98. Trochę o rocznicy

Podczas wschodu słońca niebo przybrało swą najpiękniejszą szatę – czystobłękitną, z ognisto-pomarańczowymi smugami puchatych chmur. Srebrzysta tacka ze śniadaniem pokonała korytarze, po czym po powietrznym rejsie opadła przed Czarownicą, wzruszoną wschodem na tyle, by nie chcieć ruszać się z łóżka. Złote promienie sączyły się do pomieszczenia, okraszając swym urokiem każdy kąt.

Południe oraz następujące po nim popołudnie (kto to wymyślił?) minęły błogo i leniwie, czyli tak, jak czarownice lubią najbardziej. Mrok, jak to bywa w ostatnie dni października, zapadł szybciej niż zwykle. Czarownica, w swym zwyczaju, bardzo je lubiła, mimo że co wrażliwsi nazywali obchodzone wówczas święta i uskuteczniane wtenczas tradycje ,,kultem śmierci”. Podobał się jej właściwy temu czasu klimat oraz podobali się jej ludzie, zaangażowani w jego tworzenie.

Czy tego typu ,,świąt” nie powinno być więcej? Czy nie lepiej, aby świat, choć przez jeden dzień, stał się lepszy, ciekawszy?

Wyobraźnia?

Dlatego w jej świecie wszystko było możliwe.

Soczystopomarańczowe dynie, uśmiechnięte bądź co bądź odrobinę groteskowo czy też ironicznie, wypełniały zamek ognistym blaskiem, efektem palących się wewnątrz świeczek. Ciemnofioletowy wosk został przedtem, za odpowiednio głośnym pstryknięciem, nasączony zapachem opium, orzechów włoskich i lekkiej, subtelnej wanilii, rozsypującej raz po raz swe nutki w zagadkowej przestrzeni.

Czas krótki Podłóżkowy snuł się najszybciej jak potrafił po całym zamku, zahaczając o wszelkie źródła światła tak, że te ściszyły swój blask do postaci szeptu. Panował półmrok, wypełniony iskrami tajemnicy oraz drobinkami złotego brokatu.

Gdy wnętrze było już przygotowane i odpowiednio nastrojone, czas nastał, by przyjąć gości. Niedługo potem dał się słyszeć radosny głos.

– Mili państwo! – zakrzyknęła Czarownica, wcześniej doprowadzona do wizualnego oraz wewnętrznego porządku. – Wydarzenie znamienite dziś się dzieje!

Dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się najgwałtowniej w swej karierze. Podłóżkowy ze świstem wpadł do pomieszczenia, niosąc na ramieniu, rzec można, gwóźdź programu. Zatoczył łuk, po czym zgrabnie się zatrzymał. Wielki tort jesienno-owocowy, stylizowany na całkiem przystojną dynię, przywitał się z klaszczącymi gośćmi wielkim uśmiechem z marcepanu. Zamiast nosa posiadał wysoką, sękatą świeczkę, strzelającą w górę jak wysoka wieża, palącą się ogniem bardzo intensywnym.

Goście przyglądali się z zainteresowaniem, czekając ukradkiem na rozwój sytuacji. Wtem Czarownica przemówiła donośnie:

– Drodzy moi! Minął pierwszy rok, niezwykle szybko, z prędkością jednego dnia na jeden dzień.

Zaproszeni wymienili spojrzenia, chichocząc odrobinę.

– Jak to się stało, jakimże cudem? Doprawdy nie wiem. Widocznie tak musi być.

Jedna z serdecznych przyjaciółek mrugnęła do Czarownicy z uśmiechem.

– Były wzloty na miotle i upadki na twardej ziemi rzeczywistości. Życie.

Umilkła na krótką chwilę.

– Lecz teraz, dzisiaj, jesteście wy, jest pyszny tort, stos najróżniejszego innego jedzenia, muzyka, wieczór, cała noc przed nami… Czego chcieć więcej? Dziś, tego wieczoru, niewiele więcej do szczęścia potrzeba. Mija rok. Rok odkąd komuś zachciało się spisywać moje historie. Perypetie odbiegające troszkę od klasycznej noweli. Skromność musi być… – tym razem to Czarownica mrugnęła.

Ludzie odpowiedzieli cierpliwym, milczącym uśmiechem. Czarownica odczekała moment, pozostawiając go na co bardziej górnolotne refleksje, po czym energicznie klasnęła w dłonie. Świeczka zgasła.

– Wiem, że to nie jest metafora przyszłego losu. Ten ogień jest teraz we mnie. I w was, prawda?

Goście uśmiechnęli się szerzej.

– Bawmy się!


Wysokie świeczniki rozpaliły się niepohamowanym blaskiem, rozświetlając lśniący parkiet. Niech się dzieje wola nieba i piekła, bez tego świat byłby nudny.

Reklamy

97. Utracona

„Don’t play dead ’cause maybe
Someday I will walk away and say
You disappoint me”
A Perfect Circle – Passive

Złoty dzień opadł na świat tysiącem pięknych liści. Spacer wśród strzelistych drzew wydawał się wspanialszy niż wszystkie inne. Słońce zniknęło za chmurami, istotami, które jednym słowem zdominowały dzisiejsze niebo. Może byłoby radośniej, gdyby poprzez gałęzie zaglądało roześmiane słońce, dotykając ciepłymi rękoma ostatnich liści? Może…

To złote liście dziś świeciły, nie słońce. Mimo szarego nieba, dzień zyskiwał na uroku. Czarny płaszcz i długi szalik sprawiały, że Czarownica jeszcze bardziej błogosławiła każdą mijającą minutę – było tak ciepło, tak w środku, tak ciepło w środku! Tak ciepło i głośno, od tupiącej i wrzeszczącej armii wyrzutów sumienia.

Czym prędzej wróciła do Zamku. Całe wcześniejsze szczęście okazało się pustym złudzeniem.

Korytarze, oświetlone świecami, witały ją skrzypiącymi podłogami. Lustra, raz po raz uwięzione na długich ścianach, milczały tego dnia pokornie. Najpewniej dlatego, że Czarownica nie śmiała w nie spojrzeć, a co dopiero z nimi porozmawiać.

Szła szybko i pewnie, złość wewnętrzna napędzała jej ruch jak woda młyn. Nie oglądała się na boki, dreptała stanowczo ku swej sypialni. Dwuskrzydłowe drzwi wyczuły złą energię, po czym posłusznie się otworzyły – Czarownica nawet nie zwolniła kroku. Trzasnęło.

Klamka zapadła. Zapadła cisza. Zdawałoby się, iż błoga, lecz nie dziś. Dopiero, gdy wszelki szmer ucichł, dopiero, gdy życie skrystalizowało się do postaci niezachwianej ciszy, dopiero wtedy Czarownica usłyszała nieznośny ból fizyczny, rozpalający wnętrze jej klatki piersiowej oraz brzucha. Okropny ból fizyczno-emocjonalny.

Zamknęła oczy w najgłębszej zadumie. Łóżko przytuliło ją do siebie. Zdała sobie wtedy sprawę, że ostatnimi czasy niezmiennie zasypia w takich pozycjach, jakby ktoś obok niej był. Tuli się do niepoznanego nie-istnienia. Tam nie ma nikogo, przestań, tam jest tylko kołdra, pościel, stos poduszek. Nie ma go tam. Jest kołdra, pościel i stos poduszek.

Na policzki popłynęły łzy. Równocześnie z ich ruchem, na sypialniane lustra opadła mgła, przesłaniając czystość ich szklanych tafli. Już siebie tam nie zobaczysz, nawet jeśli będziesz patrzeć. To dobrze.

Wyrzuty sumienia tak bardzo chciały wyjść na zewnątrz!

Zjawisko mijającego dnia i rozpoczynającej się nocy zsynchronizowało się ze zmianami nastroju Czarownicy – ze złego na gorszy, a z gorszego na najgorszy. Księżyć świecił upiornym blaskiem, całkiem jak blade serce Czarownicy.

Noc była zaskoczeniem, gdyż zdarzyło się coś, co nie zdarzyło się od czasu, którego nie pamiętała sama Czarownica. Wyrzuty sumienia wypłynęły z niej z nadzwyczajnym bólem i niechęcią do samej siebie. Nawet czarownice wymiotują. Nawet czarownic dotyczą czynności czysto ziemskie.

96. Bez odbioru

„Dopiero teraz wiem jak nisko upada
Kto nie wypełnił swego czasu w pokorze”
Coma – Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków


Jest na dobrej drodze, droga pewna i stabilna, usłana różami, czerwonymi. Wokół trawa jest soczyście zielona, przecudna, stanowiąca najpewniejszy filar, najpewniejszy, zielona nadzieja. Niebo – jest błękitne i czyste, jak łza dziecka, pływa w nim ciepło i szczęście. I nie ma nic więcej oprócz drogi, róż, trawy i nieba. Jest jedynie potencjalny koniec, linia prosta, cięty język dopełnionego przeznaczenia. Ale o tym się nie myśli podczas wędrówki; o tym się myśli, gdy się stanie. Droga, róże, trawa, niebo.

Nie ma tu czarnych kruków, skrzydeł niosących postrach, żal czy smutek; tutaj nie ma też białych kruków, kłamstwa i infantylnych kombinacji. Brak tu miejsca dla istot zmieniających swoje życie i ideały za jednym skinieniem, za jednym słowem, stworzeń łatwych i podatnych na manipulacje. Brakuje tu przestrzeni dla ludzi pełnych fałszu, układających swoją ,,osobowość” wedle misternego planu, dopasowanego do buntowniczej reszty społeczeństwa, słowo po słowie, piosenka po piosence. Tlen prawdy dusi ich marne kłamwstwa, iskry fałszywego poblasku, będące jedynie efektem postępującego fałszu i wątpliwej metamorfozy. Zrezygnowanie z ideałów świadczy o łatwym, mało skomplikowanym charakterze, słabej woli, łatwej osobowości. Prawda wciska się we wszystkie pory ich cholernej skóry, pali wnętrze i rozsadza je na tysiące cząstek szarego popiołu, pozostałości po równie szarym człowieku w kolorowym opakowaniu. Brzydzi się takim człowiekiem, tym człowiekiem, tą marną egzystencją, pyłem na wietrze, targanym przez niby sobie równe społeczeństwo. Żal wielki, a jednocześnie komedia. Komediodramat. Tragikomedia.

A ona, ja… Ja idę dalej, nie oglądam się za siebie. Ważna jest przyszłość i prawda jest ważna. Niechaj się stanie, co ma się stać. Ty zostajesz tam w dole, leżysz, tam daleko. A ja idę, idę i nie upadnę – będę stać.

95. Skarb światów

„Take this life!
I’m right here!
Stay a while and
B r e a t h e  m e  i n”
In Flames – Take This Life 

Dwie czarne aksamitne płaszczyzny połączyły się ze sobą w cichutkim kichnięciu – Czarownica zamknęła swój sekretny kuferek. Spoczywające w nim ususzone płatki róż odetchnęły z ulgą, znalazłszy się ponownie w ulubionych warunkach.

Lustro zamgloną taflą spoglądało na pokój. Gdy natknęło się na spojrzenie Czarownicy, w jednej sekundzie znieruchomiało.

Chciałaby, żeby wszelkie znaki zapytania zamieniły się w złoty pył, który opadnie w odmęty piekieł dzięki naturalnej sile grawitacji. Życzyłaby sobie świeżego powietrza, które rozwiałoby wszelkie wątpliwości. Marzy o tym, aby ciemna mgła niepokoju zniknęła raz na zawsze, zamieniła się pod wpływem ciepła w lśniący deszcz niosący cuda. Pragnie szczęścia i pewności, pełnowymiarowej stabilizacji. Krawędź przepaści jest taka chwiejna. Czy skoczy, nie wiedząc, co zastanie na dole? A jeśli trzeba zaryzykować, aby być szczęśliwym; spaść ku piekłu, by posiąść niebo?

A jeśli tam  n i c  n i e  m a?

Ma przy sobie esencję swojego uśmiechu, to najważniejsze, taką niebiańską maść, którą można się wysmarować wokół ust, by się śmiać. Może wszystko! Zamyka w dłoniach centrum swoich światów, dom swych bieli i czerni. Pielęgnuje, najlepiej jak może, swoje własne ukonkretnione szczęście.

Bo gdy dłonie otwiera, to tylko dlatego, aby sprawdzić, czy nadal tam jest, skarb światów…

94. Zwierzenie

Smugi jesiennej zieleni i złotego turkusu sunęły leniwie pośród zamglonej przestrzeni jesiennego wieczoru. Słońce, jak co dzień, ugięło najskromniej kolana przed potężną armią gwiazd, silniejszą od niego i piękniej przerażającą. Woda nie kołysała się wcale, fale zamilkły w głębokiej zadumie. Skały wznoszące się na drugiej stronie jeziora zlały się wraz z morską tonią w cudowną całość, a nad wszystkim czuwały drzewa z okolicznego lasu, jak zawsze dostojne, dumne, niedostępne, tajemnicze.

Zamek panował nad całym krajobrazem.

W świetle księżycowych świec majaczyła nieruchoma sylwetka Czarownicy. Październik z pozoru taki melancholijny, a w środku – burza uczuć. Tego dnia, cisza nie słyszała nawet siebie samej.

I wtedy, wyraźniej niż zawsze, dało się słyszeć pukanie życia. Inne od wszelkiego, równomierne, wytrwałe, niekończące się. Puk, puk, puk…

– Kto tam? – zapytała Czarownica, uśmiechając się mimo zmęczenia. – Szukasz kogoś?

– Nie szukam już. Znalazłem – odpowiedziało Serce. – Otwórz mi.

Rozległo się długie westchnienie, metaliczne jak szept zegarów.

– Wiesz… – podjęła Czarownica po długiej zadumie – Byłam kiedyś i różą, krew płynęła we mnie szybko.

Serce zafrasowało się niezwyczajnie, ponieważ dotknęło ją zasłyszane wyznanie, wypłynęło z niego i wróciło do niego, bolało podwójnie. Gdy minęło kolejnych kilkadziesiąt rozwlekłych sekund, zapytało nieśmiało:

– A kim jesteś teraz?

Kurtyna ciszy przesłoniła miliony znaków zapytania. Cienie świeczek wydłużyły się nagle, wyposażone dodatkowo w cień wątpliwości. Zegar tykał.

– Chciałabym nie być ususzoną różą.

– To zrozumiałe. Nikt nie chce umierać za życia.

Cisza znów.

– Co więcej, chciałabym nie być różą pokochaną przez wspaniałego ogrodnika; różą, która nagle, nie wiedząc czemu, naturalna kolej rzeczy, los, przeznaczenie, uschnie. I nie chciałabym być ususzoną różą, którą ogrodnik rozpaczliwe by podlewał. Cierpiałabym przez to.

– Nie jesteś. To tylko straszna wizja.

– Wiem o tym. Nie jestem.

– Więc? Więc kim jesteś?

– Jestem ugaszoną różą. Taką, myślę, którą trzeba zapalić, by ognista krew znów płynęła.

– Tak? A ja wciąż pukam do ciebie.

Oczy Czarownicy wzniosły się ku górze. Z przestrzeni, którą obejmował jej wzrok, posypały się srebrne iskry wzruszenia. Opadły swobodnie, szkląc oczy połyskliwie, zahaczając się o rzęsy.

– Otwieram ci wciąż i wciąż – rzekła przez drobne łzy. – Tylko… Tylko stare rany skrzypią głośno, budząc straszną przeszłość…

– Ale?

Nadzieja w uroczym geście postawiła na posadzce maleńkie stopy, lekkie jak miękki obłok.

– Ale otworzę z czasem. Potrzebuję czasu, tak bardzo…

Wzrok Czarownicy obrazował zachodzące w niej zjawiska uczuć. Oczy błądziły skierowane w dół, tańczące w takt każdego jej słowa. I wtem zatrzymały się na maleńkich stopach, po czym po paru sekundach wypełnionych intensywnym rozmyślaniem pomknęły ku górze.

Źrenice zmniejszyły drastycznie, przytłoczone tysiącem słów i myśli. Serce biło szybciej, rytm wsiąkł w ściany i podłogi, serce pukało donośniej.

– Będziesz moim tchnieniem, moją oliwą życia.