121. A MOŻE JEST KTOŚ, Z KIM CHCESZ BYĆ?

CO USŁYSZAŁAM W ODPOWIEDZI?
NIC.

STANOWCZO POKIWAŁEŚ GŁOWĄ NA ,,NIE”.


                11 luty 2007
Poprosiłeś mnie o tydzień przerwy, podczas której nie mieliśmy ze sobą utrzymywać kontaktu. Uzasadniałeś to tym, że widzisz we mnie same złe cechy, a nie widzisz tych dobrych (takie coś naprawdę jest możliwe?). Wszystko było dla mnie totalnym zaskoczeniem, bo nie uważałam, abym nagle się zmieniła – wręcz przeciwnie – byłam taka, jak zawsze, 5 miesięcy wcześniej, 8 miesięcy wcześniej lub 10 miesięcy wcześniej. Byłam temu niechętna, bo można było załatwić tę sprawę inaczej, a przede wszystkim powinieneś mówić co Ci nie pasuje na bieżąco, a nie zrzucać na mnie taki ciężar w jeden dzień.

                12 luty 2007
Wybłagałam spotkanie w Walentynki, rycząc w środku nocy do słuchawki.

                14 luty 2007
Dałam Ci kartkę (sama nie dostałam nic). Jaka była jej treść? Głucho by teraz brzmiała. Moja reakcja na nagłą niechęć z Twojej strony była równie szybka i silna jak Twoje zagranie – w krótkim czasie zrozumiałam, czego nie mogę robić, czego nie mogę mówić, jak nie mogę postępować. SAMA. Napisałam wszystko na kartce, przedstawiłam Ci jej treść. Wydawałeś się być szczęśliwy. Zanotowałeś mi w tym samym kalendarzu, że czekasz aż minie tydzień, że kochasz, że dziękujesz. Nic dziwnego – dobrze wiesz, że wyszłam z najlepszą inicjatywą, jaką można sobie wyobrazić. Działałam wedle zasady „dla Ciebie wszystko”. Możliwe, że już wtedy byłam niewygodnym pionkiem w grze, który trzeba wyrzucić za planszę, zwłaszcza, gdy zaczyna szybko posuwać się do przodu.

                21 luty 2007
Spotkanie po tygodniu. Czekałam na nie z niecierpliwością. Nie mogłam doczekać się zrewolucjonizowania całej tej trudnej sytuacji na lepsze. Co usłyszałam? „Wiesz, bo ona mi się podoba… I ja jej też się podobam…” Szok, szok, szok. W czasie, gdy byłam za Tobą tak, jak jeszcze nigdy, Ty dobrze bawiłeś się z kimś innym. Twierdziłeś, że masz ogromne wyrzuty sumienia. Że żałujesz, że takie coś zaszło. Niby przebaczyłam już tego dnia, ale myśli o „zdradzie” moich uczuć nie dawały mi spokoju jeszcze długi czas, co odbijało się na Tobie, ponieważ wypominałam Ci Twój okropny czyn. Bo był to ogromny kontrast. Bo przez ten tydzień oczekiwania byłam wszystkim tym, czym nie byłeś w tym czasie Ty.

                27 luty 2007
W ten dzień powiedziałam jasno – nie zamierzam już wracać do sprawy z koleżanką z klasy. Uznałam, że wystarczająco udowodniłeś mi, że nie warto o tym mówić i tego rozpamiętywać. Twoje zapewnienia o tym, że nigdy już nie sprawisz mi takiej przykrości, Twoja świadomość swojej winy wyrażana w setkach słów „przepraszam” i prośby o zakończenie wszelkich rozmów na ten temat sprawiły, że od tej pory W OGÓLE nie myślałam o koleżance. Podkreśliłam słowa „w ogóle”, bo zaraz okaże się, jakie zgubne było dla mnie ponowne zaufanie komuś takiemu, jak Ty.

                1 marzec 2007
Widzieliśmy się, jak zawsze w środy, w okolicach 11, na okienkach. Przy pożegnaniu usłyszałam to, co zawsze w takich chwilach – „kocham cię, kocham cię, kocham cię, kocham cię, kocham cię, skarbie…” Mhm. Wieczór. Czekam i czekam, było już przed 22, miałeś być o 20. Zirytowały Cię moje pytania o to, czemu wróciłeś tak późno. Odchodząc w ten dzień od komputera, położyłam się do łóżka z głową pełną pytań – dlaczego? Dlaczego chłopak, dla którego tak się staram, w przeciągu kilkunastu godzin zmienia swoje uczucia? Bo usłyszałam (na gg!), że nie wiesz, czy mnie kochasz. Że nie wiesz, czy mnie kochasz. Że nie wiesz, czy mnie kochasz. Wtedy bardzo się przejęłam Twoim zwątpieniem, ale dopiero teraz dostrzegam – jakie to było dziecinne…

                2 – 8 marzec 2007
Umarło we mnie wszystko, byłam roślinką nie czującą nic, odbierającą jedynie sygnały z otoczenia. Zdrętwiałam mentalnie, totalnie upadłam. Jednak cały czas pytałam – „Czy chcesz? Czy chcesz pobiec ze mną?”, bo wiedziałam, że jedno Twoje „tak” stanowczo mnie udźwignie, tak, jednak wciąż podawałam Ci rękę, ale to był już czas, gdy palce spotykały się jedynie z powietrzem. „Tak” nie padło. Pytam więc: na co były wcześniejsze zapewnienia o miłości, przepraszanie za zdradę uczuć, obiecywanie poprawy i chęć bycia szczęśliwym? Po co była cała Twoja skrucha? Właśnie o ten czas chodzi – od 21 lutego do 27. Dlaczego mieszałeś mi w głowie? Oczywiście jeszcze wtedy nie zadawałam sobie takich pytań. Wracając do przedziału czasu od 2 do 8 marca – nie widywaliśmy się, nie rozmawialiśmy na gg (nie miałeś internetu), tylko wieczorami przychodziły smsy na dobranoc. Raz nawet wymknęło Ci się słowo „kochanie”. Pierwszy raz to ładne słowo słyszane z Twoich ust mnie zdziwiło. W Dzień Kobiet przyszedł sms – „Wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet”. Dziękuję bardzo, był to bardzo szlachetny prezent. Cóż, nie od Ciebie dostałam kwiatka tego dnia, ale dostałam go od kolegów z klasy, od przyjaciela, od brata i od taty. Możesz wykonać teraz test na prawdziwego mężczyznę…

                9 marzec 2007
– Zależy mi…
– A mi już nie…

Wiecie, co jest najgorsze? Że zgubiło mnie własne zaufanie. Zostałam, zamiast uciekać. Że chcąc dobrze, spotkało mnie wiele złego. Tak więc i tak zrobiłeś to, do czego obiecywałeś nie wracać parę dni temu, to, czego tak żałowałeś.  To już nie chodzi o bycie fair ze mną, ale z samym sobą.

I tak też zamknął się długi, intensywny rozdział naszych żyć. Dwuletnia internetowa znajomość przeniesiona w rzeczywistość na krótki rok i jeden dzień, od 8 marca 2006 do 9 marca 2007, zakończyła się w całkiem bezsensowny sposób. Już nigdy się nie zobaczymy, a jeśli nawet, to będzie to niemiłe spotkanie, bo wyjrzawszy zza Twoich niczego niespodziewających się pleców, uderzę Cię w twarz. Za cały ten fałsz i za całą niesprawiedliwość, z którą nie mogłam się pogodzić, dopóki nie uznałam, że nie ma co próbować tego zrozumieć, bo nie ma na frajerstwo racjonalnego wytłumaczenia. Przyznaję, że można było dopatrzyć się w Twoich oczach miłości, przyznaję też, że jako z chłopakiem jest z Tobą bardzo dobrze – ale co to za dokonanie w świetle tego, że w krótkim czasie stajesz się całkiem inny, bo ktoś inny pojawia się na horyzoncie? Ładne oczy o nietypowym układzie brwi, zapatrzone niegdyś we mnie, stały się dla mnie zimnymi oczami pełnymi chłodnego sprytu, należącymi do chłopaka, który rani dziewczyny. W zasadzie to tylko ja wiem, jakie wystrzępione i zużyte jest Twoje ,,kocham”, bo kiedyś i ja dostałam je w ładnie wyglądającym, złotym pudełku, którego zawartość okazała się dla mnie pechowa. A przy całym Twoim postąpieniu, śmiałeś jeszcze na domiar złego obnosić się obojętnością. Nawet ja, jako porzucona dziewczyna, próbowałam naprawić tę chorą relację po 9 marca, żeby było po prostu normalnie. Zwykłe ,,przepraszam”, ,,wiedź dobre życie”, ,,dzięki za wszystko”. Spotkałam się z niechęcią po raz kolejny. Wtedy uświadomiłam sobie, że nie ma co tęsknić za złym człowiekiem, a czynów żałosnych się nie opłakuje. Dostrzegłam, że nie mogę cierpieć, po prostu nie mogę cierpieć, bo nie ja jestem tą stroną, która okazała się bezwstydnie fałszywa, bo nie zasłużyłam na to cierpienie ani trochę. Bo starałam się do końca, bo trwałam przy jednym sercu, bo nie rozdarłam żadnego ludzkiego istnienia na pół. Tak… Zabawny jest Twój dumny krok, człowieku bez twarzy… Najprościej jest wyrzec się przeszłości i odwrócić się plecami od odpowiedzialności… Ale pamiętaj, że to właśnie w plecach najczęściej ląduje nóż – w Twoim przypadku będzie to nóż zmaterializowany z zadanych przez Ciebie krzywd. Nazbierało się ich trochę, co? Tak, wiem, że trudno Ci się do tego przyznać.

Reklamy