda, moja droga? Wiesz, jak ono brzmi.

Czarownica patrzyła na Ametyst z głębokim uznaniem, a raczej po prostu z wielkim podziękowaniem za to, że udało mu się zebrać jej myśli, ,,nadać im ostateczny kształt”, oczyścić je i zregenerować. Nie potrafiła powiedzieć ,,dziękuję”, bo byłoby to stanowczo za mało. Wierzyła skrycie, że Ametyst wie, jak bardzo jest mu wdzięczna i jak bardzo chce przemilczeć kwestię, której przecież nie wyrażą żadne słowa. Ametyst, cóż, w całej swej wszechmocy po prostu musiał to wiedzieć.

Czarownicę niemal przerosła cała ta sytuacja. Przeniosła wzrok na nieruchomy brzeg, patrząc na nie wzrokiem jakiegoś naukowca, który jest jednocześnie niesamowicie zadziwiony i uradowany swoim wynalazkiem. Wzięła głęboki oddech…

– Lepiej być krzywdzonym…

Przerwała na chwilę, by poprawić swoje myśli tak, jak wyrównuje się grzbiety książek ułożonych w minimalnie nierównym rzędzie. Ponownie podniosła wzrok i dokończyła zwrócona do Ametystu:

– …niż krzywdzącym.

Wnętrze groty zaczęło wirować, najpierw powoli, potem coraz szybciej, aż w końcu w jednej chwili zapanowała całkowita ciemność.

Czarownica otworzyła oczy. Obudziła się w starej, znajomej ciemności przepastnej studni, co poznała po nudnym rytmie spadających kropel. Drgnęła, gdy coś dotknęło jej ramienia – była przyzwyczajona do absolutnej samotności, nie było tu nawet miejsca na pająki. Wielkie nic. Nie potrafiła rozpoznać przyczyny – było za ciemno, za czarno. Po omacku zwróciła się w stronę źródła dotyku, aż w końcu dotknęła kamiennej ściany. Rozczarowana odwróciła się do niej plecami, po czym gwałtownie się o nią oparła, jakby chciała ją ukarać za robienie głupich żartów. Coś wpiło jej się w plecy.

Odskoczyła od ściany i jeszcze raz przesunęła po niej dłonie. Nie miała już żadnych wątpliwości.

To była lina.

Reklamy

149. Zwyczajnie

Jak widać, nastąpiła zmiana kolorów na mój ukochany fiolet. W świecie dzisiejszej mody ubraniowej (ech…) można zaobserwować, iż owy kolor stał się po prostu… MODNY. To straszne, że wielu nosi go tylko dlatego (a może i nawet musi wmawiać sobie, że ,,ten fiolet wcale nie jest taki zły”), bo jest po prostu pożądany… Żywię nadzieję, że jeśli ktokolwiek lubi fiolet – to znaczy on dla niego więcej niż wełniany szalik.


Przeszłość jest zbyt bolesna, by umieć wyjść jej naprzeciw i stawić czoła. Stanowi za bardzo poszarpaną sferę myśli, by chcieć w nią wkraczać drugi raz. Funkcjonuje w świadomości jako strasznie nieudany krok postawiony na ścieżce życia, zakończony upadkiem. Jego okoliczności źle się kojarzą, trudno zacząć chcieć się do nich uśmiechać, nawet ,,mimo wszystko”.

To strasznie ciężka sytuacja, sytuacja bez żadnego dobrego wyjścia, z samymi złymi. Nic nie może jej pomóc, nic nie może jej uprościć. A nadal żywię przekonanie, że można było tego uniknąć, gdyby tylko druga strona wykazała się współczuciem, zrozumieniem. Gdyby tylko chciała zwyciężać, a nie chodzić na skróty. Gdyby tylko interesował ją drugi człowiek, a nie jedynie swoje ego i to, czy czuje się ono dobrze.

Chciałoby się po prostu leżeć na leśnej polanie pośród letniego powietrza, cieszyć się z czystego nieba i patrzeć na gwiazdy; wyobrażać sobie, że każda z nich się uśmiecha. Nie odwzajemnisz uśmiechu miliona gwiazd? Oczywiście, że to zrobisz.

Co by było, gdyby jedna z gwiazdek odkleiła się od firnamentu i zaczęła spadać, spadać, przybliżając się do ciebie, stając się coraz większą i wyraźniejszą? W końcu upadłaby tuż obok twojego prawego łokcia. Leżelibyście dalej, razem.

Życie oczywiście nie jest tak bajkowe, lekkie i proste. Gwiazdki nie spadają z nieba, nie wyglądają nawet tak ładnie jak są przedstawiane w książkach, w rzeczywistości są wielkie, brzydkie, o nierównej powierzchni, gwałtowne, chemiczne, wybuchające. Gwiazda niestety nie ma szansy spaść z nieba, tym bardziej lądując subtelnie tuż obok ciebie. Prędzej wgniotłaby cię w ziemię.

Chciałabym wrócić do dawnych chwil z tymi przekonaniami, które mam w głowie teraz, z tą wiedzą, z tym doświadczeniem. Wtedy zadziałoby się inaczej, lepiej. Zdaje się, iż moją domeną jest snucie wizji niemożliwych do realizacji. Ostatnio nawet uderzyła mnie dosłowność pewnej myśli, która pojawiła się w mojej głowie – zadałam sobie pytanie: dlaczego żyję wyobraźnią, a nie rzeczywistością? Szybko dałam sobie odpowiedź: bo od owej rzeczywistości po prostu uciekam. Jest zbyt trudna i skomplikowana, a imaginacja stanowi dla niej świetną przeciwwagę, cudowną alternatywę, jest lekiem na płynące życie; życie, którego nikt i nic nie zatrzyma.

Niemal najważniejszym pytaniem, które zadaje sobie człowiek jest to o sens owego życia, o jego cel. Po co się urodziłem? By umrzeć, jak wszyscy? Czy życie tylko po prostu ,,grozi śmiercią”? Trywialne przemyślenia, prawda? Okropnie zwyczajne, strasznie typowe – ale jednak niesamowicie ważne. I właśnie w tym punkcie uświadamiam sobie, że nie jest źle do końca. Nie należę do ludzi, którzy są przekonani o bezsensowności swojego istnienia (ani też do tych, którzy się w ogóle nad tym nie zastanawiają, rzecz oczywista). Myślałam o tym bardzo dużo (i myślę nadal) – i nietrudno było znaleźć odpowiedź.

Każdy człowiek, przychodząc na świat, otrzymuje na start cudowną nagrodę – swoje człowieczeństwo, swą istotę, niepowtarzalny zestaw dusza+ciało. Postrzegam to jako otrzymanie SZANSY – szansy na to, by przeżyć swoje życie tak, by być z niego zadowolonym na samym końcu, tj. wtedy, gdy będziemy starzy, kiedy będziemy czuć, że zbliżamy się do kresu swych dni. Trzeba się postarać o to, by na końcu nie mieć do siebie żalu o niezałatwione sprawy, niespełnione plany, niewypowiedziane słowa, niewybaczone winy. Trzeba żyć i postępować tak, aby ten żal się nie pojawił. Popełniać błędy, ale naprawiać je w odpowiednim czasie, z uwagą na innych, bo nie jesteś sam i nie jesteś dla siebie.

Pytam więc: czy wiesz po co żyjesz? Czy wiesz na co otrzymałeś szansę? Czy dążysz do spełnienia swych zamiarów? Czy już wiesz, jak skonstruować skrzydła? A może już je budujesz? Przecież wiesz, że będą ci potrzebne, by wznieść się w niebo. Będą potrzebne, byś latał.

Pamiętaj, że nie może być za późno.

148. Trochę od zewnątrz

Słowa te piszę ja – Karolajn. 

Kiedy Twoja osobowość zderza się z osobowością innego człowieka dostajesz szereg różnobarwnych losów na loterię. Możesz zagrać i wygrać coś absolutnie kiczowatego, typu jojo na rozwalającej się gumce; możesz spudłować i odejść z kwitkiem, a możesz po prostu zrozumieć, że samo otrzymanie losu jest już jakimś szczęściem, tudzież przeznaczeniem.

Chcę przez to powiedzieć, że sami decydujemy o tym, co połączy nas z innymi ludźmi – czy będą dla nas jedynie  ś r o d k i e m  do osiągnięcia czegoś (w rzeczywistości nie jest to owo nieszczęsne jojo. Chociaż?), twarzą, którą mijamy bez zastanowienia rzucając oklepane ,,cześć”, czy bratnimi duszami, znajdującymi się poza jakimikolwiek durnymi schematami. Relacje międzyludzkie polegają na słuchaniu, nie oszukujmy się. Zburzyć Wieży Babel nie może egoista wsłuchany tylko w rytm własnego serca – nie dokona tego człowiek, który szczerząc głupie miny z przyjaciółmi przed lustrem widzi tylko swoje odbicie. Dążę do tego, że tak naprawdę ciężko jest znaleźć ludzi prawdziwych – takich, którzy nie traktują innych z jakąś celowością tylko sobie znaną.

Nie będę tu tworzyć skomplikowanych analogii, nie podziękuję za wspólne malowanie paznokci, czego nigdy nie robimy, ani za plotkowanie o czyichkolwiek ciuchach, czego nie czynimy również. Za prawdziwą i bezinteresowną przyjaźń, która jest bodajże jedną z najważniejszych dla mnie rzeczy….

Dziękuję, Vai!