93. Stronice szczęścia w nieszczęściu

„Put your troubles in a little pile
And I will sort them for you”
The White Stripes – Apple Blossom 

Domowa biblioteka, zbiorowisko najróżniejszych ksiąg, książek i książeczek, trzeszczała tego dnia niebywale. Pomieszczenie poruszało się nadzwyczaj prężnie, niby miękki, pluszowy sześcian zgniatany przez szalonego czterolatka. Nie wiedzieć czemu, zdawało się tak jedynie z zewnątrz. W środku panował spokój, choć odrobinę złudny.

Z okolic szczególnie skocznej szafy zaczęło dobiegać zagadkowe chrobotanie. Kurz wzbijał się w górę wielkimi kłębami, uderzając o ściany i buchając wściekle.

Wtem pewne dwie księgi, spoczywające na jednej z półek, rozsunęły się najspokojniej. Z ukazanej przestrzeni rozległo się miarowe pokaszliwanie, najpewniej powodowane chmurą kurzu.

– Khe! Nic w tym domu… Khe! Znaleźć nie można…

Czarownica wykonała zdecydowany skok na podłogę. Kaszlnęła jeszcze raz, cichutko i dość uroczo, po czym równie słodziutko otrzepała się z wszędobylskiego kurzu. Gdy złe powietrze opadło, westchnęła:

– Czemu nie mogę znaleźć tego, czego szukam?

Omiotła spojrzeniem okoliczne szafy, przepełnione książkami jak pękata paczka cukierków, oczyszczając je przy okazji z resztek kurzu.

– Tyle tych książek, a nie ma tych, których poszukuję. Dlaczego?

I nawet kurz tego dnia milczał.

Doby, jedynie dwudziestoczterogodzinne, mijały w asyście pięknego lenistwa, przerywanego od czasu do czasu przymusowymi, życiowymi obowiązkami, których to obecność zresztą nikomu nie przeszkadzała, gdyż – jak wiadomo – nie warto narzekać na naturalny bieg wydarzeń, choćby z uwagi na to, że nic go to nie obchodzi. Jeden z elementów czarownicowego zbioru artefaktów, konkretnie zakrętka, głosił: ,,Co masz zrobić dziś, zrób dziś.” Szkoda tylko, że artefakt ten był jedynie zieloną zakrętką po wiśniowym napoju. I jeszcze te książki… Nie ma książek…

Linia przecinająca dwa jesienne miesiące musi być mobilizacją. Musi być mobilizacją. Musi być mobilizacja, musi być praca; musi być praca, aby była nagroda.

Reklamy

92. Nieśmiertelność rzeczy martwych

„Faith and destiny – I never did believe
My only god is love
Faith – is what I see in you”
Anthrax – Safe Home 

We wnętrzach zagościły snujące się transowo słoneczne poświaty, w których to uwidoczniły się skryte zazwyczaj drobiny kurzu. Wisiały smętnie w świetlnej przestrzeni, wtapiając się w tło poza jej granicami. Skupisko wyjątkowo złośliwego kurzu wyjawiło przechadzającej się po zamku Czarownicy coś zaskakującego, a przy tym niebywale filozoficznego. Błogosławione dzięki za te chwile zwierzeń.

– Jesteś tylko pyłem, tak marnym jak my, tylko pyłem.

Dobitnie brzmiące słowa zadudniły echem w uszach niczego niespodziewającej się Czarownicy. Stanęła jak wryta. Minęło kilkanaście przydługawych sekund. W płaszczu ochronnym przeciw wszelkim filozoficznym absurdom, po chwilach refleksji, rzekła od niechcenia:

– Taak… A ja tu tylko sprzątam.

Po czym odwiesiła swą sylwetkę do chodu, całkowicie zignorowawszy obłoczek kurzu, który rozpłynął się pod wpływem jej ruchu. Spektakularność wydarzenia wzrosła najprawdopodobniej przez fakt, iż Czarownica po prostu przeszła przez zakurzoną poświatę, pełną złośliwych drobinek, o których zresztą nikt już nie będzie pamiętał.

Tymczasem sekretarzyk z armią piór na swej powierzchni, zaskrzypiał uprzejmie na powitanie.

– Dawno mnie tu nie było, prawda, skarbeńku? – zagadnęła Czarownica, nie bardzo świadoma wypowiadanych słów. – A jak myślisz, czegoż brak mi doskwiera?

Pytanie to uniosło się aż do sufitu, a następnie wsiąkło w kamień.

Czyste karty papieru, które, rzec trzeba, na tle ciemnego drewna różanego prezentowały się dość okazale, były tak nieskazitelne, że zdawało się, iż zaraz się uśmiechną. Pióra modliły się w swoim piórowym duchu, aby Czarownica wybrała właśnie je. Ta, nie zastanawiając się nad tą zwyczajną czynnością ani trochę, sięgnęła po to, które było najbliżej w jej zasięgu. Reszta pisadeł westchnęła cichutko, roniąc resztki atramentu.

Liście wirowały w sposób bajkowy. Wymarzona jesień… To czekanie…

Czarownica zastukała niepiszącym końcem pióra w kartkę, po czym zgrabnie je odwróciła, kalifgafując w sposób niezwyczajny (pismo w lewą stronę pochylone) słowa dość wymowne.

,,Życie dalej trwa. A dzisiaj kasztan spadł mi pod nogi.” Kropka na końcu zdania była trwała jak wiara, mocna niczym skała.

Reszta wypowiedzi została przez Czarownicę dokończona w myślach. Nie było potrzeby wyjaśniać tej osobistej metafory, bo takowe mają to do siebie, że są słodkim sekretem ich autora.

Tyle, żeby przemijalnością się nie zajmować. Żyć.

91. Sprawa bujanego fotela

Odgłos piłowanych paznokci wypełniał swym zgrzytem całe niczemu winne pomieszczenie. Czarownica w najspokojniejszy sposób kontynuowała praktykowaną czynność, paznokieć po paznokciu, zgrzyt-zgrzyt. I tak aż do rzekomej perfekcji.

Fotel bujany kołysał się smętnie, wypełniony wątłym czarownicowym ciałem, którego właścicielka po czasie niedługim odłożyła używane jeszcze przed chwilą narzędzie zbrodni na skromny stolik stojący obok. A fotel bujany, jak to bujany, bujał się dalej. Ów huśtający się fakt zaćmił umysł Czarownicy, skłaniając ją ku rozmyślaniu.

Momentalnie przypomniał jej się niegdyś napisany tekst – tekst uwieczniony na czystej karcie późną nocą pośród świeczkowego światła i niewidzialnej mgły; pisanina będąca efektem strasznych wniosków, do których Czarownica doszła po całodziennym bujaniu się na skrzypiącym meblu. Tak właśnie narodziła się Sprawa Bujanego Fotela, powracająca do jej myśli bardzo rzadko (bo po co się dołować?), lecz nader kłopotliwa.

Czarownica pstryknęła palcem wskazującym oraz kciukiem, jednocześnie zamrugawszy przez sekundę. Rozpościerający się pod nią fotel bujany nie zwolnił tempa, zalśnił jedynie przez krótki czas, stając się odrobinę elastyczniejszy i wygodniejszy.

– Witaj, Fotelu. Muszę tu państwu przybliżyć pewną kłopotliwą sprawę, do czego potrzebuję wspólnika. Raczysz się przedstawić?

– Bujany Fotel, lat 178, niezamężny, bezdzietny. Bardzo mi miło – rzekł fotel, lśniąc lekko resztkami lakieru. – Jakaż to sprawa? – zapytał przyjaźnie. – T a  sprawa? – zreflektował się po chwili, jakże mógł zapomnieć, jest przecież głównym bohaterem tegoż tekstu.

– Tak, ta – potwierdziła Czarownica. – Przejdźmy do rzeczy, lubię przechodzić do rzeczy.

Fotel trzasnął drzazgami, co w języku fotelów bujanych można poczytywać jako krótki chichot.

– Sprawę Bujanego Fotela można krótko określić jako lęk przed starością, lecz zaznaczyć trzeba, iż jest to niepełna definicja. Aby zdiagnozować SBF, nie trzeba być jedynie starym – inaczej na tę dolegliwość cierpieliby wszyscy staruszkowie światów, a co to – to nie.

– Kontynuuj proszę, Fotelu, ty się znasz lepiej.

Kołyszący się mebel przystanął na moment (odchrząknięcie), po czym ponownie, oparty o podłogę, począł lewitować w przód i w tył.

– Dokładnie – nie wystarczy być starym. Specyfika Mojej Sprawy polega na byciu starym i jednoczesnym żałowaniu, iż przeżyte już życie nie było wystarczająco piękne… Nie było wystarczająco zadowalające. I nie było wystarczająco satysfakcjonujące.

Pomieszczenie rozjarzyło się wszędobylskimi płomieniami świec.

– Plastyczniej powiedziawszy, siedzi sobie staruszek i płacze nad źle przeżytą przeszłością. A to nie był tym, kim chciał być. A to nie uratował nikomu życia. A to książki nie napisał.

– Morał z tego taki…

Czarownica uciszyła fotel, naciskając na poręcze.

– Pozwól, że ta kwestia będzie należała do mnie.

– Oczywiście – mebel ucichł posłusznie.

– Morał z tego taki, że lećcie, lećcie, dzieciaki. Czyńcie tak, aby później niczego nie żałować. Możliwość wystąpienia w starości Sprawy Bujanego Fotela może zostać zniwelowana już w młodości.

– I jak to było, moja droga? – Podłóżkowy zjawił się znikąd. – Niespokojna duszo, uwielbiaj swoją młodość!

Serdeczny śmiech rozległ się w całym zamczysku, wypełniając każdą szczelinę, zabijając z nadmiaru radosnych decybeli każdego plugawego, zgorzkniałego pająka. Trwał i trwał. Aż w końcu…

– Ty.

Momentalne milczenie.

– Co ja? – zapytał zaintrygowany Podłóżkowy, zawieszając smętnie resztki uśmiechu w przestrzeni.

– Ja! Ja książkę idę pisać! – krzyknęła Czarownica, szeroko otwierając oczy, a gdyby mogła – potrząsnęłaby Podłóżkowym jak najmocniej. Odwróciła się szybko i runęła w spiralę schodów prowadzących do pachnącego fioletem gabinetu.

I tak wygląda zapobiegawcze szaleństwo.

90. Serce na dłoni

„I don’t feel quite myself
I think I’m losing heart”
Riverside – Loose Heart

Tegoroczne wolne lato, które składało się z dwóch miesięcy kontrastujących ze sobą pod względem pogody, przeminęło wraz z pierwszym wrześniowym wiatrem. Jesień tańczy na horyzoncie i śmieje się z pierwszych parasoli.

Chłodne milczenie świszczało pomiędzy drżącymi listkami, przykładami niekończącej się bezradności. Tego dnia wiatr wiał od zawsze.

Przez zamkowe ściany sączył się zapach wyjątkowo pysznego, słodko-gorzkiego deseru popołudniowego. Słońce dogorywało, ustępując miejsca wieczorowi. Ponad porcelaną talerzy pokrytych okruszkami oraz nad szklankami i filiżankami z niedokończonymi napojami, Czarownica rozmyślała nad teraźniejszością – przecież obok wspomnień i marzeń jest jeszcze rzeczywistość.

– Chcę być sama…

Wszelkie żywe istoty posłusznie usunęły się z pomieszczenia. Nie minęła nawet jedna skromna minuta, a Czarownica doszła do nadzwyczaj pewnych wniosków. Jej myśli krzyczały, gdy wyszeptała prawie bezgłośnie:

– Samotność jest straszna…

Uniosła się z miękkiego tapczanu pokrytego warstwami różnych śliskich i błyszczących materiałów, po czym skierowała się w stronę długiego, wąskiego lustra, które niby unosiło się kilka centymetrów nad ziemią. Ściemniło się znacznie.

Ujrzała swoje nikłe, marne odbicie. Dotknęła miękkiej tafli opuszkami palców obu rąk. Zauważyła upiorność swoich dłoni – ich wnętrza były puste, blade i dziwne. Nie chcę na to patrzeć… Palce zaczęły powoli-powoli sunąć ku dołowi, równocześnie z opuszczaną w bezmiarze beznadziei głową. Oczy uniknęły swojego spojrzenia. Coś skapnęło na podłogę i bynajmniej nie była to kropla deszczu.

Czarownica wpadła w pajęczynę nieświadomości. Nie panowała nad czynami. Coś – lub ktoś – spowodowało, że jej lewa dłoń pomknęła powoli w stronę serca, usadawiając się pod nim wygodnie. Prawa dłoń pozostała mgliście oparta o przepaść lustra.

Nie wiadomo ile minut minęło, zanim Czarownica poderwała głowę, w wielkim zaskoczeniu badając zaistniałą sytuację. Biała dłoń pod sercem kontrastowała niebywale z czarnym ubiorem. Co się stało, co się dzieje?

Dusza podpowiedziała jej bezsłownie, że warto zerknąć na lewą dłoń. Czarownica spojrzała najpierw na prawą – była wciąż taka sama – pusta, blada i nieobecna. Pochyliła głowę… Lewa… Odchyliła, odkryła jej wnętrze.

Widniało na nim małe czarne serce.

Moment był odpowiedni, aby zerwać się do ucieczki na łóżko, do kąta pokoju, do poduszek, zawsze gotowych przytulić łzy niekontrolowanego płaczu; płaczu, do którego niektórzy wielce silni i twardzi wcale się nie przyznają. Przecież nie było nikogo innego…