143. Gościnnie

Oto opowiadanie z serii „Na poprawę humoru”, którego autorką jest Karolajna, obserwatorka otoczenia i panienka wiernie oraz zabawnie przerysowująca rzeczywistość.


Był piękny, wiosenny poranek, kiedy Suzie szła do szkoły, hacząc czubkami białych adidasów o chodnik. Słońce grzało dość mocno, na tyle, że Suzie chcąc osłonić możliwie jak największą część swojej twarzy, założyła wielkie, czarne jak zużyta opona okulary.
– Hyhy, piękny dzień! – rzekła sama do siebie szurając po chodniku, aż śmieci zamiotła na glanc.

Ludzie patrzyli na nią z góry (co nie było trudne, zważywszy na stumetrową różnicę wzrostu między nimi), zapominając o tym widoku natychmiast, spiesząc się do pracy, na siłownię lub szybki seks za wychodkiem szefa. Suzie myślała akurat o swojej mroczności, poprawiając nieco za długie rękawy różowego swetra. Stuk, stuk! – pukała dalej w chodnik przyklejona guma do adidasa Suzie. Dziewczyna wielce zadowolona z siebie dumnie chciała otworzyć ciężkie wrota prowadzące do swojej szkoy, lecz niestety nie sięgała do klamki. Na szczęście woźny Artur zmiłował się nad dziewczęciem i kciukiem otworzył jej drzwi do miejsca, w którym Suzie i tak nic nie rozumiała (ale trzeba było koniecznie mieć gdzie pokazać nowy błyszczyk o zapachu bananów).

      Była to chwalebna godzina dziewiąta rano. Dziewczę pokuśtykało dumnie do prywatno-publicznej, szkolnej toalety mając nadzieję na poprawienie makijażu, który i tak już w rzeczywistości przywarł do jej twarzy w zeszłym roku, kiedy to postanowiła zmieszać fluid z klejem. Było to niemądre posunięcie, gdyż jak się potem okazało nie był to klej do papieru, a niezniszczalna Ośmiorniczka, która do wszystkiego klei się! Skleiła jej niestety (a może i na szczęście?) całą twarz, łącznie z uszami, przez co była praktycznie do dziś półgłucha i jedyna forma komunikacji, która do niej docierała, to tekst pisany (ale bez polskich znaków, tylko taki jak w smsach. Bo te kreseczki i kropeczki to z deka za skomplikowane jednak).
    Suzie weszła do toalety omiatając wzrokiem błękitne kafelki, aż w końcu znalazła lustro (dla normalnego człowieka nie byłoby to zbyt trudne, gdyż wisiało naprzeciwko wejścia). Zadowolona podeszła i podciągając się na zlewie, z którego kapała brunatna woda, ujrzała w końcu swą ukochaną twarz w przejrzystej tafli. „Hehe :)” – powiedziała cichutko i ze swojej trzydziesto-centymetrowej torebki wyjęła cały swój dobytek – mp3, tampon i 666 kilogramów kolorowych kosmetyków z promocji w Rossmanie.
    Rozpoczął się rytuał tak zwanego artyzmu – czyli tworzenie pejzażu. Osobliwe było to malowanie, gdyż nie na płótnie, a na twarzy. Po dwóch godzinach Suzie, szczęśliwa wielce, zeszła z taboretu, schowała wszystkie śmieci do torebki i wyszła na spotkanie ze swoim cudownym ukochanym chłopakiem, który równie jak ona myślał tylko o: a) seksie, b) wyglądzie, c) czy jest gdzieś fajny śmietnik, do którego można by wrzucić papierek po gumie Orbit.
      Promienie słońca powoli zaczęły sączyć się przez szyby nadając wszystkim ludziom promienny wygląd – również Dupie, który właśnie wszedł na umówione miejsce ich rendez-vous, mianowicie komórki na papier toaletowy w piwnicy szkoy. Ta para ceniła sobie prywatność, może dlatego, że gdyby ktokolwiek usłyszał ich rozmowy (nie, żeby rozmawiali dużo) już nigdy w życiu nie umiałby inteligentnie ocenić osoby płci przeciwnej. Nareszcie nadeszła chwila ich spotkania!
– Siema, Dupa, hehehe!
– Hehehe! Siema, Suzie!
      (Tu warto przypomnieć, iż dziewczyna nie usłyszała tego pozdrowienia – no wiecie, ten wypadek z klejem).
      Oszczędźmy teraz czytelnikowi wrażeń godnych wyobrażenia sobie wyjątkowo niemiłego śluzu ślimaka, innymi słowy pocałunku tej mrocznej pary spowitej właśnie w papier toaletowy, który spadł z górnej półki. Właściwie prawda jest taka, że poza tym jakże wesołym przywitaniem para nie wyrzekła już do siebie ni chuja słowa. Pomyślicie – zapewne nie mieli o czym rozmawiać, ale byłby to błąd godny stwierdzenia, że rządy PiSu to rządy demokratyczne. Otóż, moi milusińscy, tych dwoje młodych ludzi po prostu rozmawiać nie umiało. Całe ich wewnętrzne mocowanie się z własnym rozumem kończyło się na wymyślaniu wyjątkowo inteligentnych opisów na gg, tudzież komunikowaniu się za pomocą owego programu.
      Istoty owładnięte niepohamowaną namiętnością (było to zdecydowanie najsilniejsze uczucie w ich życiu) zapomniały zupełnie, że właśnie trwają lekcje, na których wypadałoby być, chociażby dla pokazaniu światu nowych tipsów.
      Olśnienie przyszło jednocześnie.
– O ja cię pierdolę – wyjąkał Dupa, zakładając z podłogi swoje czarne Lacze i chowając Suzie do plecaka (nie był to przypadek, po prostu tak było szybciej).
      Nagle poczuł smród. Powąchał jeszcze raz uważnie. A potem ponownie. W końcu zorientował się, że siedząc przed komputerem od dwóch tygodni zupełnie zapominał o swoich zębach, które wcześniej dentysta zalecił myć mu co najmniej trzy razy dziennie, aby przestały w końcu wypadać („A sztuczna szczęka jest droga, młody człowieku!”). No nic, trzeba było z tym żyć – pomyślał Dupa inteligentnie, ciągnąc za sobą swe Lacze do klasy od matematyki znajdującej się na piętrze. Myślał po drodze (ale joke) o tym, jaki świat jest smutny i pozbawiony miłości, o głodzie w Afryce i złej polityce w Argentynie. On sam był bardzo wrażliwy – i dlatego właśnie zakochał się nagle w swojej pięknej Suzie o twarzy z Ośmiorniczki.
      Dryń, dryń! – zadzwonił dzwonek oznajmiający lekcje. Dupa wypieprzył Suzie z plecaka, następnie otrzepał jej ubranko i szczęśliwi usiedli w półrozwalonej ławce, na półżywym krześle z napisami „Chuj W Dupę Policji” lub też „Nadchodzi koniec!”. Taka to była wesoła szkoa pełna kwiatu polskiej inteligencji i kultury.
      Lekcje tego dnia minęły szybko, być może dlatego, że Gołąbeczki zdążyły tylko na dwie. Słońce powoli znikało nad horyzontem, a nasza zakoffana para ręka w rękę opuściła mury jedynego miejsca, w którym ktoś tam jeszcze bezsilnie próbował ich czegokolwiek nauczyć.
-Słuchaj mnie, Suzie – rzekł Dupa poprawiając włosy za uszkiem. – Dziś idę z kumplami na piwo i sorry, ale cię oleję, bo to naprawdę spotkanie takie wiesz, dla ludzi – Suzie czytając z ruchu warg przytaknęła z radością i dała mu soczyste buzi na do widzenia (gdzieś w okolicach pępka, bo zapomniała taboretu). Było to rozstanie pełne jak zawsze miłości i wzajemnego zrozumienia.
    Suzie pokicała sobie przez ulicę i nagle jak w coś nie jebnie! Aż jej się w głowie zakręciło (jeszcze bardziej niż dotychczas). Kiedy podniosła się z ziemi jej oczom ukazał się milionletni dziadek spowity w płaszcz ze starych liści dębu i powiedział (dziewczyna nadal czytała z ruchu warg):
– Słuchaj mnie, dziecko. Przeklinam cię za to, żeś we mnie jebła przed chwilą. Od tej chwili będziesz milczeć zawsze, gdy nie będziesz miała nic mądrego do powiedzenia, a jeśli złamiesz klątwę – ze świata znikną wszystkie kosmetyki, internet i telefonia komórkowa, zaklinam cięęęęę! – po tych słowach człowiek zrobił się jagodowy na twarzy i zniknął w kłębach różowego dymu śmierdzącego naftaliną.
      Suzie przez chwilę stanęła na swych krótkich nóżkach, przekręcając głowę w lewą stronę. Z jednej strony nawet ona lubiła czasem wydobyć z siebie jakiś dźwięk, choćby przy śpiewaniu piosenek, z drugiej – perspektywa utraty wszystkich kosmetyków wydawała się naprawdę zbyt przerażająca jak na jej małe, biedne, udręczone serduszko. Ostatecznie w myślach zdobyła się tylko na krótkie „hehehe” i poczłapała ku przystani swojego szczęścia – poszła do domciu.
      Ten wieczór wydał jej się przykry – nie mogła nawet porozmawiać z mamą o najnowszej kreacji Paris Hilton ani wyprzedaży ocieplaczy na czajniki w Carrefourze, gdyż cały czas nad jej głową krążyła ta przerażająca klątwa. Normalnie prawie się popłakała, jednak uspokoił ją nieco fakt, że przecież wtedy mógłby zmyć się jej pieczołowicie nakładany przez pół godziny czarny tusz do rzęs. Zmęczona trudami dnia usiadła Suzie przy swoim puchatym komputerze, weszła na gg, napisała parę komentarzy na photoblogach, porozmawiała przez chwilę z Dupą, który był akurat między jednym piwem a drugim winem i z zadowoleniem położyła się na łóżko. Leżąc patrzyła na przybity do sufitu plakat Billa z Tokio Hotel, który jako ucieleśnienie męskości zawsze znajdował swe miejsce w jej słodkich snach.

pół roku później       Na jesieni często ludziom odbija, ale słyszany z pięćdziestu kilometrów krzyk wieśniaków ogłuszał nie tylko ludzi z pobliskich miast, ale również całą rodzinę dżdżownic i ich potomków. Smród czuć było z daleka; coś się święciło tego dnia. Było już po sianokosach, więc wiadomo było, że nie chodziło znowu o wilkołaka wyżerającego nocą całe zboże wioski (w rzeczywistości był to pewien wesoły żul Wiesław, miły, choć nieco szurnięty człowiek, nadmiernie zaprzyjaźniony z własnym psem, jeśli wiecie, o co cho). 

    Tego dnia przechodził tamtędy znany nam i kochany Dupa. Cóż tam robił? – zapytanie. Nic tam nie robił, nudziło mu się w domu i chciał po prostu zasmakować wsi, wskoczył więc na traktor swej ciotki Maryli i trafił do tej wiochy, gdzie psy dupami szczekają. Dupa podążał za smrodem, aż dotarł do samego „centrum” wioski (czyt. jedynego miejsca gdzie w pobliżu znajdował się monopolowy) i ujrzał przerażający widok: STOS! Do tej pory czytał o paleniu czarownic, jednak miał wrażenie, że nie dotyczy to już jego czasów, podobnie jak włamania, łapówki i przygodny seks. Podpłynął bliżej przez błoto, aż dotarł do bramki z ochroniarzem w skórzanych trzewikach.
– Panie, ile chcesz pan za wejście, ni, na przedstawienie? – spytał Dupa.
– Banana – odrzekł Bramkarz Jan, a Dupa natychmiast wyjął z buta banana, którego dla dobra tej opowieści zawsze nosił w lewym bucie na wszelki wypadek.
      Gdy dotarł do tłumu ludzi czekającego pod stosem z zapalniczkami i benzyną zapytał jednego z nich:
– Słuchaj pan, co to ma być w ogóle za teatros? – człowiek obtarł spływającego gila i rzekł ze zdumieniem: – Nie wiesz pan na serio serio? – Dupa zaprzeczył. – Nie. Czy palicie tu jakieś czarownice? – po czym wyjrzał oczyma swymi ponad tłum i spojrzał na stos, na którym jego ukochana Suzie mimo przymocowanych do chrustu nadgarstków oglądała właśnie swoje paznokcie.
– Czarownice? Te mądre, tajemnicze kobiety, których umysł wybiega poza to, co doczesne? Ni, panie. Palimy ją, bo po prostu jest najzwyczajniej w świecie głupiutka, a siano dobrze się pali, no i, jakem zresztą sam się przekonał, jest łatwopyl… – człowiek urwał, a potem się poprawił: – Łatwopalna.
Popiół bardzo szybko uciekł razem z wiatrem.

Reklamy

142. Podróż w czasie

Ciepły, lipcowy wieczór wlewał się do otwartych okien, zahaczając o śnieżnobiałe firanki. Ludzie przebywający tego dnia w pięknym, uszytym według najlepszej miary parku, gnali przed siebie nie wiadomo dokąd… Przecież to tylko park.

Czarownica dreptała sobie samotnie szarą alejką wdychając raz po raz własne ,,tup, tup, tup”, płynące wraz z powietrzem gdzieś do góry. Okoliczne drzewa, zaczarowane jej cichym zaklęciem myślowym, wygwizdywały radosną melodyjkę, co by ją trochę rozweselić, lecz nie za specjalnie im się to udawało. Wraz z nowym pomysłem, który zabłyszczał nagle w głowie Czarownicy, drzewa zmieniły repertuar. Ich drewniane usta drżały w lekkich uśmiechach, próbując zachować powagę, bo teraz nieszczęsne, wciąż będące przecież zbiorem patyków i doskonale zdając sobie z tego sprawę, wygrywały marsz żałobny. Wyglądały naprawdę zabawnie, każde z dwoma konarami założonymi do tyłu, niczym w geście skupionego śpiewaka w eleganckim fraku, próbujące skoncentrować się na tym, co wygwizdują sobie beztrosko w ten ciepły, lipcowy wieczór. To niebywałe, ale kąciki ust Czarownicy drżały w lekkim uśmiechu.

Dziewczyna, tuptając sobie dzielnie, spostrzegła idących z naprzeciwka staruszków. Gdy zbliżyli się na odległość jej słuchu, usłyszała strzęp ich rozmowy.

– Och! – zakrzyknął starszy mężczyzna, unosząc z nosa wielkie, okrągłe okulary. – Widziałem wiewiórkę! Gdzież ona polazła… Była tu przed chwilą… – mamrotał do siebie, ostrząc spojrzenie, swój zmysł wzroku oprawiony w miedziane druty nadal trzymając ponad nosem, zakładając go sobie niemal na sam czubek głowy. – No widziałem przed chwilą… Widziałem wiewiórkę – nie widzę wiewiórki – wywnioskował na zakończenie, po czym oddał się niedowierzającemu mruganiu.

– Janie… – rzekła zniecierpliwiona małżonka, ciągnąc za sobą spowolniałego starca. – Po prostu następnym razem załóż okulary.

Szara alejka parku zszarzała jeszcze bardziej, gdyż stała się całkiem pusta. Długo tak spacerowała sobie Czarownica i nic ciekawego się nie działo, do czasu, gdy poczuła nagle, że ktoś otarł jej buty swoimi. Nie zwróciła na to większej uwagi za pierwszym razem, za drugim i nawet za trzecim. Kiedy jednak po raz czwarty, kiedy została złamana powszechna zasada ,,Do trzech razy sztuka”, kiedy ktoś ponownie przeszkodził Czarownicy w spacerowaniu po parku, ta odwróciła się za siebie i spojrzała w dół, zadając rzeczowe pytanie:

– Możesz przestać deptać mi po piętach?

Deptające Po Piętach cofnęło się o krok do tyłu.

– Przestaniesz? – zapytała ponownie Czarownica.

Gdy odpowiedź nie nadchodziła, orzekła w stylu militarnym łamanym na uprzejmy:

– Dziękuję. Możesz odmaszerować.

Dalszy spacer, tym razem wśród milczących, zastygłych drzew, minął bez większych rewelacji. Doprowadził dziewczynę do zamkowej bramy, a następnie tuż przed sekretarzyk przepełniony książkami, pustymi nabojami do pióra, kartkami, bazgrołami pomieszanymi z okolicznym powietrzem, świeczkami, rozlanym woskiem i setkami myśli, wykonującymi melancholijne tańce.

Fiolety objęły zamyśloną Czarownicę niezadowalającymi ramionami. Raczej nie o takie ramiona chodzi. Tyle ramion jest na świecie, a żadne…

Na biednej kartce, niegdyś białej, rozlały się kolejne pełne goryczy słowa. Mimo małych wesołości, życie i tak zlewało się w jeden czarny kleks, który układał się wygodnie na czarownicowym nastroju, przesłaniając każdą chęć uśmiechu. Nie jest to wesołe, naprawdę nie jest to wesołe.

W zasadzie od opisanego wyżej spaceru, lipcowego przecież, minęło kilka trudnych miesięcy, wypełnionych tymi samymi uczuciami żalu i zagubienia. Gdy Czarownica zasiadła przy sekretarzyku, był już koniec października, zbliżał się piękny listopad – piękny ze względu na pełnowymiarową jesień, może i siedemnaste urodziny… Zresztą o wiele lepiej byłoby cofnąć się do piętnastych, by uniknąć tego, co jest teraz. I w zasadzie tylko jesień, tylko jesień zastępowała miłość.

Jaki to stan ducha, w którym jedyną radość sprawia patrzenie w samotności na złote liście, lądujące po ostatnim locie na zieleń trawy? Jakiś, bardzo mglisty, właściwie to żaden.

Jakie to szczęście kochać projekcję? Jaka to wesołość uwielbiać wyobrażenie? Jaki to sens mieć plany i zamiary, ale nie móc ich realizować? Jaka to beznadzieja, mieć w sobie miłość, ale nie móc nią obdarzać? Jaka to pustka – chcieć ukochać, a nie móc? Jaki to ból – marzyć o sprawach realnych, tak łatwych, a nie móc ich urzeczywistnić? Jakie to cierpienie – czekać, czekać, czekać, czekać, czekać na nic? Jak bardzo nieosiągalne może być to, co ma tak wielu ludzi wokół? Jak okropne może być samo patrzenie, a niedoświadczanie tego, co się obserwuje? Jak wielkie może być poczucie winy? Jak bardzo może boleć przeszłość? Na ile kłujące są pytania ,,co by było, gdyby?” Ile myśli mieści się w głowie? Ile pragnień i marzeń? Snów i nadziei? Jak wielka może być chęć zaczęcia wszystkie od nowa? Jak wielkie może być pragnienie drugiej szansy? Jak bardzo nie do zniesienia jest gardło, w którym utknęła dusza?

I jak wyglądałoby moje serce w bajkowej wersji? Wisiałoby na gałęzi nad wysoką przepaścią, szarpałby je wiatr, a ono mimo wszystko czekałoby na jakiś ratunek, bo kierowałoby nim pragnienie uszczęśliwienia kogoś, a tym samym naprawienie samego siebie?

Ktoś mi powie, jak długo jeszcze Pani Samotność zamierza rezydować w moim pokoju?

Jesień. Tak piękną porę z okna oglądać?

Początek tekstu powstał w lipcu, a reszta dziś.

141. Nic nieznaczące nic

Za każdą czarownicą kryją się ropiejące rany serca,
które prowadzą do prób uzdrowienia,
bądź też do poszukiwania miłości.
*
Któż z nas tego nie robił?
Czy zostaniemy spaleni?

Zdaje się, iż zczarownicowałam do końca, dowodzą temu kłęby myśli w mojej głowie i tysiące zbędnych wyobrażeń. Uświadomiono mi dziś całkiem przypadkiem, że bardzo możliwe jest, a dla ścisłości – pewne, iż zmarłe istnienia pałętają się wokół nas, nawet teraz, nawet tu, nawet koło Ciebie, czytający ten tekst człowieku. Nie widzisz ich, nie słyszysz i nie czujesz, a raczej po prostu nie potrafisz nawiązać z nimi kontaktu.

Chciałoby się uporządkować myśli w swojej głowie albo najzwyczajniej rzucić je na stos i podpalić, by zamieniły się w zapomniany popiół. O tak, to byłoby piękne! Kiedyś wraz z ludźmi ginęły ich przekonania, może jest to możliwe i teraz? Tylko czy znajdzie się człowiek na tyle ,,łaskawy”, by poddać mnie należytym torturom za wymyślanie niepotrzebnych głupot, a potem mnie zabić, bo naprawdę nie ma czego żałować?

Czy te kłęby mgły uformują się w końcu w jasny kształt?

Pójdziemy między diabły,
będziemy walczyć o nasze pola,
o chleb i o wodę,
nie oczekując wdzięcznego zrozumienia od człowieka,
który stoi bez ruchu nie podejmując ryzyka.

Dobrze, dobrze, już lecę, biegnę, pędzę! Tylko coś mnie trzyma za kaptur, ciągnie do siebie, a ja w zasadzie nie wiem, kto to lub co to. Mam wrażenie, że się duszę – gdy mam wykonać jakiś krok do przodu, mam wrażenie, że się duszę. Moja głowa cierpi na nadmiar wiedzy, myśli i uczuć, dymu, mgły i kurzu. Naprawdę coraz poważniej myślę o amnezji. Tylko co z tego, skoro to niemożliwe? Oto właśnie napisałam coś najgłupszego w całej swej historii.

Wychowałam się na krwi cieknącej z nosa, na brudnych chusteczkach i poplamionych kartkach w kształcie serca zapisywanych czarnym atramentem. Chciałabym zacząć wszystko od nowa, urodzić się jeszcze raz i przeżyć to, co do tej pory raz jeszcze, z wiedzą co i jak ma się zadziać. Pragnę mieć szansę na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Na zaczęcie jeszcze raz, z czystym sercem, sumieniem i umysłem.

Może urodziłabym się bez zamiłowania do świeczek i do magii, bez wyobraźni i bez pasji, a żyłoby mi się lepiej i łatwiej. Może narodziłabym się jako ktoś zupełnie inny. Może nie spotkałabym na swojej drodze wszystkich tych przykrości, może rozegrałabym pewne sprawy lepiej, może pokierowałabym swoje życie inaczej, może wyznaczyłabym sobie inne ścieżki. Może nie padałby deszcz, może nie brakowałoby mi parasola, może nie umierałabym z zimna czekając sama na autobus, może niebo byłoby bardziej niebieskie i szerzej uśmiechające się, może pojawiłbyś się znikąd i był ze mną do końca, może potrafiłabym porozumieć się z tym, co pozaziemskie, może nie miałabym w szafie niepoznanym sposobem czarnych ubrań, może nie ubierałabym się całkiem nieświadomie w ciemne barwy, może nie pofarbowałabym włosów na fioletowy brąz i może miałabym teraz swoje dawne, chyba dość ładne, naturalne włosy, może byłabym lepsza z matematyki, może w szkołach nie uczono by chemii i biologii, może nie słyszałabym głosów nieistniejących ludzi, może nie patrzyłyby na mnie z okien nieznane mi postacie, może nie widziałabym nic ciekawego w bieli sufitu…

Morze jest głębokie i szerokie.

Raczej szkoda czasu na takie refleksje, ale ja chyba w sumie jestem jednym wielkim ,,CO BY BYŁO, GDYBY?”. Chodzącym zbiorem doświadczeń i pragnieniem stabilizacji.

Może chcę za dużo? Może po prostu tego nie dostaję, bo to za dużo?

Albo inni mi to zabrali, oni mają tego dużo, dużo, dużo, o wiele więcej niż ja chcę – a ja nie mam tego w ogóle? Naprawdę zagarnięto mi sprzed nosa całą miłość tego świata? Naprawdę dostali ją ludzie, którzy zranili o wiele więcej istot niż ja? I ranią nadal, ale i tak mają, co chcą? Mają to, przedtem zraniwszy? Gdzie tu logika i sens? Gdzie jest sprawiedliwość? Chyba umarła dawno temu, wraz z powstaniem człowieka. Albo siedzi zamknięta w klatce, wyśmiewana przez ludzkie żądze, spryt, bezkompromisowość i nieliczenie się z uczuciami, ludzkie instynkty, dążenia do zaspokojenia własnych potrzeb, egoizm i dowartościowywanie się kosztem innych.

Żal, żal, żal, czerń, atrament, statek widmo i spokojne fale brudnego morza.

Oby sprawiedliwość została kiedyś wymierzona w najczulsze punkty.

Obym zgubiła się w lesie i zaczęła prowadzić życie leśnego człowieka, zapominając wcześniej o przeszłości i o świecie.

Oby sprawiedliwość zemściła się za odsuwanie jej na bok i nieuwzględnianie jej wartości.

Ja jednak wierzę, że prawda lepsza jest od kłamstwa. Staram się nie ranić, a tym samym – pozwalam ranić siebie samą; tak po prostu wychodzi, choć liczę, że tak się nie będzie dziać. Dziękuję, dziękuję, dziękuję za wszystko. Może wrócę kiedyś w postaci ognia, by spalić wszystkich tych, którzy mnie okłamali, zranili czy nie potraktowali poważnie. Może tak będzie. Albo sami ulegniecie samozapłonowi, posyłając interesowny uśmiech, pukając swoimi butami w czyjeś buty.

Nie chcę tyle wiedzieć, nie chcę mieć świadomości aż tak wielu spraw! Może gdybym była głupsza, nie umiałabym o pewnych sprawach myśleć. Byłabym Kasią w dwóch warkoczach, zmieniałabym chłopaków jak rękawiczki wierząc, że każde zauroczenie to miłość do końca życia, zdobywałabym i porównywałabym, który lepiej całuje, prowadziłabym dzienniczek ucznia i zapraszałabym swoje przyjaciółki na wiosenne kanapki. Tylko, że nie jestem za tym, by urywać kawałki czyjegoś jestestwa i zabierać je sobie – raczej wolę istnienie, które zapragnę w całości, gdy tylko zrozumiem, że ono jest w sam raz. Inne postępowanie nie ma sensu na dłuższą metę, nie będę zostawiać za sobą trupów dla własnej uciechy. Jednoznacznie nienawidzę podwójnej moralności.

Trzeba jakoś złapać równowagę. Oprzyjmy się o siebie, wtedy nie spadniemy. Nie spadniemy!

Ych, to ja sobie ułożę stosik drewna, a wy mnie przywiążcie i podpalcie, tylko NIE zapominajcie zapałek.

140. Krótka rozprawa o obłudnikach

Po niebie zdążyło przepłynąć sto tysięcy chmur, każda z nich szeptała o sposobie kary. Jedne z tych kar były zabawne (,,Parada rycerzy cios mu wymierzy!”), inne straszne (,,W słoneczne południe wpadnie w wielką studnię!”), niektóre niemożliwe do realizacji (,,Gdy będzie się przed lustrem mienił, w samo lustro się zamieni” – dla wyjaśnienia, lustro nie zniosłoby tego widoku i zareagowałoby pęknięciem w wyniku zetknięcia się dwóch par obłudnych oczu), część całkiem racjonalna (,,Nim w złudnym spokoju zaśnie, ktoś w policzek go trzaśnie”). Jednakże nie o to w tym wszystkim chodziło. Nie o to w tym wszystkim chodziło.

Polana jak istniała, tak istniała. Wokół falowały te same drzewa, szeleściły te same liście oczekujące w napięciu na swój ostatni lot, na moment zagapienia się w wiatr i odłączenia małych rączek od gałązki. Czasem któryś z liści zakrzyknął ,,Hej, ja naprawdę muszę tam wrócić!”, jednak nikt nie zwracał uwagi na rozpaczliwe, liściowe słowa, a raczej nikt ich nie rozumiał i nie słyszał, bo były cichsze od ciszy. Przychodzi w twoim życiu moment, kiedy wiesz, że coś mija, że coś się kończy, że coś nieubłaganie musi poddać się rozwojowi zdarzeń, że coś po prostu musi się stać. Czasem najzwyczajniej musi tak być. Najgorsza jest ta świadomość, kiedy zdajesz sobie sprawę, że czas bezdyskusyjnie zamyka swoje ramiona wokół sytuacji. Nie masz nic do gadania. Swoją drogą, mądrzy ludzie mówią, że nie należy gniewać się na bieg wypadków, chociażby z uwagi na to, że absolutnie nic ich to nie obchodzi. Najczęściej jednak teoria mija się z praktyką.

Spódniczka była jakaś taka za ciasna. Czarownica dopinała zacny rozmiar 36, jednakże materiał bardzo mocno przytulał się do ciała. U dołu spódniczka stawała się coraz szersza, pozwalając powietrzu na wspólny, beztroski taniec. Sylwetka nadal była nieruchoma, niewiele zmieniło się od kilku dni.

Wtem drgnęła.

Dziewczyna podreptała przed siebie w wiadomym sobie celu, jakby myślała, myślała, myślała i w końcu wymyśliła. Zniknęła w ciemnej stronie lasu, całkiem jak duch, który nie użył drzwi, a po prostu wpadł w ścianę.

Dziewiczy las zadziwiał zielonym mchem, który oblepił swą wartością całą leśną północ. Powietrze poruszało się z cichym świstem – gwizdało z zachwytu, zwracając uwagę na każdy zielony szczegół świadczący o braku jakichkolwiek sił, które zaingerowałyby w las, nie licząc oczywiście sił przyrody. Zieleń mchu ozdabiały malutkie złote liście, ciche łzy drzew, był to piękny widok. Czarownica stąpała po leśnym runie zastanawiając się, czy oby na pewno tak można. Na szczęście po kilku minutach wędrówki wśród cudów znalazła się nad jeziorem, nad okiem lasu.

Pewnie nie trzeba wspominać, iż było to jezioro magiczne. Nazywało się dokładnie Jeziorem Przywołań.

By dostać się na jego brzeg, należało skoncentrować swoje myśli  na ogromnej chęci spojrzenia w srebrną taflę. Gdy w takich sytuacjach wkradały się do głowy inne myśli i myśliczki, wędrowiec – nie wiedząc nawet kiedy – z powrotem znajdował się tuż przed ścianą lasu, dziwiąc się swym losem.

Jezioro prawdę ci pokaże, jezioro rzeczywistość ukaże, jezioro wyrwie ze snu każdego śpiącego, byś w srebrzystej tafli ujrzał twarz jego.

Zapadał zmrok, tryumfować począł księżyc. Była pełnia, uśmiechał się w całej swej okazałości, a jego kula była tego wieczoru niezwykle wielka i wyraźna. Rysowała się stanowczo na ciemniejącym niebie.

Czarownica uklękła tuż nad brzegiem. Woda nie poruszała się w ogóle, można było pomyśleć, że jest zamrożona, że to lód, że to obojętny lód. Jednakże właśnie tak wyglądała woda w Jeziorze Przywołań – niezmącona, cicha i wszechmocna. Dziewczyna ujrzała swoje odbicie, mrugające do niej wesoło.

– Wiem, w jakim celu się tutaj znalazłaś. Dobrze cię znam – przemówił obraz. – Cieszy mnie niezmiernie, że w końcu dojrzałaś do tej decyzji.

– Również się cieszę, jest całkiem, całkiem, całkiem lżej. Mam nadzieję, że już ostatecznie. Że ten kamień w końcu spadnie z mojego serca.

Odbicie uśmiechnęło się z uznaniem, a Czarownica odwzajemniła ten uśmiech. Stał się jeszcze szerszy, gdy odbicie mrugnęło do niej beztrosko, zastępując wszelkie słowa.

Potem dziewczyna zamyśliła się. Odbicie wyrwało ją z owego zamyślenia skinąwszy głową. Czas zabrać się do dzieła. Niechaj tak się stanie.

W trawie zagościł szept deklamowanego zaklęcia:

– Dziesięć uśmiechów, dziesięć przytuleń, dziesięć ust, każda oddała coś ze swych dusz, cząstka siebie pozostaje na zawsze splugawiona, żal i pomyłka w sercu jest noszona, krew się bieli, zaczyna szokować, trudno jest skończyć żałować popełnionego błędu, pierwszego z rzędu, najpewniej ostatniego, bo żadna dziewczyna nie chce spotkać już kogoś takiego, słyszy niegdysiejsze piękne słowa i pyta się jak można tak się potem zachować, widzi piękne obrazy i pamięta przytulanie, trudno w takich chwilach przewidzieć co się stanie, rozstanie, czuje dawny dotyk i zapach pocałunków, co z tym się stało, nie ma na fałsz ratunku, nie ma wytłumaczenia na brak wdzięczności, który umrze wraz i pozostanie wśród kości, sumienie dawno temu zginąć musiało, inaczej wiele krzywd by się nie zadziało, a mi trzeba nauczyć się wzruszać ramionami, przestać kulić się z podwiniętymi ogonami, szukać powietrza całkiem lepszego, dobrego, pięknego, bo prawdziwego.

Odbicie Czarownicy rozmyło się w zapomnienie, a jego miejsce zajęła tak znana i tak nieznana chłopięca twarz. Był zszokowany Przywołaniem, nagłym, przymusowym obowiązkiem popatrzenia w oczy, za którymi nie kryło się nic oprócz chłodnej stanowczości, choć jednak wciąż przebijały przez nie wszystkie absurdalne czyny, których dokonał w aktach bezwzględnej niesprawiedliwości, ale nad tym Czarownica nie panowała i nie od niej to zależało. Jej oczy stały się zwierciadłem jego duszy, wszystkich win, niepojętych słów i niezrozumiałych czynów. Spokój Czarownicy kontrastował z jego uciekającymi oczami, lecz doprawdy nie chciało jej się za nimi biegać. Naprawdę lepsza taka ucieczka – choć tchórzliwa, to na pewno pokorniejsza niż zbędne udawanie dumy i autozadowolenie z wielkiego niczego.

Czarownica oddychała bezdźwięcznie, mierząc spokojne myśli. Zniecierpliwiła ją trochę wizja tkwienia nad zimnym jeziorem, bo szkoda było czasu, należało po prostu załatwić co trzeba i iść, iść oddać się w ciepłe ramiona.

– Słuchaj, Panie Zgorzkniały, co będąc nieszczery poprawiasz okulary, co nienawidzisz jednej, by kochać drugą, co równoznaczne jest z… hipokryzji strugą, spojrzysz ty na mnie kiedyś choć przez sekundę, bym mogła odegrać swoją króciutką rundę?

– Dno – wyrzekła istota, wezbrał się w powietrzu wietrzyk elokwencji.

Czarownica spróbowała przemilczeć to słówko – było używane tyle razy i zawsze stanowiło zabawną sprzeczność z wypowiadającym, na tyle, że już przestało ją jakkolwiek ruszać – lecz nie mogła się powstrzymać, by powiedzieć:

– Z całym szacunkiem to ty tkwisz w jeziorze, a nie ja.

Nieważne, czas było przejść do rzeczy, robiło się nieznośnie zimno.

– Czas, byś zapłacił za to, co mi zrobiłeś – zapowiedziała Czarownica, krótko, zwięźle i na temat.

Oczy istoty w jeziorze powiększyły się w zdumieniu, lecz po tej krótkiej chwili z powrotem zajęły się ucieczką i szukaniem wartego uwagi punktu umożliwiającego zawieszenie wzroku.

Czarownica nie zdawała sobie sprawy z rozmów okolicznych drzew, obserwujących całe zdarzenie. Kiwały dostojnie wielkimi koronami, strzepując z siebie ostatnie łzy. Dziewczyna wykonała kolejną długą pauzę, wręcz pozwoliła sobie na zagapienie się w drugi brzeg. Zmrużyła oczy, kalkulując coś w myślach. Raz po raz zagryzała wargi, zaczynała myśleć od nowa, i od nowa, i od nowa, aż w końcu najwyraźniej zakończyła wszelkie kalkulacje. Z nieukrywanym rozbawieniem zwróciła się do odbicia w jeziorze, te niestety w porę znowu odwróciło wzrok, ale nie miało to już znaczenia.

– Należy się tysiąc sztuk złota.

Księżyc pierwszy raz w swojej historii przestał się uśmiechać, by móc szczerze, radośnie się roześmiać. Śmiechy zagościły w lesie na długi czas, żaden las jeszcze nigdy tak się nie śmiał!

Tymczasem Czarownica podniosła się energicznie i stojąc nad odbiciem klasnęła w dłonie, by zastygło i przemieniło się w Obraz Rozpaczy, a potem odwróciła się i szybko pobiegła śladami swej tęsknoty, hen, hen, do Zamku.

Tego wieczoru wszystko, co miało okazję zobaczyć opisane wyżej wydarzenie, zasnęło z uśmiechem. Cóż teraz? Trzeba się postarać, by ten uśmiech nie zniknął, by przede wszystkim nigdy i za wszelką cenę nie stał się uśmiechem nieszczerym, uśmiechem ironicznym, uśmiechem pełnym sprzeczności czy uśmiechem jadowitym, uśmiechem interesownym czy po prostu fałszywym. Bo nie na tym polega uśmiechanie się w zgodzie ze sobą!

139. Herbatki?

Jesień jest piękna. Jesień jest naprawdę piękna. Ruch powoli opadających liści, wirujących pod wpływem wiatru należy do cennych zjawisk, które wrażliwe oko może zaobserwować podczas zwyczajnego spaceru. Na serio niewiele trzeba, by to zauważyć. Trudniej z docenieniem, takim trwałym, na zawsze – tak jak Czarownicy przydarzyło się to z niebem. Czarownica zawsze ma czas, by wyjrzeć za okno lub po prostu popatrzeć w górę. Za darmo!

Dzisiaj niebo było ciężkie, ołowiane – wielka, ciemnoniebieska chmura pastwiła się nad jasnym niebem, na którym rozsiane były białe chmurki. Wyglądało to tak, jakby owa ogromna chmura miała zaraz, tak ot, zwalić się z niebiańskich fundamentów i z radosnym brzdękiem opaść na głupi świat.

Tego dnia Vai wraz z Karolajną, a raczej – co by użyć prawidłowych imion – Czarownica wraz z Wampirzycą – siedziały sobie w jednej z zamkowych komnat. Za oknami istniał sobie świat, a one, zapewniając sobie cudowną, darmową rozrywkę, rozmawiały i zaśmiewały się w najlepsze, wzajemnie poprawiając sobie humor.

– Słuchaj, wyobraź sobie – podjęła Karolajn, zagryzając ciasteczko (w końcu w nie trafiła!) – przychodzi baba do lekarza, a lekarz pyta: ,,Co pani dolega?”. A koleś, tzn. ta baba, nie?, odpowiada: ,,Dzisiaj pięćdziesty raz z rzędu powiedziałem kolejnej dziewczynie, że ją kocham. Jak bardzo jest ze mną źle?” Lekarz zatroskany w zadumie poprawia okulary, po czym oświadcza: ,,Zalecam trwałą zmianę płci, gdyż jest pan niezdecydowany właśnie jak kobieta. Odnajdzie się pan w jej roli doskonale. Plus jest taki, że jest pan dość zniewieściały, by nie przeżyć zbytniego szoku podczas odnajdywania się w nowych, nieznanych sytuacjach.” Całkiem możliwe, nie?

Czarownica nie była w stanie odpowiedzieć, gdyż śmiała się zbyt głośno i ogólnie… śmiała się zbyt. Po ochłonięciu powiedziała:

– Słuchaj, znowu zrobi się poważnie, naprawdę sorry, ale – zrobi się poważnie.

– Poczekaj – przerwała Karolina, wykonując gest poprawiania krawata, którego… co? Oczywiście! Którego nie było.

– Przyznasz mi jeszcze raz rację w pewnej kwestii? Pomoże mi to w 100% utwierdzić się w przekonaniu. Sorry, ale… Powiedz, że nie ma w nas miłości do rzeczywistego człowieka, ale do tego, co potrafi uczynić każdy zdolny do bezinteresownej miłości? Miłość do postępowania, miłość do realnych czynów… Właśnie tak, prawda?

Karolina, z uwagi na to, że przyjaciółki wcześniej omawiały tę kwestię, zresztą krztusząc się ostatnim dymem, bez zastanowienia potwierdziła czarownicowe słowa.

– Miłość do przytulania jest równoznaczna z poszukiwaniem tej mocy w człowieku. Prawda?

– Ach… Prawda.

– Dobra herbata.

– Tak, życie ma wspaniały smak.

Chmury przesuwały się śmiesznie wolno w porównaniu do ludzkich oddechów i bicia serca. Czystość sumienia, nauka zdobyta na błędach, wolne serce i wypełniające je żądze oraz pragnienia określały jednoznacznie przepełniony namiętnościami ludzki stan ducha. Duch ten wręcz wyszarpywał się ze stanowczych ram cielesnych, pragnąc zaczerpnąć innego, lepszego powietrza, zatopić się w nim i polecieć w nieznaną, cudowną górę. Czasem mu się to udawało, lecz wnosił się tylko na parę metrów, pod sufit, unosząc się nad rozmarzoną postacią leżącą nieruchomo na łóżku.

– Najszczerzej życzę ci powodzenia, Karolino – powiedziała Vai, unosząc w górę kieliszek wina o przepięknej barwie. – Zdaje się, że wiem, komu tego życzę i jak bardzo ta osoba na to zasługuje.

Strzępy dalszej wymiany zdań przeminęły wraz z przygodnym ruchem powietrza, aby nie nastręczać autorce tego tekstu zbędnych osądów, jakoby była okropnie nieskromna. Lecz chyba też od losu coś jej się należy. Albo i nie, albo wystarczy pustelnia i bóg człowieka. Nie, nie wystarczy! Naprawdę nie wystarczy, jakkolwiek burżuazyjnie to brzmi!

– Nie ma co patrzeć wstecz. Tak lekko, tak lekko… – Karolina zapatrzyła się w pająka stąpającego na zewnątrz po okiennej szybie. Czarownica dmuchnęła i pająk spadł w nic.

Chwile mijały na wymownym milczeniu. Owo milczenie mówiło samo za siebie. Księżyc wtulił się srebrne chmury, ozdabiając swoją pełnię ślicznym uśmiechem, niezmąconym przez niepewność jutra czy zbędne wątpliwości. Tylko pozazdrościć tej stałości. On wzniesie się na szczyt jutro, i jutro, i jutro, i jutro. Nic tego nie zmieni.

– Nawet nie ruszają mnie kąśliwe ludzkie słowa. Jakoś przechodzą gdzieś obok, a potem wpadają w przepaść, której nie ma i nikt już o nich nie pamięta.

Karolajna zamrugała w niepewności, lecz po chwili jej wyraz twarzy dał do zrozumienia, że wie, o czym mówi Vai. Ależ oczywiście. Zepsuty człowiek, zgorzkniały człowiek – to człowiek zgubiony. Tak samo jak w odmętach czasu gubią się jego niewarte uwagi słowa.

– Bo nie należy przypisywać złośliwości temu, co jest zwyczajną głupotą.

Brzdęk! Wino zakołysało się beztrosko. Bez trosk, bez trosk, bez trosk, bez patrzenia wstecz. Na chwałę chwili.