130. Księżyc spadł

Lekki wiatr późnego lata rozsiewał w powietrzu zapach nadchodzącej jesieni, idącej sobie jeszcze dość małymi, nieśmiałymi krokami. Jednakże coraz to słabsze słońce świadczyło o tym, że lato chyli się ku zachodowi. Naprawdę nie było z czym dyskutować.

Bluszcz, rozłożony wygodnie na ścianach i szybach werandy, oddychał zaprawdę spokojnie, wiedząc, że nic nie wyrwie się z jego ciemnozielonych rąk. Lekko drżał, ale to pod wpływem powietrza, które zresztą nie miało szans wpaść do werandy, gdyż było za zimne, w związku z czym okna były szczelnie zamknięte. Liście bluszczu mrużyły małe oczka z zazdrością, widząc to, czego nie widział normalny człowiek, mianowicie unoszący się w werandzie aromat kawy. Też by się napiły.

Ale ten przywilej był dany tylko trzem postaciom w środku.

– Dobra?

– Prosiłabym jeszcze o odrobinkę cukru, jeśli można – odpowiedziała dama w jasnych włosach po skonsumowaniu pierwszego łyka. Była to dama z artystycznie podniesionym do góry małym paluszkiem.

Rozległo się pstryknięcie palcami.

– Dzięki, Vai.

– Ależ proszę, Karolajno. Ola, a Twoja kawa?

– Moja jest dobra.

– Cieszy mnie ten fakt. Możemy teraz przejść do… – gospodyni przerwała, zauważywszy nietypowe poczynania jednej ze swych przyjaciółek. – Co ty robisz?

Karolina uniosła spojrzenie zdziwionych oczu znad słoika, który znalazł się w jej rękach, po czym oświadczyła troszkę oburzona tym, że przerwano jej zajmującą czynność.

– Co? Dodaję sobie konfitury do kawy.

– Aha… – rzekła Vai, wymieniając lekko przerażone spojrzenie z Olą. – No tak, widocznie zrobiłam ci za mocną… Musiałaś ją czymś doprawić.

– Mogę jeszcze wiśniowe?

– Oczywiście. Masz jeszcze to.

Czarownica sięgnęła pod stolik, skąd wyciągnęła srebrną tacę zapełnioną całą gamą dżemów owocowych.

– Dzięki!

Vai jakiś czas śledziła co się dzieje w filiżance Karolajny, po czym otrząsnęła się i przemówiła wreszcie:

– Słuchajcie, dziewczęta drogie, kończy się okres naszej wolności. Każda przeżyła go na swój sposób, udało nam się spotkać we trójkę, wykąpać się w jeziorku, zrobić całą rewię mody w związku z naszymi świetnymi strojami kąpielowymi…

– Dobrze ci w różowym – przerwała Ola.

Vai roześmiała się na wspomnienie tego kompromitującego koloru.

– Nie powiem, to było niezłe przeżycie, mieć taki strój na sobie.

– Wszystkim Januszom dobrze w różowym – dodała Burza Falowanych Włosów.

– Ola! Zabiję cię za to! Będę twoim osobistym koszmarem! Pożałujesz, że kiedykolwiek znałaś Janusza!

 Wszystkie trzy śmiały się w niebogłosy, tak głośno, że obudziły się wszystkie chmury, co to sobie zasnęły w związku z zapadającym zmrokiem. Jednakże nie ma lekko. Najbardziej słyszalny śmiech, śmiech Karoliny, która – tak dla ścisłości – wylądowała niemal pod stołem (może jednak chodziło o kolejne dżemy?), został przerwany gwałtownie wraz ze słowami Vai:

– Osobiście uważam, że najkorzystniej prezentowała się Karolina. W uniwersalnym, granatowym stroju pływackim a’ la ,,Z basenem na ty”.

Cisza nie trwała długo, znowu dał się słyszeć śmiech, przez który ponownie przebił się czyiś głos, tym razem Karoliny:

– Wyobrażacie sobie papieża na basenie? Papież wchodzi na stanowisko do skoku, wszyscy się na niego patrzą z niedowierzaniem, a on na to: ,,Sorry, czy można tu skakać na główkę?”

Chmury nie zaznały tego dnia spokoju…

– Wiecie co? – zagadnęła Ola. – Trochę nawet tęsknię za tą szkolną codziennością, za niektórymi ludźmi…

– Ja też – przytaknęła Karolina.

– I ja w sumie też. Chociaż po paru miesiącach zacznę błagać o wakacje…

– Właśnie z tych względów chcę wrócić do szkoły: klimat, ludzie, kompletnie inne formy spędzania czasu… – ciągnęła Ola.

– …sprawdziany z historii, daty do zapamiętania, w ogóle… HISTORIA – przerwała Karolina, zerkając oczami okrągłymi z przerażenia, to na jedną przyjaciółkę, to na drugą. – Ale co tam – wzruszyła ramionami, zagryzając ciasteczko. – Będzie śmiesznie. Olga, pamiętasz jak nie mogłam trafić w ciasteczko?

– Byłaś wtedy troszkę na haju. W ogóle, co za różnica, ty zawsze jesteś… – powiedziała Vai z uśmiechem, jednak po chwili na jej twarzy wymalował się wyraźny strach. – Ty, zobacz kto za tobą stoi… – rzekła szeptem, wpatrując się w przestrzeń za Karoliną.

– Nie zaskoczysz jej – powiedziała Ola.

– Wiem – Vai doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich drgających kącików ust.

– Pewnie. Wiem, że to papież – oświadczyła Karolina obojętnym głosem. – Zawsze za mną stoi i patrzy, jak wpieprzam wszystkie te konfiturki.

– Poczęstowałabyś go… – upomniała Ola.

– Masz, papież – rzekła Karolina, odwracając się za siebie i oddając przygotowaną przez siebie kanapkę z jagodowymi konfiturami.

– Jezus… Naprawdę? Bądź pobłogosławiona, młoda damo..
.

– Ależ nie ma za co.

– Smacznego – powiedziała Ola i Olga w tej samej sekundzie.

Reszta wieczoru minęła na rozmowach równie beztroskich, przeplatanych momentami powagi, zaciętymi dyskusjami, ale w przeważającej części – głośnym, szczerym śmiechem. Tylko te nieszczęsne chmury…

– Ty, co tam na dole tak hałasują dzisiaj?

No właśnie. Trójka dziewczyn nie mogła nacieszyć się swoją wzajemną obecnością, kolejnym spotkaniem obfitującym w wiele ciekawych wydarzeń…

Reklamy

129. List miłosny

Kochanie!

      Za oknem zrobiło się ciemniej, a jest środek dnia. Niebo i chmury poszarzały; myślę, że zbiera się na burzę. Lubimy burzę, prawda? To najbardziej namiętne zjawisko pogodowe. Jego intensywność mogę porównać do uczucia, jakim Cię darzę.

      Mam nadzieję, że po tym pierwszym akapicie zrozumiałeś, co jest celem tego listu. Pragnę wylać z siebie wszystkie metafory krążące w moim umyśle; uświadomić Cię, jak bardzo pragnę Twojego szczęścia. Twojego pięknego uśmiechu.

      Wiesz, uważam, że w dzisiejszych czasach słowo ,,miłość” nabrało bardzo ulotnego znaczenia. Słowa ,,kocham cię” są coraz mniej warte, bo ludzie nie wiedzą, kiedy należy je użyć. Myślę, że wzbudzę w takich ludziach jakieś refleksje, przemieniając słowo miłość na… miłowanie. Czy teraz brzmi ono poważniej? A znaczy to samo. Miłowanie. Umiłowanie drugiej osoby. Jesteście na to gotowi, czy miłość jest dla was zabawą? Traktujcie się poważnie. Mówiąc ,,kocham” zobowiązujecie się, że będziecie z daną osobą na dobre i na złe.

      Kochanie, bądź pewien, że nigdy Cię nie opuszczę, cokolwiek by się działo. Nigdy nie sprowadzę naszej miłości do formy zbliżonej tym, które można zaobserwować w brazylijskich serialach… Zdrada, osoby trzecie… To dla mnie zbyt niedojrzałe, zbyt trywialne. Nie chcę stać się takim człowiekiem. Człowiekiem, który rani niegdyś ważne dla siebie osoby właściwie tylko po to, by samemu się uszczęśliwić. Skończonym egoistą. Taki człowiek nosi w sobie niewidzialne krzywdy, tak samo jak niewidzialny jest jad, który spływa mu kącikiem ust, gdy się uśmiecha, gdy ładnie patrzy, gdy mówi piękne słowa.

      Pragnę uchronić Cię od takiego zła, nie zasługujesz na nie. Dziś doceniam Cię tak bardzo, jak doceniałam Cię o wiele wcześniej. Nie tracisz u mnie swojej wartości. Niezmiennie uważam Cię za najważniejszą istotę mojego życia. Nie przechodzisz do codzienności. Nie stajesz się zwyczajny, zwykły. Nie nudzisz mi się. Wręcz przeciwnie, zaskakujesz mnie codziennie, codziennie od nowa rozbudzasz we mnie zachwyt swoim uśmiechem, codziennie od nowa uwielbiam Twoje słowa. Codziennie od początku dostrzegam w Tobie to, co oczarowało mnie pierwszego dnia. Ta czerwona świeczka w kształcie serca, rozsiewająca piękny zapach w pokoju naszej miłości, nigdy nie zgaśnie – zawsze będzie palić się stanowczym płomieniem, takim jak wczoraj, takim jak dziś. Tylko, że bardzo się boję, że ktoś ją zdmuchnie.

      Trudno jest mi prosić Cię o cokolwiek, bo wychodzę z założenia, że miłość jest bezinteresowna. Jeśli Ty jesteś gwiazdką, a ja jestem kwiatkiem, to strzałka obrazująca moją miłość do Ciebie prowadzi od kwiatka do gwiazdki. Umiłowanie drugiej osoby. Stąd trudno mi jest poprosić Cię o pewną rzecz. Ale zrobię to. Proszę Cię tylko o jedno – wyzwól mnie od obaw. Od lęku i wszystkich tych strasznych snów. Otocz tę świeczkę swoimi dłońmi.

      Chociaż ktoś z góry dał mi dar bezproblemowego definiowania w słowach własnych uczuć i przeżyć, wiem, że żadne słowa nie oddadzą tego, co do Ciebie czuję. Jak bardzo jesteś ważny i jak bardzo chciałabym posłać Cię do nieba, posadzić Cię na chmurze, byś zobaczył wszystkie te piękne, niebiańskie obrazy. Oddam Ci wszystko co mam, jeśli powiesz choć słowo. Zrobię dla Ciebie wszystko, spełnię każdą Twoją prośbę i każde Twoje życzenie. To brzmi na pewno bardzo wzniośle, ale tak jest! Ty jesteś tym, którego pragnę uszczęśliwiać! Oddam wszystko! Oddałam duszę, oddałam ciało, oddam wszystko, co mi zostało…! A Ty? Ty po prostu uśmiechnij się i wyzwól mnie od obaw. Uśmiechnij się i uwolnij mnie od lęków!

      Pokazano mi, że uczucia – nieważne jak wielkie i głębokie by były – mogą zostać niedocenione. Być niczym. Dane mi było poczuć się jak pies przywiązany do drzewa i zostawiony w lesie. Nie pomogła mi nawet piękna pełnia księżyca, bo umierałam z głodu, braku jedzenia i braku uczuć, z tęsknoty. Nauczono mnie, że optymizm jest niczym, że nadzieja jest niczym, że dobre zamiary są niczym, że słowa z Małego Księcia – ,,decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez” – są nic niewarte, że nie wszyscy potrafią je zrozumieć. Ty na szczęście codziennie uświadamiasz mi, że rozumiesz te słowa. Że rozumiesz mnie. Gdyby moje podziękowanie za to, że trwasz przy mnie zostały zmaterializowane, nie zmieściłyby się na świecie. Możemy teraz razem podziwiać pełnię. Tak jest lepiej. Brr, zrobiło się chłodno… Hej, nie jest Ci zimno? Zbliż się jeszcze bardziej, przytul się szybko, przytulę Cię, bo inaczej zmarzniesz.
      Skarbie mój, nie, mi wcale nie jest zimno, rozgrzewa mnie uczucie, które we mnie jest. Ty jesteś sprawcą tego ciepła, przecież wiesz, nie potrzebuję swetra. Mniemam, że jeśli na dodatek teraz się uśmiechniesz, zrobi mi się zbyt gorąco.
      Teraz, gdy płaczę ze wzruszenia całą tą bliskością, gdy płaczę z wdzięczności, nie muszę połykać własnych łez. To ważne. Niegdyś połykałam własne łzy, były słone i niedobre. Dziś po mojej twarzy krążą najpiękniejsze usta na świecie, usta, które zbierają łzy swoimi pocałunkami.
      Pamiętaj, kochanie, jeśli ktoś z pistoletem zastawi mi drogę do Ciebie, odbiorę mu broń, zastrzelę go i pobiegnę do Ciebie. Pamiętaj, słońce, że jeśli ktoś wrzuci Cię do przepaści bez powrotu, wskoczę tam za Tobą na własne życzenie. Pamiętaj, że wskoczę za Tobą w każdy ogień, bo jestem pewna, że nie ma większego gorąca od tego, które się we mnie unosi.
      Jestem obok, skarbie. Jak zawsze. Wołaj mnie za każdym razem, gdy będziesz tego potrzebował – pora dnia nie gra roli, noc, dzień, bez różnicy. Przecież kocham Cię zawsze.

Z głębi piekła,
V. 

128. Dowód na niezwykłość

Słońce pokryte zdrowym purpurowym rumieńcem zachodziło sobie w najwyższym spokoju, wiedząc, że nic mu nie przeszkodzi, jak to nie stało się od czasów zamierzchłych. Chmury przypudrowały beztrosko swym istnieniem wielki, słoneczny nos, lecz był to puder jakości wielce średniej, gdyż mimo wszystko wyraźnie było go widać.

Ogromne pole złotego zboża, ciągnące się dokładnie w nieskończoność, skąpane było w czerwono-niebieskim blasku, a jak wiadomo – czerwony plus niebieski równa się fioletowy. Piękny był to krajobraz, zmącony tylko w jednym punkcie. Punkt ten stanowiła ciemna figura, pnąca się w górę w niewyjaśniony sposób w całych tych dziwnych, zbożowych okolicznościach. Mianowicie był to wysokiej klasy strach na wróble.

Nie różnił się dużo od tego, którego normalny człowiek ma przed oczami, gdy wypowie w myślach te trzy magiczne słowa. Miał na sobie stare, wytarte ogrodniczki, bo – jak każdego stracha na wróble – nie interesowały go najnowsze trendy ze świata mody. Jeśli chodzi o nakrycie słomianej głowy/pustego łba, niepotrzebne skreślić (lub w ogóle nie skreślać), strach zadowolił się starym, dziurawym kapeluszem z jedną zeschniętą biedronką, a w ramach swojej odświętnej koszuli wizytowej posiadał farmerską koszulę w kratkę. Słoma, rzecz jasna, wystawała mu zewsząd – nawet z butów.

By sprawiedliwości stało się zadość rzec trzeba, iż strach na wróble nie był na polu sam. Nie, nie tego dnia. Co prawda zazwyczaj był sam, rzecz oczywista, przecież kto by się przejmował strachem na wróble? Jakby tego było mało, nie przejmowały się nim nawet żadne ptaki, gdyż takowe nie raczyły odwiedzić nawet pysznego, złotego zboża (dobra, bo chroniło je odpowiednie zaklęcie), a co dopiero starego stracha, którego w najbardziej poetycki sposób można było porównać jedynie do leśnego grzybka.

Lecz tego dnia, powoli opadającego za horyzont, by ustąpić miejsca przyjemnemu wieczorowi, strach na wróble zdziwił się bardzo, gdy ziewając szeroko zauważył ludzką głowę, lewitującą sobie nad linią zboża. Obserwował tę okoliczność z rozdziawioną gębą – parę słomianych nitek spadło na ziemię. Reszty postaci faktycznie nie było widać – widoczna była jedynie burza brązowych włosów, rozświetlonych przez zachodzące słońce na fioletowo. Nic więcej. Czego chcą ode mnie te włosy? – pomyślał strach, wzdrygając się lekko.

Gdy włosy znalazły się dostatecznie blisko, okazało się, że należą do…

– Cześć, Strachu. Chcesz ciasteczko? – zapytała Czarownica, uśmiechając się szeroko, dowodząc tym samym, że nie składa się z samych włosów.

– Hm, nie, dzięki. Mam jeszcze swoje – odrzekł Strach Na Wróble, wyciągając z kieszeni ogrodniczek metalowe pudełko z okruszkami po ciastkach, okruszkami w bardzo sędziwym wieku. – Co cię tu przywiało? – zapytał, odganiając z umysłu straszne wizje, jakie go nawiedziły po zadaniu tego pytania, mianowicie burze, huragany i własne kończyny w oku cyklonu.

– Po prostu udałam się na spacer – odpowiedziała Czarownica. – A że wiadome mi było, iż jesteś tu sam, to postanowiłam cię odwiedzić. Spacer i dobry uczynek. Wiesz, takie dwa w jednym.

– Mhmr… – zamruczał Strach z głębin słomianego wnętrza. – To zacne.

– Zacne, zacne, nie to co twoje dziurawe kalosze, staruszku.

Strach rzeczywiście zacmokał ze współczuciem na widok własnych butów.

– Nie myślałeś, panie, żeby przypadkiem nie zmienić czegoś w swoim życiu? Życiu płynącym jednostajnym rytmem, dryfującym leniwie wśród innych żyć… Podoba ci się tkwienie tutaj, na polu pośrodku niczego?

Rozmówca zastanowił się głęboko, po czym odpowiedział:

– Realistycznie myśląc, nigdy nie będę kimś innym niż strachem na wróble. To smutne, ale taka jest prawda. Nie próbuj wciskać mi bajek o lepszym świecie.

Czarownica zmrużyła oczy, próbując wniknąć między mroczne, ciężkie myśli Stracha. Po dłuższej chwili podjęła ponownie:

– Pomogę ci. Tylko sam musisz wiedzieć, czy przyjmiesz jakąkolwiek pomoc. Chcesz jej?

Strach patrzył na Czarownicę podejrzliwie. Przychodzi tu taka Burza Włosów Nieokreślonego Koloru i gada niestworzone rzeczy. Z czystej ciekawości odpowiedział:

– A tak, prosiłbym o pomoc w tej beznadziejnej sytuacji.

– Dobrze – odrzekła Czarownica z uśmiechem. – Mam propozycję, pomogę Ci z tego wyjść… Proponuję ci przeprowadzkę w inne miejsce, całkowicie różne od tego smętnego pola. Ono naprawdę ładnie wygląda i pewnie się do niego przywiązałeś, lecz zapewniam cię, że w moim różanym ogrodzie znajdziesz większe pocieszenie. Będziesz miał okazję podziwiać ciekawe obrazy – pożegnaj się z teraźniejszą monotonią. Ponadto, będziesz miał okazje do rozmów z ciekawymi istotami, tam po prostu nie będziesz sam. To ważne! Co ty na to?

Strach myślał długo. Wreszcie rzekł:

– Mam jedno zastrzeżenie. Czy masz tam jakieś ławeczki?

Czarownica zmarszczyła brwi. Ławeczki?

– Ławeczki. Ławeczki… Oczywiście, że w moim ogrodzie są ławeczki. To jest taki ogród łamany na park. Miłe miejsce do siedzenia. Mam tam dużo ławeczek. Ładnych. Z artystycznie poskręcanymi oparciami.

Strach Na Wróble wyraźnie się rozpromienił. Przez chwilę można było odnieść wrażenie, że słońce pierwszy raz w historii świata rozmyśliło się w kwestii swojego zachodu.

– Odpoczniesz tam. Czeka cię całkiem inne życie – dodała Czarownica zachęcająco. – Uwierz. Chodźmy.

Strach skierował ręce za siebie i w milczeniu odwiązał się od drewnianego słupa, po czym zeskoczył na ziemię. W zasadzie to dopiero pierwszy raz dotknął złotego zboża.

Czarownica i Strach Na Wróble Których Nigdy Nie Było powędrowali ramię w ramię ku lepszym perspektywom. Nikt nie wiedział, jakie uczucia dominują w tych dwóch czarnych figurkach, dwóch czarnych plamach na nieskazitelności złotego pola. Nikt nie wiedział o radości Czarownicy z faktu, że pomogła kolejnemu istnieniu. Nikt nie wiedział o szczęściu, jakie kwitło w sercu Stracha – co prawda słomianym, ale czującym. Strach przez całą drogę topił się w rozmyślaniach i wyobrażeniach na temat nowej, lepszej rzeczywistości, która go czeka. Raz tylko wyraził swoją wdzięczność słowami:

– Wiesz, nie miałem pojęcia, że gwiazdki z nieba wyglądają jak czarownice.

127. Bajka z morałem (recenzja Metal Hammer Festival 2007)

Nie pamiętam w jaki sposób dowiedziałam się o tym, że na tegorocznym Metal Hammerze występuje Tool, jednakże pewne jest, że już wtedy na 100% wiedziałam, że będę 12 sierpnia w Katowicach.

Zachęcająco brzmiał dla mnie także występ Chrisa Cornella, co prawda niestety w wykonaniu solowym, co w przeciwieństwie do jego dokonań w Soundgarden czy Audioslave – w ogóle mnie nie porywa. Niemniej jednak cieszyłam się, że go zobaczę i usłyszę jego wokal na żywo, wokal będący jednym z najlepszych jakie znam.

Zainteresował mnie także zespół Fair to Midland. Znalazłszy odpowiednie informacje, ściągnęłam ich trzecią płytę – podobno ich największe dokonanie. To pewnie prawda, gdyż poprzednich dwóch nie udało mi się znaleźć. Po zapoznaniu się z materiałem z trzeciej płyty Fair To Midland, zapragnęłam usłyszeć ich na żywo i była to druga kapela zaraz po Toolu, którą chciałam ujrzeć na scenie.

Jeśli chodzi o Comę – zdarzyło mi się być na jej koncertach kilka razy i do tej pory wcale mi się to nie znudziło, toteż również optymistycznie nastawiłam się na jej występ.

Reszta zespołów – japoński Dir en grey oraz rodzimy Delight – nie wzbudziły mojego zainteresowania, nawet na tyle, by przed festiwalem zapoznać się z ich twórczością; zresztą okazało się, że w tej kwestii nie straciłam zbyt wiele, ale o tym niżej.

Zdarzyło się, że plakat tegorocznego festiwalu Metal Hammer był aktualizowany – otwarcie bram przyspieszono o pół godziny, z 15:00 na 14:30, tym samym występ pierwszej kapeli – Fair To Midland – zamiast o 16:30, zaczął się o 16:00. Jak się okazało – zespół zagrał piosenki tylko ze swojej najnowszej płyty, co bardzo mi odpowiadało. Fables From A Mayfly to jedna z niewielu takich płyt, które uwielbiam słuchać w całości, bez przewijania, bez skakania z jednego utworu na drugi, wszystkie te piosenki są po prostu bardzo ciekawe i tworzą spójną całość. Dużym przeżyciem było dla mnie usłyszeć je na żywo, ponadto zobaczyć samych członków zespołu, w których nie zawiodło mnie totalnie nic, chociaż niezmiennie twierdzę, że gitarzysta powinien zdroworozsądkowo przytyć, a wokalista zgolić wąsy. Chociaż można im to wybaczyć, w końcu są z Texasu. Reasumując akapit, występ Fair To Midland w pełni mnie usatysfakcjonował. Mam wrażenie, że podobało się nawet tym ludziom, którzy nie zetknęli się z muzyką Fair To Midland nigdy wcześniej. Szkoda, że ta formacja nie występowała później, może nawet tuż przed Toolem… Muzycy z Texasu po prostu dali z siebie wszystko.

Kolejny zespół, który po sprawnej przerwie technicznej wkroczył na scenę, wzbudził we mnie uczucia całkiem inne. Występ Delight, „polskiego Evanescence” (słuszny cudzysłów), był dla mnie okrutnie nudny. Moją uwagę zwróciły tylko dwie sprawy – ładne włosy wokalistki oraz refren jednej z piosenek, która zresztą okazała się płytowym singlem. Armia sześciu muzyków stojących w jednej linii nie porwała mnie swoją muzyką, gdyż stąpanie z nogi na nogę w akcie zniecierpliwienia nie można przecież nazwać tańcem. Delightowe kompozycje zlały się w jedną, długą, nudną piosenkę, przerywaną czasem wypowiedziami wokalistki zwracającej się do publiczności, która zresztą okazała się niezbyt rozmowna, co objawiało się smutną, głuchą ciszą. Najwyraźniejszym wspomnieniem z występu Delight jest dla mnie głośne „Yeaaah!” w odpowiedzi na słowa wokalistki „To już ostatnia piosenka. Cieszycie się?”. Ucieszyliśmy się, naprawdę bardzo się ucieszyliśmy tą wieścią.

Zespołem, który rozruszał publiczność, była Coma. Wtedy poczułam, że nie jestem w Spodku z garstką leniwych ludzi, lecz z setkami fanów spragnionych porywającego brzmienia. Dotąd stałam i oddychałam spokojnie, lecz w trakcie występu Comy zaczął się ścisk oraz napieranie ludzi na scenę, na czym cierpiały plecy. Muzycy zaprezentowali umiejętny mix piosenek z obu płyt, zapowiadając na zakończenie, że „jadą robić trzecią płytę”, co spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem publiczności, zadowolonej z występu i skandującej nazwę zespołu w podziękowaniu za dobry show.

Przerwa techniczna po Comie była miłym odpoczynkiem. Z zaciekawieniem obserwowałam jak monumentalna perkusja na wysokim podwyższeniu zostaje wnoszona na scenę, jak zostaje rozwieszany wielki plakat z napisem Dir En Grey i z grafiką przedstawiającą bliżej nieokreślony obiekt, którym najprawdopodobniej był zamazany japoński smok czy też może motyw z dolara. Pojawienie się na scenie muzyków wzbudziło wielkie poruszenie wśród ich fanów, których średnia wieku wynosiła mniej więcej lat 15. Dało się słyszeć pisk i inne przejawy histerii. W tym miejscu chciałabym podkreślić, że nie mam nic do takich reakcji, bo wiek tych ludzi mówi sam za siebie, a jeśli w taki sposób przeżywają muzykę swojego ukochanego zespołu – to nic mi do tego. Zapłacili tyle samo co ja i mieli prawo się bawić. Mi osobiście ten występ po prostu się nie podobał, najpewniej z uwagi na to, że klimat był zbyt egzotyczny, a język zbyt japoński. Nie rozumiałam nic; myślę, że nawet jeśli słowa byłyby w znanym mi języku, to i tak bym nie zrozumiała tekstu ze względu na prędkość światła, z niemal jaką Dir En Grey grał. Moją uwagę przyciągnęło jedynie to zatrważające tempo grania, zespół traktowałam po prostu jako wielką klepsydrę odmierzającą czas do występu zespołu, na którego czekałam już całe 5 godzin. Albo i o całe 100 lat dłużej.

W oczekiwaniu na wejście do sali Spodka dowiedziałam się, że występ Chrisa Cornella został odwołany. Prowadzący festiwalu w trakcie koncertu przeczytał oficjalne oświadczenie, w którym Chris tłumaczył się chorymi strunami głosowymi, co nie było wcale takie zaskakujące, bo przecież muzycy często chorują na struny głosowe w czasie zaplanowanych tras koncertowych (sic!). Nie było mi specjalnie żal, to oznaczało przecież, że Tool zagra szybciej. Jednak prowadzący festiwalu zapowiedział, że w związku z tym zespoły zagrają dłuższe setlisty. Nie jestem do końca pewna, czy to się sprawdziło w reszcie zespołów, jednak fakt faktem – Tool zagrał jedynie planowane 75 minut. Ale od początku.

Po występie Dir En Greya nastoletni fani wycofali się spod barierek, dając miejsce ludziom czekającym na Toola. Z czwartego rzędu udało mi się wbić do drugiego, stałam tuż za niską, pulchną dziewczyną, za której skromne istnienie z tego miejsca serdecznie dziękuję, gdyż dzięki niej barierki nie wbijały mi się w żebra, a poza tym – co najważniejsze – widziałam dokładnie całą scenę. Taki był mój priorytet! Cel został spełniony. Przygotowanie występu Toola zajęło technicznym zespołu długie minuty, coś w okolicach godziny. W tym czasie ujrzałam czyniącą cuda gitarę Adama, przesiąkniętą wpływami magii i okultyzmu perkusję Danny’ego oraz resztę interesujących mnie atrybutów zespołu. Ukazały się cztery ekrany, co dało mi pewność, że szykuje się świetny koncert, oprawiony w imponujące grafiki autorstwa Adama. Mój oddech przyspieszył, gdy po długim oczekiwaniu światła zaczęły przygasać, zapowiadając wejście muzyków na scenę. Fakt ujrzenia ich na żywo wiele dla mnie znaczy, możliwość zobaczenia po raz pierwszy tych nieosiągalnych do tej pory ludzi była cudownym przeżyciem i jest bardzo ważnym wspomnieniem do teraz. Gdy zabrzmiał ciężki, ognisty wstęp do Jambi, światła umożliwiły mi spojrzenie na twarze członków zespołu. Choć wiem, że patrzyłam na nich normalnym wzrokiem, nie zdradzając wewnętrznej fascynacji, to teraz jestem pewna, że wtedy jeszcze nie wierzyłam, że widzę Adama wkraczającego na scenę z gitarą, by zająć swoje miejsce po lewej stronie sceny, Maynarda w pomarańczowej bluzie reklamującej jego aktualny muzyczny projekt (Puscifer), kowbojskim kapeluszu, z pistoletem przypiętym do spodni, Danny’ego rozgoszczonego za wielką perkusją oraz Justina podrygującego ze swoim basem, zatopionego w długich lokowanych włosach. W tym miejscu zaznaczam, że największą uwagę skoncentrowałam na Adamie – jego twarzy, oczach oraz palcach. Jego opanowanie, powaga oraz koncentracja na grze zawsze mi imponowała – teraz mogłam poczuć to jeszcze bardziej. Wzrok Adama, stojącego w jednym miejscu, wpatrzonego albo w gitarę albo w jeden punkt gdzieś w oddali, został kilkakrotnie przyciągnięty przez moje stanowcze oczy, konsekwentnie w niego wlepiane. Teraz nie wiem jakim cudem przeżyłam bez mdlenia takie „spotkanie spojrzeniami”, trwające dłużej niż 4-5 sekund, a zapewniam, że to bardzo długo. Kolejnym utworem był Stinkfist, z jakże adekwatnymi do sytuacji słowami „It’s not enough, I need more!”. Następnie rozbrzmiała kolejna klasyka – Forty Six & 2. Dalej, po długim oczekiwaniu na następny kawałek, dały się słyszeć pierwsze takty Schism, wywołując dużo emocji, które zresztą dawała nie tylko muzyka, ale i niesamowite wizualizacje oraz gra świateł w rytmie toolowych dźwięków. W czasie Rosetta Stoned zaczął mi przeszkadzać słabo słyszalny Maynard, bo czymże jest ten utwór bez wokalu? Następny numer był wyborem zespołu między Pushit, Flood a Right In Two i – dla mnie niestety – padło na Flood. Wolałabym usłyszeć Pushit lub Right In Two, bez różnicy, byle nie Flood, jednakże wszystko zostało mi zrekompensowane na zapierającym dech w piersiach Lateralusie z perkusyjną solówką Danny’ego. Wtedy czułam, że koncert dopiero się rozkręca. Miałam wrażenie, że to dopiero połowa, jednak okazało się, że Lateralus był przedostatnim kawałkiem prezentowanym przez Toola.

Występ zakończył ogromnie przejmujący Vicarious, którego wykonaniu towarzyszyły przecinające salę zielone lasery (dostrzegłam je dopiero wtedy!). Jak teraz zauważam, to cudowne zakończenie występu, godne go podsumowanie, wymazało z mojego umysłu wszelkie rozczarowanie długością koncertu i to zbędne uczucie niedosytu, ustępując miejsca przekonaniu, że najważniejsze jest to, że widziałam i słyszałam na żywo swój najlepszy zespół. To dla mnie najwięcej znaczy i sprawia, że absolutnie niczego nie żałuję i jestem jednoznacznie zadowolona. Nie zajmuję się narzekaniem na organizację, na rzekome oszustwa i niepoważne potraktowanie publiczności. Jestem gdzieś poza tym. Nabrałam pewności, że będę już na każdym koncercie Toola w Polsce. Dla takich przeżyć warto zrobić wszystko i powtarzać je za wszelką cenę.

Myślałam, że po koncercie Toola moje muzyczne zapotrzebowanie na ich muzykę ulegnie zmniejszeniu, jednak stało się całkowicie odwrotnie. Słucham jej niemal bezustannie, dostrzegam w niej kolejne piękne elementy, zaskakuje mnie ona na nowo, utwierdzam się w przekonaniu, że nigdy wcześniej muzyka żadnego zespołu nie była dla mnie tak ważna i nie sądzę, aby w moim życiu pojawił się lepszy zespół.