134. Mokre od łez materiały

I am awaiting the sunrise
Gazing modestly through the coldest morning
Once it came, you lied
Embracing us over autumn’s proud treetops
I stand motionless
In a parade of falling rain
Your voice – I cannot hear
As I am falling again
Devotion eludes
And in sadness I lumber
In my own ashes I am standing without a soul
She wept and whispered: ,,I know…”
We walked into the night
Am I to bid you farewell?
Why can’t you see that I try?
When every tear I shed
Is for you?
Opeth – To Bid You Farewell


Ciemne włosy falowały na tle intensywnego, niebieskiego nieba. Wełniany szalik przypominał o nadchodzącym chłodzie, a splątane w nim włosy rozpaczliwie szukały ciepła. Tylko część z nich, ta wolna część, tańczyła z wiatrem, tworząc interesujące fale. W zasadzie interesujące jak dla kogo – ale Czarownica bardzo lubiła widok wszelkich zawijasów, tym bardziej tak ładnych i tak naturalnych, a zarazem tak niezwykłych. A kontrast między złotą jesienią a cudną niebieskością również należał do pięknych zjawisk.

Wolna przestrzeń rozciągająca się dookoła, zaplątana w zieloną trawę, błękit nieba i złote drzewa, zapraszała cichym szeptem do jesiennych refleksji. Gdzieś w oddali wznosiły się ruiny średniowiecznego zamku – wyblakłe mury milczały posępnie, a słońce wkradało się wścibskimi promieniami w najróżniejsze zakamarki. Ciekawy był to widok, widok żywego słońca w martwych ruinach. Okolicy strzegły ciemne lasy ustawione na linii horyzontu, jak zawsze, jak zawsze, jak zawsze tajemnicze i dostojne.

Nad polaną kołysały się liście w tysiącu pięknych barw jesieni. Wir nieodgadnionego powietrza łapał niektóre w swoje ramiona, czego efektem był złoty pierścień krążący wysoko nad ziemią. Liście zamknęły małe oczka, zatapiając się w eterycznej przyjemności.

Ciemna sylwetka Czarownicy stojącej w środku wszystkiego zdecydowanie wyróżniała się z otoczenia. Ciało pozostawało nieruchome, tylko włosy kołysały się na wietrze. Skierowana do góry twarz dawała pewność, że Czarownica wpatruje się w niebo.

Kraina nosiła imię Samotność.

Nie było słychać nic oprócz szumu wiatru oblepionego szeptem liści. Niezrozumiałe skrawki rozmów były niczym, były niczym, lepiej jakby nie było ich wcale.

Czy nie słyszysz, że jest inaczej? Proszę przyjdź, by przekonać się, co dla nas mam, co mam dla ciebie.

Marzenia Czarownicy ulatywały z niej w postaci szarych, szyderczo uśmiechniętych widm. Gdy zbliżały się do złotego pierścienia liści, ginęły w nim, rozpuszczały się, przepadały bezpowrotnie, co zresztą i tak nie było przyczyną, że owe marzenia przestały siać spustoszenie w czarownicowej głowie. Były tam nadal, nie kończyły się nigdy. Swym ironicznym uśmieszkiem widma próbowały dać do zrozumienia, jak zdradliwa jest irracjonalność owych nadziei, jak owe posiadanie w umyśle pięknych wizji do niczego nie prowadzi, może oprócz do głębokich studni żalu, w których topi się smutek.

Czasem jeden człowiek, który cię zostawia, zmienia całe twoje życie, chciałoby się pokazać mu efekt, zacząć od nowa, bez problemów i bez trosk, ale on jest od ciebie stanowczo odwrócony. Nie obchodzisz go w ogóle. Paradoksalnie setka niegdysiejszych wspólnych problemów zamienia się w jeden, palący, osobisty problem – ten nie dający spokoju brak, lata izolacji i odłączenia, ta niemożność zrealizowania chęci pokazania, jak jest dobrze, jak może być dobrze, jak można zakończyć ten smutny stan, ta niemożliwość wytłumaczenia błędów, naprawienia ich, przyznania, że pewne zachowania, nakazy czy zakazy, były zbędne. Tak chciałoby się zacząć wszystko jeszcze raz! Teraz, gdy głupie serce dojrzało do tego, że zawsze trzeba się uśmiechać, nawet, gdy dzieje się źle, nie można topić się we łzach, nie można trzymać w sobie trosk i kumulować złej energii. Dlaczego wiem to dopiero teraz? Najwyraźniej musiało zadziać się coś, co postawiło mnie na nogi. Rozumiem to w pełni, tak musiało być, wręcz cieszę się, że życie puknęło mnie w czoło. Ale dlaczego cię już nie ma, teraz, gdy wiem, że byłoby nam niezwykle dobrze? Dlaczego paradoksalnie stałeś się moim ,,JEDYNYM PROBLEMEM”? Tyle po tobie zostało. Zdania wypisane na kartkach, słowa wyryte w pamięci, obrazy wymalowane w umyśle i nie dająca spokoju chęć… Chęć… Chęć powrócenia do tych pięknych chwil, z uwagą, by nie powtórzyć żadnych złych, a dodać wszelkie pozytywne zaskoczenia, których mógłbyś być częścią. Ogromnie żałuję, że nie dałeś nam szansy. Jak to w ogóle brzmi? Beznadziejnie! Co z tego, prawda? Mogę sobie żałować ile chcę, jak chcę, i tak jest to nieistotne… Przecież ty niczego nie żałujesz…

Wszystko, co dobre, szybko się kończy, dlatego ten tekst jeszcze nie kończy się w ogóle.

Łzy płynęły po bladych policzkach, wpadały w wełnę szalika, sączyły się przez nią smutnym, leniwym strumieniem. Wszystko działo się w normalnym tempie, włosy kołysały się tak samo, łzy spadały na dół zgodnie z prawem grawitacji, tylko liście poczęły poruszać się jak na zwolnionym filmie, okropnie powoli, nadzwyczaj ospale… Złoty pierścień krążący nad polaną zwolnił niemal całkowicie.

Czarownica próbowała wybłagać niebo, by przyszedł tutaj, na tę polanę. By zbliżył się zza jej pleców i objął silnym ramieniem. Koncentracja na błaganiu objawiała się oczami stanowczo wlepionymi w niebiańską moc. Nie mrugały, by nie przerwać linii prośby ciągnącej się od zwilżonych tęczówek do niebieskich odmętów. Brwi układały się na twarzy w taki sposób, że nadawały jej wyraz żałosnej prośby. Prośby o urzeczywistnienie marzenia niemożliwego do spełnienia.

Nadchodził wieczór. Korony ciemnych drzew pochylały się lekko w akcie przygotowywania się do snu, a wiatr, ukołysawszy przedtem liście, sam zapadł w noc. Niedługo potem sylwetka Czarownicy nie była już tak wyraźna jak za dnia – zatopiła się w okolicznej ciemności. Gwiazdy milczały zupełnie obojętnie, tak samo jak przedtem milczało ukochane niebo.

Reklamy

133. Bezsenność

– Słuchaj, znowu mi zimno…

Nie było nikogo, kto mógłby słuchać. Irracjonalność tych słów zginęła w pierwszym lepszym ruchu powietrza.

Końcówka pióra długo spoczywała w jednym punkcie, wbijając się zapamiętale w biel kartki. Czarny atrament dotarł niemal do ostatniej kartki w notatniku. Czerń przestała się sączyć w jeden punkt, gdy pióro nagle ruszyło z miejsca i szybkimi ruchami zaczęło zataczać się po kartce, wypisując znaki.

Gdybyś tylko tu był, byłoby nam ciepło i byłoby nam miło. Gdybyś tylko tu był, oddałabym ci siebie całą, w zamian zażądałabym ciebie, twojego zapachu, twojej skóry i tej pięknej możliwości zatopienia własnych ust w tobie. Gdybyś tylko tu był, popatrzylibyśmy na ciemność nocy, potem w swoje oczy – i uśmiechnęlibyśmy się, jak to cudnie, jak to cudnie, że jesteśmy tutaj razem. Gdybyś tylko tu był, zamknęlibyśmy wtedy to okno tak, żeby nocy nie widzieć, a żeby skoncentrować się na sobie. Gdybyś tylko tu był, sączyłabym płynne słowa w twoje ucho, gdybyś tylko tu był. Głaskałabym twoje włosy, wchłaniałabym ich zapach, głaskałabym je z myślą, że tylko ty, że tylko ty jeden jesteś dla mnie, a ja jestem dla ciebie. Gdybyś był, ale był – był tak obok i był blisko – przytulałabym cię do piersi, jak miałam w zwyczaju, przypłynęłyby znowu te myśli, jaki to skarb trzymam przy sobie i nie zamierzam wypuścić z rąk. Gdybyś tylko tu był, przytuliłabym cię mocno, zbliżyłabym do siebie na odległość dotykających się ubrań, gdybyś był. Gdybyś był.

Gdybyś tylko tu był – zapewniłabym, że nie zamierzam już składać myśli w złe zdania, lepić refleksji w brzydkie kulki. Gdybyś tylko tu był, wiedziałbyś, jak dużo się zmieniło, jak odpłynęła ciemna mgła, jak odpłynął statek widmo, jak rozpuścił się lament w realności. Gdybyś tylko tu był, nie potrzebowałabym wielu słów, byś wiedział, że jest dobrze, że jest lepiej niż było kiedyś. Gdybyś tylko tu był, życzyłabym ci tej samej metamorfozy, tej samej, ona dobrze robi na życie. Gdybyś tylko tu był, ale był – był tak obok i był blisko.

Gdybyś był – uśmiechnęłabym się do ciebie mimo krzywd, które mi zadałeś. Gdybyś tu był – uśmiechnęłabym się do ciebie mimo smutku, którego byłeś powodem. Gdybyś tylko tu był – uśmiechnęłabym się do ciebie mimo żalu, który tkał kiedyś w moim sercu srebrzyste pajęczyny. Gdybyś tylko tu był – nie byłoby ważne to, co się stało, ale to, co się dzieje – to, co jest nasze – to, czym jesteśmy. Gdybyś tylko tu był i gdybyś chciał gwiazdkę z nieba – dostałbyś ją.

 Gdybyś był – mógłbyś rzec obojętnie jakie życzenie – spełniłoby się. Zamieniałabym się dla ciebie w spełnienie, w szczęście, w radość – gdybyś tylko tu był. Gdybyś tylko tu był, sama byłabym tą radością, tym szczęściem. Gdybyś tylko tu był – pragnęłabym przelać je na ciebie, pragnęłabym, byś był jeszcze bardziej szczęśliwy ode mnie. Gdybyś tylko tu był, wiedziałbyś, jakie znaczenie mają wspólne pasje i wspólne namiętności, wspólne zainteresowania i te same poglądy, te same ,,lubię” i te same ,,nie lubię”. Pamiętasz? Gdybyś był – teraz, gdy zaczęłoby się wszystko prawie że od nowa – wiedziałbyś, jakie ma to znaczenie. Pewne zwyczaje i nawyki po prostu są, a wszystko inne, co duchowe i w kwestii charakteru, jest ulotne, można to zmieniać na lepsze, można doskonalić, konfigurować, można tym kierować, manewrować. Zwłaszcza, gdy wchodzi w grę druga osoba. Gdybyś tylko tu był, może doceniłbyś wagę poświęcenia, gdybyś tylko tu był i widział, jak ja się poświęcam, jak upadam i jak błagam.

Gdybyś tylko tu był, nie bałabym się tak, jak boję się teraz. Nie wyobrażałabym sobie tych ludzi stojących za mną, nie słyszałabym kroków gdzieś w oddali, skrzypienia drzwi, zamykania ich czy otwierania, nie imaginowałabym w umyśle okoliczności, które nie mają miejsca w rzeczywistości. Boję się strasznie tej ciszy, która maluje w mojej głowie niepokojące obrazy, która tworzy nieistniejące dźwięki. Boję się okropnie, że ta cisza mnie pochłonie, że oni, ci ludzie, w końcu przestaną szeptać, a zaczną wrzeszczeć mi do ucha.

Tylko ciebie brakuje do pełni księżyca. Tylko ciebie brakuje, by księżyc był biały, piękny, cały, pełny, dokończony. Gdybyś tylko tu był – wszystko byłoby inaczej – inaczej niż było kiedyś, choć podobnie z pewnych względów, bo wierzę, że pewne wartości nie straciły dla ciebie znaczenia albo po prostu chcę, by tak było i dlatego tak myślę. I nic z tego nie ma. Ale gdybyś tu był, po prostu był, powiedziałabym wszystko inaczej niż dzieje się to teraz, jaśniej, prościej i krócej.

Czy nie jestem zbyt egoistyczna? Tutaj nie chodzi o moje szczęście. Tylko o twoje szczęście.

Dostałbyś je, gdybyś tylko tu był. Gdybyś tylko tu był, gdybyś stał blisko i patrzył mi w oczy – zobaczyłbyś w nich wszystko to, czego nie wyrażą żadne słowa.

132. Duszności

Uwaga, ten tekst jest naprawdę długi.
I nawiedzony – jego czytanie może zająć Wam resztę życia!

Tego wieczoru księżyc znowu powiesił się na granacie nocy za pomocą niebiańskiego stryczka. Cały zbladł. Krew niestety nie docierała do nieba.

Ów księżycowy nieboszczyk górował nad nocnym krajobrazem. Biała, okrągła kula rzucała mglistą poświatę na czubki wysokich sosen, ostatnie tchnienie. Armia drzew stała w nieregularnych rzędach, oddychając lekko i ciesząc się złudnym spokojem.

Park, w którym Czarownica zajmowała jedną z ławek, stykał się od południa z linią lasu. Nie byłoby to warte uwagi, gdyby nie fakt, że krążyły pogłoski, iż ludzie w najlepszym wypadku wychodzili z tegoż lasu bez jednej nogi… Czarownica starała się nie patrzeć w stronę przerażającej ściany drzew. Skoncentrowała wzrok na starej sadzawce marzącej o byciu białą, marmurową fontanną. Krople wody, zupełnie znikąd, spadały jednostajnym rytmem w to samo miejsce. Czarownicy wydało się to nad wyraz ciekawe.

Ogółem mówiąc, park nocną porą był strasznym miejscem.

Czarownica siedziała sobie na poskrzypującej ławeczce i pociągała nosem w lekkim przeziębieniu. Owinięta szalikiem, co prawda nie swoim ukochanym fioletowym, siedziała i pozwalała, by jej blade policzki pokrywały się zimnymi rumieńcami. Gdy woda przestała kapać z niewidzialnego źródła, czyli kiedy nie było już czemu się przyglądać, dziewczyna wstała i minąwszy drzewko przystrzyżone na kształt nawiedzonego okrętu, podreptała w stronę najbliższej ścieżki. Pod stopami zadudniły kamienie, przerwawszy na moment swoje rozmowy.

Powiadano, że idąc parkowymi ścieżkami można spotkać na swojej drodze zjawy… Opowiastki starszych ludzi okazały się prawdziwe, czasem nawet pozornym szaleńcom trzeba wierzyć.

– Elżbieta Rydnerówna, Elżbieta Rydnerówna… – kobieta ubrana na szlachecką modłę przypłynęła znikąd, podając rękę spacerującej dziewczynie. – Gdzież jest mój Henryk? Widziałaś go może, młoda damo? – duch szlachcianki począł płakać, a łzy znikały w falujących tkaninach. – Wyszedł kiedy, mówił, że wróci za niedługo, dni i noce czekałam… Nie przyszedł…

Czarownica minęła zjawę bez słowa, zresztą to wszystko przez te emocje o nieznanej nazwie, przez uczucia, które brały się znikąd i zaciskały gardło. Gdy jeszcze raz spojrzała za siebie, spostrzegła, że widmo unosi się w smutnym rytmie w górę i w dół, w górę i w dół… Od jednej z widmowych nóg ciągnął się dźwięczący łańcuch, a niewolnicza kula ginęła gdzieś w pobliskich krzakach.

Gdy odwróciła się, zastała kolejną zapłakaną kobietę.

– Panienko, panienko… – rozmazany tusz spływał po całej widmowej twarzy. – Mówiono za mego życia, iż lepiej być trupem, aniżeli zakochanym… Nie wiedziano jeszcze wtedy, że najgorsze jest pałętanie się po zaświatach z poranionym sercem… – kobieta wskazała miejsce swojego cierpienia, po czym w towarzystwie przerażającego jęku rozpaczy rozdarła długimi paznokciami swoją tunikę. Z poszarpanej dziury wylała się blada pierś pokropiona stalową krwią.

Czarownica zniosła cierpliwie tę kolejną tyradę. Zjawa zamilkła i zawisła smętnie nad ziemią tak samo jak poprzednia. Łańcuch kolejnej niewolnicy miłości zatopiony był w splątanych, krwistoczerwonych różach rosnących nieopodal.

Jak można było się spodziewać, za zakrętem czaił się kolejny duch. Kobieta przeglądała się w złotym lusterku i co chwilę poprawiała usta pomadką. Słychać było trzepot jej makabrycznie długich rzęs. Ubrana w długą, obcisłą suknię wznosiła się nad ziemią, a jej duży dekolt podkreślał falujące piersi. Długie, czarne włosy kontrastowały z bladą cerą i karminowymi ustami.

– Hej, dziewczynko… – przemówiła zjawa, emanując dziwną energią. – Co tak samiuśka po parku spacerujesz? Okazji szukasz, aż jakiś chłopczyk porwie cię w krzaki, co? – zaśmiała się jak stara, zła ciocia. – Jednakowoż życzę ci, abyś nigdy nie stała się tym, czym ja stałam się po zawodzie miłosnym – panną lekkich obyczajów… Nie bądź taka, dziewczynko. Nie bądź… – przerwała, by wypudrować policzki. – Nie szukaj zdradliwych ramion, ramion szukających rozrywki – szukaj ramion silnych, stanowczych, zakochanych…

Zamilkła i zastygła w pozie tej samej co pozostałe, począwszy unosić się w górę i w dół. W górę i w dół…

– Tulipan jest czerwony, róża jest biała, nie kochaj chłopców, bo jesteś za mała…

– Igła szuka nitki, młotek szuka kowadła, nie zakochuj się nigdy, z miłością idź do diabła…

– Dlaczego wybrał inną? Pytasz siebie. Odpowiedź poznasz być może w niebie…

– Kocha się za zalety, kocha się za wady, kto tego nie rozumie, nie ma na niego rady…

– On kłamał, on oszukiwał, nigdy nie zostawiony – nie szlochał, on nigdy niestety prawdziwie nie kochał… Ta miłość wydawała się szczera, przekształciła się w kłamstwo, wiem to dopiero teraz… Płakałam kiedyś wzruszona tą piękną miłością, teraz wypłakuję łzy goryczy z bezdenną żałością…

Czarownica konsekwentnie milczała. Mijała kobiety z różnych epok, wszystkie tak samo zapłakane i zmarnowane przez życiowe doświadczenia. Ofiary miłości. Nie podejmowała z nimi rozmów do czasu, gdy jedna z nich powiedziała coś, co ukłuło Czarownicę w samo rozszarpane serce.

– Wiesz, dziewczę, lekarstwem jest nienawiść… Zemsta i zawiść. Nienawidź człowieka, który cię zranił… Który rozkochał, a potem serce poranił…

Dziewczyna przystanęła gwałtownie. Otworzyła szeroko oczy, po czym przez czas jakiś wpatrywała się w jeden punkt przed siebie, pozwalając, by w jej głowie rozszalała się burza tysiąca myśli. Spokojny, rzeczowy, niemal obojętny głos widma dobiegający gdzieś z boku, przyprawiał o dreszcze. Po długiej chwili Czarownica zwróciła wzrok w stronę jego źródła.

Duch kobiety patrzył na nią beznamiętnie wyblakłymi, brązowymi oczami – niegdyś pełnymi energii i chęci do życia. Zjawa ubrana była w zwyczajną garsonkę – co prawda oliwki, z którymi kojarzył się kolor jej ubrań dawno już zgniły, jednakże pozostawała przy tym elegancka. Całości dopełniały podarte rajstopy, potargany kok i wielka plama widmowej krwi pod lewą piersią, plama blada i skrząca się martwymi refleksami.

– Świetnie, cudownie – odpowiedziała Czarownica. – Naprawdę dziękuję za tę beztroską radę, ale na serio nie trzeba było – ironizowała dalej. – Poradziłam sobie z tą całą piekielną nienawiścią wcześniej, kwitnie we mnie całymi kwiatami. Wielkimi kwiatami.

Przewróciła oczami i postawiła krok do przodu.

– Czuję ironię w twym głosie. Gryzie mnie w moje gardło – odpowiedziała zjawa, poprawiając biały kołnierzyk.

– Gratuluję sprytu.

– Czekaj, panienko… Nie udało ci się znienawidzić? To powinna być twoja naturalna reakcja. Swego czasu czytałam sporo książek na ten temat.

Wiedziałam, że to jakaś zakurzona bibliotekarka z pajęczynami w uszach!

– Widzę krew nad twoim sercem. To znaczy, że masz za sobą zawód miłosny, czyż nie?

– Tak, to prawda, jednakże przeżyłam go inaczej niż pozostałe kobiety, które znam.

– Pani Zjawo, chociaż bardzo by się chciało załatwić sprawę w sposób, który pani doradza, to jest to niemożliwe. Następnym razem proszę sięgać do pozycji naukowych, tzn. książek psychologicznych. Nie po żadne fantasy.

– Półka, z której sięgałam jedną z książek na ten temat wznosiła się bardzo wysoko – rzekł z dumą duch bibliotekarki, jakby miało to jakieś znaczenie. – Niestety spadłam ze stołka i teraz jestem, kim jestem… – dodała ciszej. – Ale przecież mężczyzna – odchrząknęła – który wedle kobiety postępuje nieludzko, tak, jakby sam na pewno nie chciał być potraktowany, zasługuje jedynie na potępienie i nienawiść ze strony zranionej…

– Za dużo naczytała się pani tych abstrakcyjnych książek – stwierdziła Czarownica poważnym tonem. – W praktyce jest inaczej – dodała, spuszczając wzrok.

– Naprawdę? – bibliotekarka zafrasowała się wielce. – Możesz mi to wytłumaczyć? – zapytała, wyjmując zza siebie skórzany notatnik i czarne pióro.

– Hm… Dobrze, spróbuję. Szanowna Pani Zjawo…

– Notuję, notuję.

– Dobrze, dobrze. Szanowna Pani Zjawo, wielokrotnie próbowałam uzmysłowić sobie, że – zacytuję pańską złotą myśl – ,,nienawiść jest lekarstwem”. Można powiedzieć, że niemal to sobie wmawiałam, tak jak na siłę wpycha się w siebie jedzenie. Mówiłam niestworzone rzeczy tylko po to, by naprawdę w nie uwierzyć. Przeszkadzała w tym wszystkim jedna jedyna świadomość, mianowicie to, że doskonale zdawałam sobie sprawę, iż przecież myślę coś innego. Zmuszałam się do nienawiści, co kończyło się niepowodzeniem. Choć wypływały ze mnie strumienie złej energii, która przejawiała się w słowach wieszczących zemstę, była to tylko rozpaczliwa reakcja na własne uczucia, te prawdziwe. Miłość, żal i smutek chciałam zastąpić wymyśloną nienawiścią. Niestety taki zamiar nie pokrywał się z tym, co tak naprawdę czułam. Czasem pytam się sobie czy żałuję wszystkich wypowiedzianych słów, tych nienawistnych kłamstw, ale nie potrafię znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Choć moja nienawiść wypadła nadzwyczaj naturalnie, to i tak nie mam szans na cofnięcie czasu – zresztą nawet jeśli miałabym go cofnąć, to wybrałabym zupełnie inny moment mojego życia. Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać. Może to, iż odnoszę wrażenie, że niemal pod każdą kobiecą nienawiścią do mężczyzny, który ją zostawił, kryje się wielkie, szalone uczucie. Niestety niedocenione i nieistotne, przez to tak bardzo palące, dymiące setkami znaków zapytania. I choć nie wiadomo jak gwałtownie kobieta ostrzyłaby nóż, to i tak rzuciłaby się mężczyźnie w ramiona, gdyby tylko usłyszała jego ,,chodź, jestem tutaj”. Wniosek jest taki, że taka nienawiść to nie lekarstwo, przeciwnie – to trucizna, która może jeszcze bardziej zepsuć wnętrze człowieka, bo będąc nieprawdziwa, przynosi poczucie winy, że wypowiedziało się zbędne kłamstwa.

Widmowa bibliotekarka wzniosła się ku górze, lecz zapomniała o właściwym sobie rytmie i już tam została. Rozległ się cichy odgłos upadku pióra na ziemię.

– Już pani rozumie, jak rodzą się niepotrzebne problemy w młodej głowie, których można by było uniknąć, ale nie da się, bo jest to strasznie trudne? Bo nie można powiedzieć swojej głowie ,,nie myśl”, ,,nie analizuj”, ,,idź pobiegaj”? Tylko czemu rodzimy się z tak rozwiniętym układem nerwowym? Wolałabym urodzić się przezroczysta, mieć sześć nóżek i czerwoną plamkę na środku tułowia, aniżeli znać znaczenie nadmiaru emocji wyzwalanych przez złe doświadczenia, niepojęte zagrywki, rozczarowania… I w ogóle, przez wszystko. Jest już późno, to znaczy właściwie zaraz wstanie dzień, muszę być na czas w swoim łóżku. Pani Zjawa chyba wybaczy?

Widmo otrząsnęło się z zamyślenia i w odpowiedzi na czarownicowe pytanie wyciągnęło zza siebie jakąś starą, sfatygowaną książkę.

– Proszę, to dla ciebie.

– Dla mnie? Co to za książka? – zapytała zaciekawiona Czarownica, oglądając czarną, zniszczoną okładkę. Znalazła odpowiedź, gdy otworzyła księgę i przeczytała na pierwszej pożółkłej stronie następujący tytuł: ,,O prawdziwych konsekwencjach zawodu miłosnego, czyli co kryje się pod przykrywką nienawiści”.

– Widzę, że jednak, szanowna widmowości, zna pani odpowiednie lektury…

– Nie, dziewczę, to skromne dzieło powstało w międzyczasie, gdy sobie tutaj rozmawiałyśmy.

Czarownica spojrzała na trzymaną w dłoniach książkę.

– Aha. To ja będę się zwijać. Miło było panią poznać, zatrzymać się na dłużej i, mam nadzieję, rozświetlić pewne kwestie. Do widzenia…

– I ja dziękuję za chwilkę ciekawej rozmowy. Skłoniła mnie pani do refleksji – liczę, że zajmą mi one czas do końca wieczności, na którą jestem skazana jako duch…

– I ja tego pani życzę.

Dziewczyna posłała nieśmiały uśmiech na pożegnanie, odwróciła się w stronę furtki i powoli zaczęła iść w jej stronę. Spuściła głowę i w głębokim zamyśleniu obserwowała poczynania własnych butów. Po chwili, w czasie tak krótkim, że wystarczającym jedynie na mrugnięcie okiem, minęła się w furtce z duchem znanego sobie mężczyzny, lecz nawet tego nie zauważyła, tylko przez moment zrobiło się strasznie zimno. Wzdrygnęła się i przyspieszyła, wzniosła wzrok ku niebu, popatrzyła na zaczątki wschodu słońca, a perspektywa dnia budzącego się do życia ogrzała jej umysł. Wzięła głęboki wdech i troszkę pewniejszym krokiem ruszyła przed siebie.

131. Sen?

Na ulicach coraz częściej można było usłyszeć pociąganie nosem. Ludzie wywracali zawartości swych szaf, by znaleźć ukochany szalik. Wszyscy je mają, wszyscy je znaleźli, tylko Czarownica gdzieś zgubiła swój. Kochany, fioletowy szalik. Jest jej zimno.

– Słuchaj, Paproszku, lubisz to powietrze?

– Zimno jest.

– Tak, zimno. Dlatego pytam – lubisz to mroźne powietrze?

– Nienawidzę tego uczucia chłodu.

Czarownicowe oczy zaszkliły się pod wpływem fali zimnych myśli i wnet zamarzły, pokrywając się cienką warstwą lodu. Pękły z głuchym trzaskiem, gdy Czarownica zamrugała, gdy otrząsnęła się z melancholijnych rozmyślań.

– To tak samo jak ja.

Pomieszczenie wypełniło się zimnym powietrzem na tyle, by oddech zamieniał się w srebrne obłoki. Unosiły się smętnie w górę i przylepiały do sufitu.

Czarownica zmarszczyła brwi. Widok młodego chłopaka, który wziął się znikąd, wprawił ją w ciche zaskoczenie. Zaintrygował ją. Siedział po drugiej stronie tego smutnego pokoju o ścianach w kolorze zielonej, wyblakłej nadziei… Dokładnie naprzeciwko niej. Sprawiał wrażenie, jakby spędził tu sporo czasu. Jakby tkwił w tej samej przygnębiającej pozie całe długie godziny. Długie, rozpuszczone włosy zasłaniały mu twarz, gdyż w całym swoim smutku, wyzwalającym współczucie, miał głowę spuszczoną na dół. Ręce oparte na kolanach zwisały bezwładnie. Zwisały bezradnie.

Nie mówił nic, nie poruszał się niemal wcale. Ból jego istnienia przejawiał się w długich, cichych oddechach. Czarownica słyszała tylko to – miarowe oddechy, łzy, które wyparowały i przemieniły się w smutne powietrze. Patrzyła na niego wzrokiem całkiem zwyczajnym. Zwyczajnym, lecz wyczekującym. Chciała, by podniósł głowę i spojrzał jej w oczy.

Mijały długie minuty. Oko Wyobraźni widziało wciąż tę samą scenę – dwójkę ludzi siedzących przy przeciwnych ścianach, dziewczynę patrzącą na milczącego chłopaka. Nie poruszali się. Poruszało się tylko mroźne powietrze, te straszne, srebrzyste obłoki wypełnione cichym cierpieniem.

Wieczne oczekiwanie pękło z głośnym trzaskiem, jak bryła lodu wysadzona od środka. Na podłogę opadły jego kawałki, większe, mniejsze. Całości dopełniały najmniejsze cząsteczki, malutkie kryształki, które były w pomieszczeniu od początku. Chłopak przemówił.

– Wiesz czemu jest tu tak zimno?

Dziewczyna odskoczyła do tyłu na dźwięk ludzkiego głosu. Po chwilach lekkiego szoku przemyślała pytanie. Spojrzała na rozsypany lód, zimne, srebrne obłoki, okno o czarnych ramach wypełnionych lodowym szkłem, przez które sączyła się biała mgła… Czemu? To chyba oczywiste? Zanim odpowiedziała cokolwiek, ponownie dał się słyszeć głos dobiegający od strony twarzy zatopionej w brązowych włosach:

– Nie wiesz.

Czarownica została wprawiona w zdumienie po raz kolejny.

– Nie wiesz, czemu jest tu tak zimno – chłopak mówił niemal szeptem, powietrze ze świstem wydobywało się z jego suchych ust. – Moje zimne serce jest powodem zaistniałej sytuacji.

Intymność tego wyznania wbiła niewidzialny sztylet w czarownicową pierś. Zdziwiona, nie miała żadnego pomysłu na odpowiedź, na jakiekolwiek pytanie. Zaskoczenie utknęło jej w gardle. Oczy mrugały w próbach zrozumienia otaczającej rzeczywistości.

– Znałem kiedyś dziewczynę, która była w stanie zrobić dla mnie wszystko. Nie doceniłem tego.

Chłopak zaczął kaszleć. Długo siłował się z poczuciem winy, które paliło mu gardło, nakazywało dusić się i błagać o czystość sumienia. Po uporaniu się z kaszlem, podjął osłabionym, zniekształconym głosem:

– Nie potrafiłem docenić jej umiejętności przyznania się do własnych błędów.

Czarownica spostrzegła, że już nie mruga w niewiedzy. Jej oczy były stanowczo wpatrzone w chłopaka, a raczej w jego pochyloną głowę, w niepoznaną twarz. Szkliły się i oczywiście niedługo potem pokryły się cieniutką warstwą lodu. Pozostawały otwarte.

– I czegoś jeszcze nie zauważyłem. Chyba najważniejszego. Nie potrafiłem… – chłopak znowu zaczął kaszleć, podniósł dłonie i złączył je tuż przy ustach, jakby chciał zagłuszyć swoje krzyczące sumienie. – …docenić tego, że…

Jego oddech stał się nieregularny. Nietrudno było się domyśleć, że to walka ze łzami.

– …tego, że chciała je naprawić… Nie d-dla s-siebie, ale… – kolejny atak kaszlu. Suchego, gryzącego w gardło… Włosy chłopaka falowały w powietrzu zostawiając za sobą smugi mroźnych cieni. – Ale… – chłopak kaszlał bardzo intensywnie, wredny kaszel przeszkadzał w wypowiedzeniu jednego prostego zdania. Po długiej walce z emocjami zaciśniętymi w gardle, chłopak odchrząknął kilkakrotnie, po czym był w stanie przemówić ponownie: – Nie dla siebie… – zniżył głos do szeptu, bardziej przez płacz, który w nim wzbierał, aniżeli w trosce o uniknięcie kolejnego ataku – …ale dla mnie.

Jego głos załamał się – ostatnie litery jego słów utopiły się w krótkim wydechu będącym wprowadzeniem do milczących łez. Żadna z nich nie zdążyła spaść na podłogę, gdyż chłopak podniósł głowę. Niepojętym zbiegiem okoliczności, kolor jego oczu był taki sam jak kolor ścian pomieszczenia. Zielona, wyblakła nadzieja. Twarz przedstawiała smutek. Była dziełem łez spływających po policzku.

Warstwa lodu na oczach Czarownicy pękła gwałtownie i niespodziewanie.

Jej łzy i łzy chłopaka poczęły spływać równym tempem.

Łzy czarownicy były zwyczajne, ludzkie, współczujące.

A łzy chłopaka? Gdy pierwsze z nich opadły na podłogę, zamieniły się w kryształki lodu, dołączając tym samym do reszty jego zaklętych smutków.

W pomieszczeniu zbierało się coraz więcej białej, zimnej mgły. Chłopak znikał, rozpuszczał się w okolicznej bieli. W Czarownicy wezbrało niezidentyfikowane uczucie, poczuła, że równolegle z tym, jak znika jej rozmówca, ona coś traci. Wstała i zerwała się do biegu. Lecz chłopak zniknął. Zrobiło się całkiem biało. Dłoń dziewczyny, w założeniu mająca spocząć na ramieniu chłopaka, spotkała się z powietrzem. Intensywność bieli stawała się nie do zniesienia. Dziewczyna zamknęła oczy od oślepiającego blasku.

Zrobiło się dziwnie cicho. Otworzyła je. Obudziła się we własnej sypialni… A łzy zdążyły wchłonąć w policzki.