146. Konkluzja

Tworzę głupie początki, zwiedzam duszy swej zakątki, tak to bywa właśnie w piątki.

Wcale nie chcę tak dużo wiedzieć, wcale nie chcę być mądra, nie podoba mi się wcale szybkie kojarzenie, wcale nie chcę tak dużo rozumieć, a przede wszystkim – tak dużo doświadczać, bo nie chcę rozmyślać nad tym, co było, mogłaby istnieć tylko teraźniejszość i nic poza nią.

Życie to nie jest bajka. Czemu akurat my? Czemu akurat my – istniejemy, żyjemy i oddychamy? Skąd to wszystko? Jak to powstało? Jaka była droga stamtąd do teraz? Nikt nie wie. Szczerze mówiąc, zjem sobie tego cukierka.

Zaczynam obojętnieć na wszystko wokół. Nieprawda, nie obojętnieję. Próbuję sobie wmówić, że jest mi wszystko obojętne, ale tak nie jest. Mogę powtarzać setki razy, że na niczym mi nie zależy, a są i będą ludzie oraz sprawy, na których będzie mi zależeć zawsze. Chociaż taka wiara może mnie nigdy do niczego nie zaprowadzić. To jest najgorsze. Jednakże nie można zakładać niczego z góry, trzeba przebyć tę drogę, by o wszystkim przekonać się na jej końcu, by zobaczyć, co tam jest. Gdybym teraz założyła, że nic tam nie ma, to nie szłabym tą ścieżką w ogóle. Gdybym jednak mocno wierzyła, że czeka tam na mnie coś wspaniałego, to biegłabym nadzwyczaj szybko, ale to groziłoby upadkiem. Dlatego po prostu idę spokojnie, nie licząc kroków, czasem patrząc wstecz, a zdecydowanie częściej – kierując wzrok przed siebie. Staram się nie ulegać złudzeniom, może ten blask to wcale nie wchodzące słońce, a pożar niszczący wszystko na swej drodze. Mojej drodze. Naprawdę nie chcę spalać się po raz drugi.

Przemeblowałam sobie swój pokój. W głowie mi się nie mieściło, że można z niego zrobić coś tak ciekawego, tak przytulne i ciepłe miejsce. Przestrzeń zmniejszyła się dzięki innemu układowi mebli, pokój był jednak trochę za duży, a teraz jest w sam raz, nie licząc jednej wolnej sfery, na której mogę tańczyć, skakać, biegać, krzyczeć, śmiać się i wyrywać sobie włosy z głowy. Wszystko nabrało innego wymiaru. Tylko książki, książki tak samo dostojne, patrzą i starzeją się pięknie. Mam stolik obstawiony świeczkami, nazbierało ich się tak dużo, że niedługo zajmą go całego, i nie zmieszczą się zapałki. Stanowisko z komputerem uległo znacznej zmianie. Dokonała się bardzo ważna rewolucja – komputer nie stoi już na biurku. Taki podział bardzo dobrze na mnie wpłynął. Uświadomił mi, że nie zawsze, gdy siadam przed biurkiem, trzeba włączać komputer. To już był taki odruch. Zrozumiałam, że biurko jest miejscem do nauki, pisania lub czytania. Komputer, internet, cała ta strefa uzależniająca, rezyduje sobie na starej maszynie do szycia przerobionej na stolik dzięki umieszczeniu na niej marmurowej płyty. Śmieszne koło ma ta maszyna, mogę sobie nim kręcić. Ładna jest, artystycznie wykończona. Ale najlepszy jest kącik towarzyski, proszę państwa! Składa się na niego fioletowy tapczan, fioletowy fotel dla pani pokoju, stoliczek ze świeczkami i filiżankami oraz wysoka lampa czuwająca nad wszystkim. Zapraszam serdecznie.

Zmiany, zmiany, zmiany… Życie biegnie do przodu, ale mam wrażenie, że trochę je wyprzedzam, patrzę jak będzie dobrze, a dopiero potem je przeżywam. Zaczęłam myśleć, tak na serio myśleć, myśleć o każdym kroku, który podejmuję. ,,Oczywiście, że bolało. Ale potem – zaczęłam MYŚLEĆ.” Dokładnie tak. Odmierzam kroki ostrożnie, nie zamierzam potknąć się po raz kolejny, nie na upadkach życie polega, bo potem tracisz czas na kojenie bólu i powstawanie. Pomyślisz sobie – bluźnię, gadam głupoty, przecież tak doskonale nauczyłam się cierpieć. Ale powiem ci, że liczy się teraz. Nie to, co było, ale to, co się dzieje. Naprawdę do tego dojrzałam. Faktem jest, że dopiero teraz, ale jakie wspaniałe jest to uczucie, mieć w sobie zapał, chęć i nadzieję. I dystansować się, nie obojętnieć, ale patrzeć z boku ze świadomością, że na wszystko przyjdzie swój czas.

I właśnie tak, niedawno wyszłam z ciała, by przyjrzeć się swojemu życiu od innej strony. Oglądałam je bardzo dokładnie, przewracałam w dłoniach, mierzyłam i badałam. Po tym całym przedsięwzięciu przypłynął do mnie jeden jedyny, słuszny wniosek. Stał się moim życiowym mottem. Brzmi patetycznie, aż za bardzo. Ale tak właśnie się stało…

      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…
      Staraj się żyć tak, by nie być tym, który potrzebuje, ale tym, który daje…

Reklamy

145. Z duszy słów spłynięcie

Najgorsze jest to uczucie, kiedy chcesz biec, a nie pozwala ci na to rzeczywistość, tak naprawdę stoisz w miejscu, by potem ostatecznie uznać, że nie ma co próbować. Co wtedy robisz? Każda siła kiedyś się kończy, wszystko ma swój koniec. Zaczynasz się cofać do tyłu, towarzyszy ci uczucie zawodu, rozczarowania, jesteś zniechęcony, obojętny i zepsuty niesprawiedliwością, która cię dotknęła. Tak samo i ja ostatnimi czasy zastanawiam się, po co też jestem, czemu się urodziłam, jaki to ma sens, skoro wszystko kończy się na nadziejach i marzeniach, nie ma miejsca w życiu na ich urzeczywistnienie. Jednocześnie bawi mnie ten paradoks tego, kim się stałam; tego, co się stało i tego, co się dzieje. Rozbawia mnie ten kontrast jakim jestem, a jestem beznadziejnym przypadkiem, który kontrastuje z czyimś śmiesznym, niezasłużonym szczęściem, zdobytym drogą usłaną różami z kolcami, które poraniły mi stopy, przez co upadam, przez co nie chcę iść, bo mnie boli. Tutaj kłania się kolejna sprawa, która jest tak tragiczna, że aż wzbudza we mnie śmiech – wszystko w ramach mojego arcygłupiego humoru, którego głębiej wytłumaczyć nie potrafię. Kiedyś, kiedy bolało mnie rozstanie na tyle, by płakać noc w noc, marzyłam o tym, by uświadomić sobie i przepowiedzieć głupiej głowie, jak bardzo groteskowe jest moje cierpienie, jak przerysowane, bo jej sprawca w żadnym procencie nie zasługuje na dziewczęcy płacz i na oznaki jej wrażliwości. Kiedy w końcu to zrozumiałam, oczywiście w większej mierze za pomocą innych, ich opinii, opowieści i poglądów, w małej części dzięki sobie, to i tak do moich myśli wkradają się ci nieproszeni goście, których nie chcę, których nie chcę, których nie chcę, a którzy i tak wchodzą do mojego umysłu. Wszystko przez obrazy, które mijam, które niezmiennie kojarzą mi się z tym, co złe, chciałabym nie patrzeć, jak mówi polska piosenka – ,,nie chcę widzieć, nie chcę czuć”. Zdaje się, że jedynym wyjściem z tej beznadziejnej sytuacji byłaby amnezja pewnych obszarów mózgu, ale to niestety niemożliwe. Piękno miasta i jego klimat przesłaniają mi głupie obrazy, śmieszne to jest, tak wiele na tym traci moja młodość, moje licealne życie, uśmiecham się niestety rzadziej niż kiedyś, chociaż miewam chwile tak mocnych odreagowań, że śmieszy mnie coś, co raczej nie bawi innych.

Bo czemu, mimo że wiem, iż śmieszna była moja tęsknota za potworem, który ceni sobie bardziej doznania cielesne aniżeli uczucia, bo uczucia myli z instynktami, to i tak sytuacja, której jest sprawcą, tak często pustoszy mój umysł? Wkrada się do niego, zaczynają rosnąć w nim brudne kwiaty pośród szarej mgły, wcale nie chcę tego krajobrazu, a on i tak tam jest. Może jednak tęsknię i nadal coś czuję? Nie! Wielkie NIE. Czasem bywam mądrą dziewczynką i wiem, że byłoby to głupie. Pewnie musiałabym być chora psychicznie, by zagłębiać się w niespełnionej miłości i kochać kogoś, kto zostawił mnie bez skrupułów, bo zaliczył kolejne słowo ,,kocham” i odmaszerował do kolejnej naiwnej. Tak to jest, są ludzie ,,spragnieni doznań”, ceniący sobie różnorodność, zakochujący się szybko i bezmyślnie, nie przywiązujący się na większą skalę. Wierzyłam, że mogę to zmienić, zaryzykowałam, miałam w głowie wszystkie przestrogi, których niestety nie wzięłam pod uwagę, oddałam się naprawianiu świata całkiem naiwnie. Jakaż niemądra była moja wiara w zmianę człowieka, który wcześniej miał sto dziewczyn, zostawiając każdą kolejną w coraz głupszy sposób. Nie można nauczyć kogoś przywiązania, sprawić, by docenił przyzwyczajenie – człowiek, rodząc się wraz z zapisem swojego charakteru, który wykształca się w latach młodzieńczych, pewnie przynosi na świat także i scenariusz własnego życia, który realizuje się wraz z biegiem lat bez niczyjej władzy nad sobą.

Przypomina mi się także moje błogie przeświadczenie o tym, że nic mi nie odbierze mojego ówczesnego szczęścia, oprócz śmierci. Tak jej się wtedy bałam!, że przyjdzie nagle i odbierze mi szansę uszczęśliwiania, dawania uśmiechu, przytulania i całowania. Zdarzyło mi się to raz powiedzieć otwarcie. Towarzyszyła mi przy tym straszna świadomość, że jest tylko jedna rzecz, której nie potrafię sobie wyobrazić i w istocie tak było. Mogłam tworzyć ,,przed oczyma duszy” różnorodne obrazy, ale ten jeden nie mieścił się w mojej głowie. Mianowicie nie mogłam za nic zobaczyć rzeczywistości, w której jestem bez szczęścia. Mówiąc ,,szczęście” mam na myśli i konkretnego człowieka, i to, co było efektem naszego bycia razem. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić! Powiedziałam właśnie tak – że mogłabym wyobrazić sobie wszystko, tylko nie to, że nagle przestajemy być dla siebie. Przenieśmy się teraz gwałtownie do teraźniejszości. Teraz jest czas, kiedy to widzę – co więcej, muszę to odczuwać i znosić. Ludzie prawią dookoła o zaletach optymizmu, a właśnie w optymizmie przejawiała się moja pewność, że będzie już zawsze tak, jak wtedy, że będzie tak ZAWSZE. Powtórzę uniwersalne zdanie, które kiedyś już ułożyłam, a które opisuje w dobry sposób to, co mnie spotkało. Na nieszczęście zdążyłam nabrać pewności, że nie spotka mnie nic złego, a misterna konstrukcja padła w najmniej oczekiwanym momencie. Znowu coś mi się przypomniało, znowu kolejna sprawa wynikła z poprzedniego zdania. Wszystko, co wtedy miałam, stanowiło cały mój świat. To szczęście było całym moim światem. Co stało się później? Stało się coś najgorsze, straciłam świat, swoje miejsce w życiu. Musiałam budować wszystko od nowa, było to ciężkie i wymagało tak wielkich pokładów siły, że był czas, gdy więcej razy upadałam, aniżeli kładłam kolejną cegłę. Skutkowało to sytuacjami, o których wolę nie wspominać.

Widziałam wielki, rozłożysty dąb z zielonymi liśćmi, tańczący z wiatrem i uśmiechający się do powietrza, z czasem dąb runął na ziemię z przyczyn niewyjaśnionych, nagle i niespodziewanie, tak to się skończyło. Widziałam ogromne żaglowce mknące przez ocean, których białe żagle powiewały na wietrze i mieniły się blaskiem ozłacającego je zachodzącego słońca, czułam ich nadzieję na odkrycie nowego lądu i wiarę w to, że wszystko się uda, że szlak wytyczony im na mapie doprowadzi do celu, a potem widziałam gwałtowną burzę, nieokiełznany sztorm, który pochłonął oczerniałe nocą żagle, zatopił twarde drewno i pochłonął setki tętniących serc, których oddech zanikał powoli w okolicznej toni. Byłam roześmianą dziewczynką w białej koszuli nocnej, między której materiały wkradały się promienie słoneczne budzącego się poranka, śmiałam się i tańczyłam ze słońcem świtu, ale teraz już nie tańczę, księżyc nie chce tańczyć. Zaplątałam się w czarnej tkaninie, którą zrzucił na mnie ktoś z góry.

Do czego zmierzałam, pisząc o tej jedynej rzeczywistości, której nie mogłam sobie niegdyś wyobrazić? Tak, już wiem, przechodzę do rzeczy. Porównując tamten czas z teraźniejszością, wnioskuję, że obecnie nie mogę sobie wyobrazić innej rzeczy, tamtej oczywiście wyobrażać sobie już nie muszę. Nie mogę pojąć jednego – jak może się czuć taka istota bez skrupułów. Nie próbuję tego sobie wyobrazić po coś, nie mam w tym żadnego celu, po prostu z niewyjaśnionych powodów rodzi się we mnie pytanie, jak taki ktoś, kto jest sprawcą wielu nieszczęść, tego mojego i kilku innych, który w zasadzie wie zaledwie o 10% konsekwencji swojego czynu, który powtarza kolejny raz swoje nic nie warte słowo ,,kocham”, kto wkłada swoją rękę pod czyjąś inną bieliznę, może tak po prostu imaginować w swoim umyśle kolejne wielkie uczucie, które raczej jest efektem instynktu, niż szczerych emocji (może posuwam się za daleko, ale to tylko mój punkt widzenia, bo takie wnioski we mnie się wykształciły po długich przemyśleniach, których nie chciałam, a które powstawały w mojej głowie w efekcie beznadziei, która mnie pochłaniała), a przede wszystkim nie wiedzieć, bo umył ręce, odwrócił się od odpowiedzialności i uroczyście zerwał wszelki kontakt, niepojęte jak można zrobić to tak nagle, nie wiedzieć o tym, jak bardzo wpłynął na czyjeś życie. Życie powinni kształtować ludzie lepsi! W każdym razie nie tacy! Nie chciałam koncentrować się na tej sytuacji, ale musiałam znowu ją poruszyć, bo to ona jest powodem TEGO WSZYSTKIEGO. Bo widzę dobrego człowieka, wyrozumiałego i ludzkiego, przede wszystkim odważnego, który podejmuje zadanie, przezwycięża swoje żądze i trwa w tym, co tworzył tak długo, co oswoił i za co czuje się odpowiedzialny. Bo tak bezsensowne odejście było zwykłym tchórzostwem, ponad wszystko – pójściem na łatwiznę. Nie będę się nad tym dłużej rozwodzić, bo nie to było moim celem. Napisałam to wszystko, ale znowu wydaje mi się to jedynie śmieszne, i nic więcej. Napisałam, jak mogłoby być, ale przecież było to niemożliwe ze względu na jego obszarpany, chory charakter. Wszelkie „byłoby cudownie, gdyby” są po prostu śmieszne, bo tak kontrastują z tym, co w gruncie rzeczy się stało, o czym przekonałam się tak późno, trwając wcześniej w przeświadczeniu, jaki to on jest wspaniały.

Dzień dobry, kolejna myśl zapukała do drzwi mojego umysłu. Pragnie się wyrazić tu i teraz. Przez wyżej opisaną sytuację wykształciło się we mnie przekonanie, że nic nie jest pewne. Mogę wzbudzić tym czyjś chichot, zrozumiem, bo przecież nie odkryłam Ameryki tym osądem. Jednakże wcześniej o tym nie wiedziałam. Jak wspomniałam wyżej, uznałam swoje szczęście za pewne i wierzyłam, że będzie trwało wiecznie. Teraz już wiem, że słowa, obojętnie jak pięknie brzmią, jak bardzo wydają się stanowcze i niezachwiane, nie mają żadnego znaczenia. Mogą być podparte cudnymi gestami, tysiącem zapewnień wyrażanych w spojrzeniu – bo przecież oczy są zwierciadłem duszy, tylko że i dusza się zmienia, a wiara nie jest efektem nakreślonej, pewnej przyszłości, inaczej przecież nie byłaby wiarą. Oczy mogą udowadniać, że jest pięknie, ale wszystko, wszystko może ulec zmianie. Nie chcę już słyszeć żadnego ,,na zawsze”, bo nie chcę też wybiegać w przyszłość, widząc ją przez różowe okulary, bo w każdej chwili może przyjść moment, gdy ktoś mnie oślepi i zacznę błądzić. Nie chcę też słyszeć już żadnego ,,jesteś moim sensem życia”, ,,zawsze byłaś, jesteś i będziesz” czy ,,ty i tylko ty” – miło było to usłyszeć, ale te słowa już nigdy nie zrobią na mnie takiego wrażenia. Trzeba koncentrować się na tym, co jest, a nie na tym, co będzie. Po stokroć wolę powiedzieć Ci, jak ładnie się teraz uśmiechasz czy jak cudowna jest Twoja bliskość, pochwalić Cię za to, co zrobiłeś przed chwilą, niż usłyszeć, że będziemy ze sobą zawsze. Piękne jest wyobrażanie sobie wspólnego starzenia się, wspierania w tych ciężkich chwilach, ale i tego chyba lepiej jest nie robić…

To niepokojące, ale mam wrażenie, że ten stan, w którym aktualnie się znajduję, efekt wszystkiego tego, o czym się rozpisuję, to depresja. Nigdy nie miałam takich podejrzeń w stosunku do siebie, nigdy nie wydawało mi się, że takie odrętwienie może mieć przyczynę psychiczną i może być przypadłością, z którą trzeba walczyć. Być może przesadzam, być może wcale nie jest tak źle, nie wiem do końca; są sprawy, których za nic nie potrafię omówić. Wszystko jest takie sprzeczne, kłóci się ze sobą, wrzeszczy na siebie i szarpie się wzajemnie…

Mówi się, że to człowiek decyduje o swoim życiu. Byłoby cudownie, gdyby w pełni tak było. Jestem zdania, że to w większości życie decyduje o człowieku, dowodzi nim i kieruje. Niewiele można zrobić. Można oczywiście tworzyć coś w swoim małym światku, czerpać satysfakcję z własnej twórczości, być dla czegoś i dla kogoś, ale jeśli stanie się coś złego, to po prostu – tak się stanie, tak musi być. Życie to parabola; stanowi linię, wzdłuż której najpierw wspinasz się pod górę, by osiągnąć szczyt swego człowieczeństwa i efektów własnego postępowania, by potem fizycznie opadać, tracić siły witalne i zdolność regeneracji. Mniemam, że dusza zostanie w większej części taka sama, chyba że ulegnie starczym deformacjom związanym z narzuceniem pewnych ograniczeń, nie wiem, liczę, że tak się nie stanie, zresztą ja w ogóle nie chcę się zestarzeć. Wyraźnie odczuwam, że jestem na pierwszym etapie życia, który pewnie potrwa jeszcze długo. Stwierdziłam ostatnio, że mimo, że leci osiemnasty rok mojego życia, to i tak nie dzieje się nic. Nie dzieje się nic, nie dzieje się nic, nie dzieje się nic. Może po prostu czegoś nie dostrzegam, nie doceniam, może to osąd wytworzony pod wpływem chwili, mówią mi, że na wszystko przyjdzie swój czas i pozostaje mi wierzyć w to, że tak będzie. Podkreślę na koniec, że – choć było ciężko – dobrze się stało, że zaszła taka sytuacja, bo wyciągnęłam z niej sporo nauki, stała się doświadczeniem, dzięki któremu nie popełnię tych samych błędów, oczywiście nie tylko w sprawie miłości, ale i ogółem – życia, postępowania wobec siebie i innych. Szkoda tylko, że odbyło się to tak gwałtownie i z ręki osoby tak trywialnej, o ładnej otoczce, ale – jak mi uświadomiono – w środku pustej. Nie podoba mi się przyczyna, nie podoba mi się sposób, ale czuję, że efekt był potrzebny – nie można żyć w przeświadczeniu, że staranie i dobre intencje na pewno zostaną wynagrodzone; nie wiadomo, co przyniesie życie. Co nie oznacza, że należy przestać się starać. Nie można przestać walczyć.

144. Szkic

      Słuchajcie, słuchajcie, to będzie tak.
      Skończyłam lat 17.
      Oto czego dokonałam w szesnastym roku życia:

stałam się kimś innym.

Zostawiłam w sobie to, co najlepsze.
Ale nadal czarownicuję sobie.
Wdycham olejki eteryczne i zapalam świeczki.
Wciąż ten sam srebrny pył unosi się w mojej duszy.
Najważniejsze: spokorniałam.
I cieszę się ogromnie, to było potrzebne.
Zauważyłam, co jest złe.
Uśmiecham się, że przeżyłam swojego rodzaju test.
Że to dobrze, że tak się stało.
Kurs, z którego wyciągnęłam nauki.
Czuję się teraz ze sobą dobrze.
Lepiej niż kiedyś.
Częściej się uśmiecham, bo zrozumiałam, że trzeba uśmiechać się mimo wszystko.
Mocniej doceniam to, co mam.
Uzmysłowiłam sobie, że pięknie jest dawać i patrzeć.
Przyjęłam do wiadomości znaczenie dążenia do ogólnej równowagi
w każdej dziedzinie życia.
To, z czego ogromnie się cieszę to to, że moja pasja przybrała na sile.
Że wyznacza mi tor, że nadaje sens, że sprawia, iż się uśmiecham
i nie mogę spocząć spokojnie w jednym miejscu.
I doszła kolejna!
Nowa, równie wspaniała.
Otóż zamierzam ,,bawić się w rycerzowanie”.
W głowie mam sto tysięcy projektów sukni i płaszczy.
Dzięki temu zapragnęłam żyć żywiej,
energiczniej,
lepiej, szybciej,
więcej doznawać, poznawać, smakować.
Patrzeć, ale widzieć.
Słyszeć, ale słuchać…

 I embrace my desire
to feel the rhythm,
to feel connected enough,
to step aside & weep like a widow,
to feel inspired,
to fathom the power,
to witness the beauty,
to bathe in the fountain,
to swing on the spiral,
to swing on the spiral,
to swing on the spiral…

Życie nabiera rozpędu.