143. Gościnnie

Oto opowiadanie z serii „Na poprawę humoru”, którego autorką jest Karolajna, obserwatorka otoczenia i panienka wiernie oraz zabawnie przerysowująca rzeczywistość.


Był piękny, wiosenny poranek, kiedy Suzie szła do szkoły, hacząc czubkami białych adidasów o chodnik. Słońce grzało dość mocno, na tyle, że Suzie chcąc osłonić możliwie jak największą część swojej twarzy, założyła wielkie, czarne jak zużyta opona okulary.
– Hyhy, piękny dzień! – rzekła sama do siebie szurając po chodniku, aż śmieci zamiotła na glanc.

Ludzie patrzyli na nią z góry (co nie było trudne, zważywszy na stumetrową różnicę wzrostu między nimi), zapominając o tym widoku natychmiast, spiesząc się do pracy, na siłownię lub szybki seks za wychodkiem szefa. Suzie myślała akurat o swojej mroczności, poprawiając nieco za długie rękawy różowego swetra. Stuk, stuk! – pukała dalej w chodnik przyklejona guma do adidasa Suzie. Dziewczyna wielce zadowolona z siebie dumnie chciała otworzyć ciężkie wrota prowadzące do swojej szkoy, lecz niestety nie sięgała do klamki. Na szczęście woźny Artur zmiłował się nad dziewczęciem i kciukiem otworzył jej drzwi do miejsca, w którym Suzie i tak nic nie rozumiała (ale trzeba było koniecznie mieć gdzie pokazać nowy błyszczyk o zapachu bananów).

      Była to chwalebna godzina dziewiąta rano. Dziewczę pokuśtykało dumnie do prywatno-publicznej, szkolnej toalety mając nadzieję na poprawienie makijażu, który i tak już w rzeczywistości przywarł do jej twarzy w zeszłym roku, kiedy to postanowiła zmieszać fluid z klejem. Było to niemądre posunięcie, gdyż jak się potem okazało nie był to klej do papieru, a niezniszczalna Ośmiorniczka, która do wszystkiego klei się! Skleiła jej niestety (a może i na szczęście?) całą twarz, łącznie z uszami, przez co była praktycznie do dziś półgłucha i jedyna forma komunikacji, która do niej docierała, to tekst pisany (ale bez polskich znaków, tylko taki jak w smsach. Bo te kreseczki i kropeczki to z deka za skomplikowane jednak).
    Suzie weszła do toalety omiatając wzrokiem błękitne kafelki, aż w końcu znalazła lustro (dla normalnego człowieka nie byłoby to zbyt trudne, gdyż wisiało naprzeciwko wejścia). Zadowolona podeszła i podciągając się na zlewie, z którego kapała brunatna woda, ujrzała w końcu swą ukochaną twarz w przejrzystej tafli. „Hehe :)” – powiedziała cichutko i ze swojej trzydziesto-centymetrowej torebki wyjęła cały swój dobytek – mp3, tampon i 666 kilogramów kolorowych kosmetyków z promocji w Rossmanie.
    Rozpoczął się rytuał tak zwanego artyzmu – czyli tworzenie pejzażu. Osobliwe było to malowanie, gdyż nie na płótnie, a na twarzy. Po dwóch godzinach Suzie, szczęśliwa wielce, zeszła z taboretu, schowała wszystkie śmieci do torebki i wyszła na spotkanie ze swoim cudownym ukochanym chłopakiem, który równie jak ona myślał tylko o: a) seksie, b) wyglądzie, c) czy jest gdzieś fajny śmietnik, do którego można by wrzucić papierek po gumie Orbit.
      Promienie słońca powoli zaczęły sączyć się przez szyby nadając wszystkim ludziom promienny wygląd – również Dupie, który właśnie wszedł na umówione miejsce ich rendez-vous, mianowicie komórki na papier toaletowy w piwnicy szkoy. Ta para ceniła sobie prywatność, może dlatego, że gdyby ktokolwiek usłyszał ich rozmowy (nie, żeby rozmawiali dużo) już nigdy w życiu nie umiałby inteligentnie ocenić osoby płci przeciwnej. Nareszcie nadeszła chwila ich spotkania!
– Siema, Dupa, hehehe!
– Hehehe! Siema, Suzie!
      (Tu warto przypomnieć, iż dziewczyna nie usłyszała tego pozdrowienia – no wiecie, ten wypadek z klejem).
      Oszczędźmy teraz czytelnikowi wrażeń godnych wyobrażenia sobie wyjątkowo niemiłego śluzu ślimaka, innymi słowy pocałunku tej mrocznej pary spowitej właśnie w papier toaletowy, który spadł z górnej półki. Właściwie prawda jest taka, że poza tym jakże wesołym przywitaniem para nie wyrzekła już do siebie ni chuja słowa. Pomyślicie – zapewne nie mieli o czym rozmawiać, ale byłby to błąd godny stwierdzenia, że rządy PiSu to rządy demokratyczne. Otóż, moi milusińscy, tych dwoje młodych ludzi po prostu rozmawiać nie umiało. Całe ich wewnętrzne mocowanie się z własnym rozumem kończyło się na wymyślaniu wyjątkowo inteligentnych opisów na gg, tudzież komunikowaniu się za pomocą owego programu.
      Istoty owładnięte niepohamowaną namiętnością (było to zdecydowanie najsilniejsze uczucie w ich życiu) zapomniały zupełnie, że właśnie trwają lekcje, na których wypadałoby być, chociażby dla pokazaniu światu nowych tipsów.
      Olśnienie przyszło jednocześnie.
– O ja cię pierdolę – wyjąkał Dupa, zakładając z podłogi swoje czarne Lacze i chowając Suzie do plecaka (nie był to przypadek, po prostu tak było szybciej).
      Nagle poczuł smród. Powąchał jeszcze raz uważnie. A potem ponownie. W końcu zorientował się, że siedząc przed komputerem od dwóch tygodni zupełnie zapominał o swoich zębach, które wcześniej dentysta zalecił myć mu co najmniej trzy razy dziennie, aby przestały w końcu wypadać („A sztuczna szczęka jest droga, młody człowieku!”). No nic, trzeba było z tym żyć – pomyślał Dupa inteligentnie, ciągnąc za sobą swe Lacze do klasy od matematyki znajdującej się na piętrze. Myślał po drodze (ale joke) o tym, jaki świat jest smutny i pozbawiony miłości, o głodzie w Afryce i złej polityce w Argentynie. On sam był bardzo wrażliwy – i dlatego właśnie zakochał się nagle w swojej pięknej Suzie o twarzy z Ośmiorniczki.
      Dryń, dryń! – zadzwonił dzwonek oznajmiający lekcje. Dupa wypieprzył Suzie z plecaka, następnie otrzepał jej ubranko i szczęśliwi usiedli w półrozwalonej ławce, na półżywym krześle z napisami „Chuj W Dupę Policji” lub też „Nadchodzi koniec!”. Taka to była wesoła szkoa pełna kwiatu polskiej inteligencji i kultury.
      Lekcje tego dnia minęły szybko, być może dlatego, że Gołąbeczki zdążyły tylko na dwie. Słońce powoli znikało nad horyzontem, a nasza zakoffana para ręka w rękę opuściła mury jedynego miejsca, w którym ktoś tam jeszcze bezsilnie próbował ich czegokolwiek nauczyć.
-Słuchaj mnie, Suzie – rzekł Dupa poprawiając włosy za uszkiem. – Dziś idę z kumplami na piwo i sorry, ale cię oleję, bo to naprawdę spotkanie takie wiesz, dla ludzi – Suzie czytając z ruchu warg przytaknęła z radością i dała mu soczyste buzi na do widzenia (gdzieś w okolicach pępka, bo zapomniała taboretu). Było to rozstanie pełne jak zawsze miłości i wzajemnego zrozumienia.
    Suzie pokicała sobie przez ulicę i nagle jak w coś nie jebnie! Aż jej się w głowie zakręciło (jeszcze bardziej niż dotychczas). Kiedy podniosła się z ziemi jej oczom ukazał się milionletni dziadek spowity w płaszcz ze starych liści dębu i powiedział (dziewczyna nadal czytała z ruchu warg):
– Słuchaj mnie, dziecko. Przeklinam cię za to, żeś we mnie jebła przed chwilą. Od tej chwili będziesz milczeć zawsze, gdy nie będziesz miała nic mądrego do powiedzenia, a jeśli złamiesz klątwę – ze świata znikną wszystkie kosmetyki, internet i telefonia komórkowa, zaklinam cięęęęę! – po tych słowach człowiek zrobił się jagodowy na twarzy i zniknął w kłębach różowego dymu śmierdzącego naftaliną.
      Suzie przez chwilę stanęła na swych krótkich nóżkach, przekręcając głowę w lewą stronę. Z jednej strony nawet ona lubiła czasem wydobyć z siebie jakiś dźwięk, choćby przy śpiewaniu piosenek, z drugiej – perspektywa utraty wszystkich kosmetyków wydawała się naprawdę zbyt przerażająca jak na jej małe, biedne, udręczone serduszko. Ostatecznie w myślach zdobyła się tylko na krótkie „hehehe” i poczłapała ku przystani swojego szczęścia – poszła do domciu.
      Ten wieczór wydał jej się przykry – nie mogła nawet porozmawiać z mamą o najnowszej kreacji Paris Hilton ani wyprzedaży ocieplaczy na czajniki w Carrefourze, gdyż cały czas nad jej głową krążyła ta przerażająca klątwa. Normalnie prawie się popłakała, jednak uspokoił ją nieco fakt, że przecież wtedy mógłby zmyć się jej pieczołowicie nakładany przez pół godziny czarny tusz do rzęs. Zmęczona trudami dnia usiadła Suzie przy swoim puchatym komputerze, weszła na gg, napisała parę komentarzy na photoblogach, porozmawiała przez chwilę z Dupą, który był akurat między jednym piwem a drugim winem i z zadowoleniem położyła się na łóżko. Leżąc patrzyła na przybity do sufitu plakat Billa z Tokio Hotel, który jako ucieleśnienie męskości zawsze znajdował swe miejsce w jej słodkich snach.

pół roku później       Na jesieni często ludziom odbija, ale słyszany z pięćdziestu kilometrów krzyk wieśniaków ogłuszał nie tylko ludzi z pobliskich miast, ale również całą rodzinę dżdżownic i ich potomków. Smród czuć było z daleka; coś się święciło tego dnia. Było już po sianokosach, więc wiadomo było, że nie chodziło znowu o wilkołaka wyżerającego nocą całe zboże wioski (w rzeczywistości był to pewien wesoły żul Wiesław, miły, choć nieco szurnięty człowiek, nadmiernie zaprzyjaźniony z własnym psem, jeśli wiecie, o co cho). 

    Tego dnia przechodził tamtędy znany nam i kochany Dupa. Cóż tam robił? – zapytanie. Nic tam nie robił, nudziło mu się w domu i chciał po prostu zasmakować wsi, wskoczył więc na traktor swej ciotki Maryli i trafił do tej wiochy, gdzie psy dupami szczekają. Dupa podążał za smrodem, aż dotarł do samego „centrum” wioski (czyt. jedynego miejsca gdzie w pobliżu znajdował się monopolowy) i ujrzał przerażający widok: STOS! Do tej pory czytał o paleniu czarownic, jednak miał wrażenie, że nie dotyczy to już jego czasów, podobnie jak włamania, łapówki i przygodny seks. Podpłynął bliżej przez błoto, aż dotarł do bramki z ochroniarzem w skórzanych trzewikach.
– Panie, ile chcesz pan za wejście, ni, na przedstawienie? – spytał Dupa.
– Banana – odrzekł Bramkarz Jan, a Dupa natychmiast wyjął z buta banana, którego dla dobra tej opowieści zawsze nosił w lewym bucie na wszelki wypadek.
      Gdy dotarł do tłumu ludzi czekającego pod stosem z zapalniczkami i benzyną zapytał jednego z nich:
– Słuchaj pan, co to ma być w ogóle za teatros? – człowiek obtarł spływającego gila i rzekł ze zdumieniem: – Nie wiesz pan na serio serio? – Dupa zaprzeczył. – Nie. Czy palicie tu jakieś czarownice? – po czym wyjrzał oczyma swymi ponad tłum i spojrzał na stos, na którym jego ukochana Suzie mimo przymocowanych do chrustu nadgarstków oglądała właśnie swoje paznokcie.
– Czarownice? Te mądre, tajemnicze kobiety, których umysł wybiega poza to, co doczesne? Ni, panie. Palimy ją, bo po prostu jest najzwyczajniej w świecie głupiutka, a siano dobrze się pali, no i, jakem zresztą sam się przekonał, jest łatwopyl… – człowiek urwał, a potem się poprawił: – Łatwopalna.
Popiół bardzo szybko uciekł razem z wiatrem.

Reklamy

142. Podróż w czasie

Ciepły, lipcowy wieczór wlewał się do otwartych okien, zahaczając o śnieżnobiałe firanki. Ludzie przebywający tego dnia w pięknym, uszytym według najlepszej miary parku, gnali przed siebie nie wiadomo dokąd… Przecież to tylko park.

Czarownica dreptała sobie samotnie szarą alejką wdychając raz po raz własne ,,tup, tup, tup”, płynące wraz z powietrzem gdzieś do góry. Okoliczne drzewa, zaczarowane jej cichym zaklęciem myślowym, wygwizdywały radosną melodyjkę, co by ją trochę rozweselić, lecz nie za specjalnie im się to udawało. Wraz z nowym pomysłem, który zabłyszczał nagle w głowie Czarownicy, drzewa zmieniły repertuar. Ich drewniane usta drżały w lekkich uśmiechach, próbując zachować powagę, bo teraz nieszczęsne, wciąż będące przecież zbiorem patyków i doskonale zdając sobie z tego sprawę, wygrywały marsz żałobny. Wyglądały naprawdę zabawnie, każde z dwoma konarami założonymi do tyłu, niczym w geście skupionego śpiewaka w eleganckim fraku, próbujące skoncentrować się na tym, co wygwizdują sobie beztrosko w ten ciepły, lipcowy wieczór. To niebywałe, ale kąciki ust Czarownicy drżały w lekkim uśmiechu.

Dziewczyna, tuptając sobie dzielnie, spostrzegła idących z naprzeciwka staruszków. Gdy zbliżyli się na odległość jej słuchu, usłyszała strzęp ich rozmowy.

– Och! – zakrzyknął starszy mężczyzna, unosząc z nosa wielkie, okrągłe okulary. – Widziałem wiewiórkę! Gdzież ona polazła… Była tu przed chwilą… – mamrotał do siebie, ostrząc spojrzenie, swój zmysł wzroku oprawiony w miedziane druty nadal trzymając ponad nosem, zakładając go sobie niemal na sam czubek głowy. – No widziałem przed chwilą… Widziałem wiewiórkę – nie widzę wiewiórki – wywnioskował na zakończenie, po czym oddał się niedowierzającemu mruganiu.

– Janie… – rzekła zniecierpliwiona małżonka, ciągnąc za sobą spowolniałego starca. – Po prostu następnym razem załóż okulary.

Szara alejka parku zszarzała jeszcze bardziej, gdyż stała się całkiem pusta. Długo tak spacerowała sobie Czarownica i nic ciekawego się nie działo, do czasu, gdy poczuła nagle, że ktoś otarł jej buty swoimi. Nie zwróciła na to większej uwagi za pierwszym razem, za drugim i nawet za trzecim. Kiedy jednak po raz czwarty, kiedy została złamana powszechna zasada ,,Do trzech razy sztuka”, kiedy ktoś ponownie przeszkodził Czarownicy w spacerowaniu po parku, ta odwróciła się za siebie i spojrzała w dół, zadając rzeczowe pytanie:

– Możesz przestać deptać mi po piętach?

Deptające Po Piętach cofnęło się o krok do tyłu.

– Przestaniesz? – zapytała ponownie Czarownica.

Gdy odpowiedź nie nadchodziła, orzekła w stylu militarnym łamanym na uprzejmy:

– Dziękuję. Możesz odmaszerować.

Dalszy spacer, tym razem wśród milczących, zastygłych drzew, minął bez większych rewelacji. Doprowadził dziewczynę do zamkowej bramy, a następnie tuż przed sekretarzyk przepełniony książkami, pustymi nabojami do pióra, kartkami, bazgrołami pomieszanymi z okolicznym powietrzem, świeczkami, rozlanym woskiem i setkami myśli, wykonującymi melancholijne tańce.

Fiolety objęły zamyśloną Czarownicę niezadowalającymi ramionami. Raczej nie o takie ramiona chodzi. Tyle ramion jest na świecie, a żadne…

Na biednej kartce, niegdyś białej, rozlały się kolejne pełne goryczy słowa. Mimo małych wesołości, życie i tak zlewało się w jeden czarny kleks, który układał się wygodnie na czarownicowym nastroju, przesłaniając każdą chęć uśmiechu. Nie jest to wesołe, naprawdę nie jest to wesołe.

W zasadzie od opisanego wyżej spaceru, lipcowego przecież, minęło kilka trudnych miesięcy, wypełnionych tymi samymi uczuciami żalu i zagubienia. Gdy Czarownica zasiadła przy sekretarzyku, był już koniec października, zbliżał się piękny listopad – piękny ze względu na pełnowymiarową jesień, może i siedemnaste urodziny… Zresztą o wiele lepiej byłoby cofnąć się do piętnastych, by uniknąć tego, co jest teraz. I w zasadzie tylko jesień, tylko jesień zastępowała miłość.

Jaki to stan ducha, w którym jedyną radość sprawia patrzenie w samotności na złote liście, lądujące po ostatnim locie na zieleń trawy? Jakiś, bardzo mglisty, właściwie to żaden.

Jakie to szczęście kochać projekcję? Jaka to wesołość uwielbiać wyobrażenie? Jaki to sens mieć plany i zamiary, ale nie móc ich realizować? Jaka to beznadzieja, mieć w sobie miłość, ale nie móc nią obdarzać? Jaka to pustka – chcieć ukochać, a nie móc? Jaki to ból – marzyć o sprawach realnych, tak łatwych, a nie móc ich urzeczywistnić? Jakie to cierpienie – czekać, czekać, czekać, czekać, czekać na nic? Jak bardzo nieosiągalne może być to, co ma tak wielu ludzi wokół? Jak okropne może być samo patrzenie, a niedoświadczanie tego, co się obserwuje? Jak wielkie może być poczucie winy? Jak bardzo może boleć przeszłość? Na ile kłujące są pytania ,,co by było, gdyby?” Ile myśli mieści się w głowie? Ile pragnień i marzeń? Snów i nadziei? Jak wielka może być chęć zaczęcia wszystkie od nowa? Jak wielkie może być pragnienie drugiej szansy? Jak bardzo nie do zniesienia jest gardło, w którym utknęła dusza?

I jak wyglądałoby moje serce w bajkowej wersji? Wisiałoby na gałęzi nad wysoką przepaścią, szarpałby je wiatr, a ono mimo wszystko czekałoby na jakiś ratunek, bo kierowałoby nim pragnienie uszczęśliwienia kogoś, a tym samym naprawienie samego siebie?

Ktoś mi powie, jak długo jeszcze Pani Samotność zamierza rezydować w moim pokoju?

Jesień. Tak piękną porę z okna oglądać?

Początek tekstu powstał w lipcu, a reszta dziś.

141. Nic nieznaczące nic

Za każdą czarownicą kryją się ropiejące rany serca,
które prowadzą do prób uzdrowienia,
bądź też do poszukiwania miłości.
*
Któż z nas tego nie robił?
Czy zostaniemy spaleni?

Zdaje się, iż zczarownicowałam do końca, dowodzą temu kłęby myśli w mojej głowie i tysiące zbędnych wyobrażeń. Uświadomiono mi dziś całkiem przypadkiem, że bardzo możliwe jest, a dla ścisłości – pewne, iż zmarłe istnienia pałętają się wokół nas, nawet teraz, nawet tu, nawet koło Ciebie, czytający ten tekst człowieku. Nie widzisz ich, nie słyszysz i nie czujesz, a raczej po prostu nie potrafisz nawiązać z nimi kontaktu.

Chciałoby się uporządkować myśli w swojej głowie albo najzwyczajniej rzucić je na stos i podpalić, by zamieniły się w zapomniany popiół. O tak, to byłoby piękne! Kiedyś wraz z ludźmi ginęły ich przekonania, może jest to możliwe i teraz? Tylko czy znajdzie się człowiek na tyle ,,łaskawy”, by poddać mnie należytym torturom za wymyślanie niepotrzebnych głupot, a potem mnie zabić, bo naprawdę nie ma czego żałować?

Czy te kłęby mgły uformują się w końcu w jasny kształt?

Pójdziemy między diabły,
będziemy walczyć o nasze pola,
o chleb i o wodę,
nie oczekując wdzięcznego zrozumienia od człowieka,
który stoi bez ruchu nie podejmując ryzyka.

Dobrze, dobrze, już lecę, biegnę, pędzę! Tylko coś mnie trzyma za kaptur, ciągnie do siebie, a ja w zasadzie nie wiem, kto to lub co to. Mam wrażenie, że się duszę – gdy mam wykonać jakiś krok do przodu, mam wrażenie, że się duszę. Moja głowa cierpi na nadmiar wiedzy, myśli i uczuć, dymu, mgły i kurzu. Naprawdę coraz poważniej myślę o amnezji. Tylko co z tego, skoro to niemożliwe? Oto właśnie napisałam coś najgłupszego w całej swej historii.

Wychowałam się na krwi cieknącej z nosa, na brudnych chusteczkach i poplamionych kartkach w kształcie serca zapisywanych czarnym atramentem. Chciałabym zacząć wszystko od nowa, urodzić się jeszcze raz i przeżyć to, co do tej pory raz jeszcze, z wiedzą co i jak ma się zadziać. Pragnę mieć szansę na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Na zaczęcie jeszcze raz, z czystym sercem, sumieniem i umysłem.

Może urodziłabym się bez zamiłowania do świeczek i do magii, bez wyobraźni i bez pasji, a żyłoby mi się lepiej i łatwiej. Może narodziłabym się jako ktoś zupełnie inny. Może nie spotkałabym na swojej drodze wszystkich tych przykrości, może rozegrałabym pewne sprawy lepiej, może pokierowałabym swoje życie inaczej, może wyznaczyłabym sobie inne ścieżki. Może nie padałby deszcz, może nie brakowałoby mi parasola, może nie umierałabym z zimna czekając sama na autobus, może niebo byłoby bardziej niebieskie i szerzej uśmiechające się, może pojawiłbyś się znikąd i był ze mną do końca, może potrafiłabym porozumieć się z tym, co pozaziemskie, może nie miałabym w szafie niepoznanym sposobem czarnych ubrań, może nie ubierałabym się całkiem nieświadomie w ciemne barwy, może nie pofarbowałabym włosów na fioletowy brąz i może miałabym teraz swoje dawne, chyba dość ładne, naturalne włosy, może byłabym lepsza z matematyki, może w szkołach nie uczono by chemii i biologii, może nie słyszałabym głosów nieistniejących ludzi, może nie patrzyłyby na mnie z okien nieznane mi postacie, może nie widziałabym nic ciekawego w bieli sufitu…

Morze jest głębokie i szerokie.

Raczej szkoda czasu na takie refleksje, ale ja chyba w sumie jestem jednym wielkim ,,CO BY BYŁO, GDYBY?”. Chodzącym zbiorem doświadczeń i pragnieniem stabilizacji.

Może chcę za dużo? Może po prostu tego nie dostaję, bo to za dużo?

Albo inni mi to zabrali, oni mają tego dużo, dużo, dużo, o wiele więcej niż ja chcę – a ja nie mam tego w ogóle? Naprawdę zagarnięto mi sprzed nosa całą miłość tego świata? Naprawdę dostali ją ludzie, którzy zranili o wiele więcej istot niż ja? I ranią nadal, ale i tak mają, co chcą? Mają to, przedtem zraniwszy? Gdzie tu logika i sens? Gdzie jest sprawiedliwość? Chyba umarła dawno temu, wraz z powstaniem człowieka. Albo siedzi zamknięta w klatce, wyśmiewana przez ludzkie żądze, spryt, bezkompromisowość i nieliczenie się z uczuciami, ludzkie instynkty, dążenia do zaspokojenia własnych potrzeb, egoizm i dowartościowywanie się kosztem innych.

Żal, żal, żal, czerń, atrament, statek widmo i spokojne fale brudnego morza.

Oby sprawiedliwość została kiedyś wymierzona w najczulsze punkty.

Obym zgubiła się w lesie i zaczęła prowadzić życie leśnego człowieka, zapominając wcześniej o przeszłości i o świecie.

Oby sprawiedliwość zemściła się za odsuwanie jej na bok i nieuwzględnianie jej wartości.

Ja jednak wierzę, że prawda lepsza jest od kłamstwa. Staram się nie ranić, a tym samym – pozwalam ranić siebie samą; tak po prostu wychodzi, choć liczę, że tak się nie będzie dziać. Dziękuję, dziękuję, dziękuję za wszystko. Może wrócę kiedyś w postaci ognia, by spalić wszystkich tych, którzy mnie okłamali, zranili czy nie potraktowali poważnie. Może tak będzie. Albo sami ulegniecie samozapłonowi, posyłając interesowny uśmiech, pukając swoimi butami w czyjeś buty.

Nie chcę tyle wiedzieć, nie chcę mieć świadomości aż tak wielu spraw! Może gdybym była głupsza, nie umiałabym o pewnych sprawach myśleć. Byłabym Kasią w dwóch warkoczach, zmieniałabym chłopaków jak rękawiczki wierząc, że każde zauroczenie to miłość do końca życia, zdobywałabym i porównywałabym, który lepiej całuje, prowadziłabym dzienniczek ucznia i zapraszałabym swoje przyjaciółki na wiosenne kanapki. Tylko, że nie jestem za tym, by urywać kawałki czyjegoś jestestwa i zabierać je sobie – raczej wolę istnienie, które zapragnę w całości, gdy tylko zrozumiem, że ono jest w sam raz. Inne postępowanie nie ma sensu na dłuższą metę, nie będę zostawiać za sobą trupów dla własnej uciechy. Jednoznacznie nienawidzę podwójnej moralności.

Trzeba jakoś złapać równowagę. Oprzyjmy się o siebie, wtedy nie spadniemy. Nie spadniemy!

Ych, to ja sobie ułożę stosik drewna, a wy mnie przywiążcie i podpalcie, tylko NIE zapominajcie zapałek.