113. Nirwana

Ty tęsknoto
Pochylam głowę, aby dotknąć włosami

Wizji Twoich rąk
Czy wiesz, że mi zimno?
Że mi brak tych rąk?
Dopóki nie zamienię ich ustami w dotyk
Przestrzeń nie będzie inna od tęsknoty

Mandragora
Ciało do ciała

Krew do krwi
Przeminął dzień, jak co dzień
Zwyczajny, leniwy
Przeminął – a ja jestem z Tobą, jestem z Tobą
To znaczy, że dzień był szczęśliwy

                                  Maanam


Może kiedyś uda mi się stworzyć podobne, przepełnione emocjami utwory. Wszystko jest na dobrej drodze. Niedługo podejmę próbę. Proza liryczna ze szczyptą nieodłącznej ironii, dawką ironicznego humoru – tak określam swoje przeznaczenie. Czasem oczywiście potrzebna jest pełna powaga – wtedy, gdy mowa o uczuciach. A cała moja poezja, jeśli była, poszła w las; brzydzę się swoimi wierszami z czasów rock’n’rollowej fantazji. Później był jeden jedyny wiersz, o różach, na nim skończyłam przygodę. Bo odnalazłam to, co lubię robić najbardziej. Utooopia…

Myślę nawet, już całkiem poważnie, o kilku-tomowej powieści. Może to nieskończenie nadęte, ale no… Chyba mogę zdradzić swoje plany?

Reklamy

112. Przecinek

W tym tutaj przecinku zamieszczam żal całego mojego świata. Nikt go nie zauważy, tak jak nikt nie zwraca uwagi na przecinek w zdaniu, a przecież jest tak ważny! Nikt nie przejmie się moim przecinkiem, jest przecież najmniej ważnym znakiem z całego zdania. Nikt nie spojrzy nawet, a jeśli już, to słowem się nie odezwie.

111. Czarny blask

– Ślicznie opakowane – szepnęła Czarownica, trzymając w rękach rzeczywiście ładnie opakowany prezent. – Aż żal rozerwać… – uśmiechnęła się, po czym cierpliwie rozwiązała wstążkę tak, by nie musieć jej przecinać.

Ozdobny papier ześlizgnął się z granatowego pudełka. Napis widniejący w jego prawym dolnym rogu uświadomił Czarownicę, że spełniło się jej pragnienie. Wiedziała co jest w środku bez otwierania.

– Dziękuję… – szepnęła z niepohamowanego szczęścia, a oczy jej się zalśniły.

– No, dalej. Otwórz – poleciło Spełnione Pragnienie. – Śmiało.

Dziewczyna uśmiechnęła się tak, że iskry w oczach przybrały na sile. W źrenicach topiło się całe pomieszczenie.

– Wiem, co tam jest… – szeptała Czarownica, odkrywając wieko pudełka. – Wiem, dobrze wiem…

Promienny uśmiech.

W granatowym pudełku spoczywał długopis i pióro oraz 5 świeżych atramentowych nabojów. Pisadła, bardzo podobne do siebie, utrzymane były w tej samej stylistyce – były czarne; lśniły się czarnym, czystym blaskiem, który kontrastował w przyjemny dla oka sposób z wykończeniami ze srebrzystej stali nierdzewnej. Dwa cuda, ósme i dziewiąte.

– Mam własne pióro… Swoje własne pióro do zapełniania czystych kart…

Spełnione Pragnienie uśmiechało się najserdeczniej – taka była jego reakcja na rozradowaną Czarownicę oglądającą trzyczęściowy prezent (najuważniej studiowała najdroższe sobie pióro).

Hej, chyba mnie w sobie zakochasz – pomyślała, widząc czarny blask. – Bardzo, bardzo dziękuję – zwróciła się do Pragnienia. – Bardzo…

– Nie ma za co, moja droga. Chyba jestem kolejnym dowodem na to, że jak się czegoś bardzo chce, to to się spełnia, co?

– Mhm… Przyznaję, czasem siła woli naprawdę działa. Ale nie zawsze – Czarownica wzniosła wskazujący palec w geście najwyższego zastrzeżenia. – Nie zawsze.

– Tak, to prawda. Gdyby ludzkie życzenia się spełniały zawsze, nasz świat byłby teraz czymś więcej niż świat idealny. Byłby koszmarem zamkniętym w hermetycznej puszce…

– Mhm… – Czarownica ujrzała w wyobraźni straszny obraz; nie wiedziała, co więcej powiedzieć.

– To tyle z ważniejszych prawd – podsumowało Spełnione Pragnienie. – Znikam, obowiązek wzywa, teraz wypadło na innego szczęśliwca – mrugnęło z uśmiechem, po czym zamieniło się w małą drobinkę, która opadła niezauważenie na podłogę.

– Dziekuję…! – zakrzyknęła Czarownica z uśmiechem. – Bywaj… – rzekła ze smutkiem, gdy Pragnienie udało się w dalszą cudowną podróż. – Wróć tu jeszcze kiedyś.

Dziewczyna spojrzała na ściskane w prawej ręce pióro. Lśniło głęboką czernią. Przysunęła bliżej siebie leżącą w okolicy kartkę, po czym napisała najładniej jak potrafiła:

 Vairose

Mam pióro zamiast gitary.

110. Niebo

Wyrzec takie słowa, które w pełnym wymiarze uświadomiłyby wielkość uczucia – tak przedstawia się jedno z moich marzeń. Wyrzec… To łatwe – powiedzieć, mówić – przecież struny drgają na zamówienie duszy. Ale poznać te słowa, ułożyć je… Z tym jest inaczej, trudniej.

 Spojrzenie znad krawędzi filiżanki przytulało się powoli do moich spokojnie zamykanych powiek. Tak mogłoby być już zawsze. Mogłabym czuć wymieszany zapach dwóch aromatycznych herbat, mojej i Twojej, energetyzującej o smaku lychee i delikatnej cytrynowej. Jeszcze tylko dotyk Twojej dłoni spoczywającej na mojej – taką rzeczywistość zamknęłabym w klatce, gdybym tylko mogła, gdyby tylko było to możliwe…

Tak z Tobą siedzieć i pić herbatę – ale taką, która nigdy by się nie kończyła… Taką, w której widziałabym nasze odbicie – odbicie złączonych, pochylonych nad nią głów. Ludzie dookoła, tak jak wtedy, wiedliby swoje życie, zaplątani w gąszcz własnych rozmów i śmiechów. I tylko my wiedzielibyśmy o tym, co między nami jest; tylko my znamy swój zapach, zapach dłoni, szyi; znamy rytm naszych serc, znamy odgłos ich pukania. To zdumiewające. Ten świat, który wytworzył się między nami jest naszym własnym światem. Zawsze chciałam znaleźć się w innym świecie… A Ty?

Jeśli zapragnęłabym wylać całe swoje uczucie na karty papieru, zapisałabym wszystkie okoliczne serwetki – i chciałabym jeszcze… Gdybym zechciała wziąć głęboki oddech pełen Ciebie, najpewniej w całym pomieszczeniu zabrakłoby powietrza… A gdybym mogła, wskoczyłabym ciepłą myślą i gorącym słowem do Twojej herbaty, tak żebyś je wypił, żeby wtopiły się w Twoje ciało i już nigdy go nie opuściły. Zdemolowałabym cały lokal, gdybyś Ty znalazł się na jego końcu, a ja byłabym przy drzwiach i nie mogłabym do Ciebie dotrzeć przez zajęte stoliki, szurające krzesła, ciężary nie zawsze prawdziwych śmiechów, nie zawsze szczerych rozmów… Zdemolowałabym, tylko my byśmy zostali.

Drżącymi rękoma prowadziłam Twoją łyżeczkę z Twoją herbatą do swoich ust… A później nawet piłam z Twojej filiżanki, szukając odbicia Twoich ciepłych warg. Potem, ponad pustymi filiżankami, znalazłam nie cień, nie ślad i nie odbicie – ale Twoje rzeczywiste, ciepłe usta. Dotykanie ich jest równie przyjemne i piękne jak zwyczajne patrzenie na nie. Wiesz…? I te skrzące się źrenice… Uwielbiam w nie wpadać (…)

I tak bez końca, bez końca mogłabym tak. Dzięki Tobie moje myśli i marzenia to spadające gwiazdy – suną po moim umyśle i lądują na ziemi naszego świata, mogę je zbierać do kieszeni pełnej pięknych wspomnień i czuć we własnych dłoniach – one się ziszczają, spełniają się. Jak w Niebie.

109. Właśnie tam cię znajdę

Na świerkowym, choinkowym szczycie zawisła z dumą błyszcząca gwiazdka, zajmując od tej pory najlepszy punkt widokowy w całym salonie. Długie, jasne świece płakały ze szczęścia nad złotymi świecznikami, a z płaczu tego powstawała tak wielka energia, że aż poszły iskry i palił się ogień. Pierniki, te w czekoladzie i te z cynamonem, prowadziły piernikowe rozmowy w zaciszu kremowo-złotej porcelany. Wnętrze salonu jarzyło się świątecznym blaskiem, spokojnym i w żaden sposób nieprzesadzonym. Czarownica miała przyjemność siedzieć sobie wygodnie w fotelu i spoglądać na przyjazne otoczenie, które migotało i szeptało życzliwie wokół niej.

Niebo za oknem zalewało się ciemnym granatem, przypominając szkło, z którego spływa atrament. Srebrne podmuchy wiatru zawijały się w powietrzne ślimaki, a płatki śniegu wirowały pośród nich, zaczepiając się na krótkie chwile, by spaść na ziemię i ostatecznie zapaść w zimowy sen.

– Nie mam pojęcia, jak można nie lubić Świąt – rzekła Czarownica, kiwając lekko głową z niedowierzaniem. – Skoro nie podobają się Święta za oknem, to chyba można zatroszczyć się o wspanialsze w zaciszu domowym? Zamiast bezużytecznie się krzywić… – wzdrygnęła się na samą myśl. Krzywić się i bagatelizować. Najwygodniej. Mmm… Zapach mandarynek, to jest lepsze…

– Dla mnie stanowi to równie głupią niedorzeczność – odpowiedział Podłóżkowy, w którego myślach zawitali typowi ludzie ,,nie czujący Świąt”. – Czy to trzeba nos w karpia włożyć, żeby czuć Święta? O co chodzi?

– Nie wiem – Czarownica wzruszyła ramionami ponad skórkami mandarynki. – Nieważne… – mrugnęła. – Oni są tam, w krainie nie-śniegu, a my jesteśmy tutaj. Nasze zdrowie – Czarownica podniosła do góry w znaczącym geście obrany owoc.

Rozmówca uśmiechnął się do towarzyszki, która odwzajemniła uśmiech. Choć nie mieli o tym pojęcia, oboje w tej chwili myśleli o tym samym – o tym, jakie to szczęście, że są ze sobą zgodni w wielu poglądach i sprawach.

– Czekamy teraz na pierwszą gwiazdkę, nie? – promienny uśmiech wypełnił pokój.

– Pierwszą gwiazdkę, tę jedyną, pośród granatowego nieba… Znudzone twarze mnie nie zniechęcą, bo…

– Hm? – zapytał niemal bezgłośnie Podłóżkowy, zaintrygowany nagłą ciszą, z której zwisało smętnie wyraźnie nieskończone zdanie Czarownicy. Ta odpowiedziała po dłuższej chwili:

– Bo uwielbiam ten czas… Kocham na swój sposób.

Dalsze oczekiwanie na pierwszy błysk gwiazdki wypełnione było ciszą, bezgłośnym wpatrywaniem się w prawy górny róg okna, którego okiennice były tego dnia otwarte na oścież, otwarte jak ramiona.