89. Stara znajoma

„My name is Dead.
Don’t be afraid.
Would you mind if I smoke?”
Hey –  Delusions

Na zegarach zbliżała się romantyczna północ, kiedy to Podłóżkowy wrócił do zamczyska nie wiadomo w sumie skąd. Sunąc korytarzami i wykonując od czasu do czasu pełne energii fikołki w powietrzu, zmierzał ku pomieszczeniu kryjącym towarzyszkę swego życia. Nie wiedział bynajmniej, gdzie też ona może być, jednak nadzieję miał wielką, że w końcu kiedyś na nią natrafi. Marzenie się spełniło po kilkunastu minutach. Zatrzymał się przed drzwiami do salonu, najlepszego w zamku, bo urządzonego przez Czarownicę z największą czułością, gdyż usłyszał dochodzące z niego radosne okrzyki i śmiechy, jednym słowem – rozmowy. Istoty w salonie, kimkolwiek były, nie wyczuwały jego wiszącego przed progiem istnienia. Wsunął się w dziurkę od klucza, po czym będąc już w salonie, wyprostował kości.

Ujrzał uśmiechającą się doń Czarownicę, ani krzty zaskoczoną.

– Rozgość się – rzekła zachęcająco, wykonując odpowiedni gest. – Oto moja oddana przyjaciółka – dodała, wskazując ruchem głowy na siedzącą naprzeciwko niej damę. – Odwiedziła mnie po latach, ciebie jeszcze wtedy na światach nie było… Nazywa się Śmierć. Śmierci, oto Podłóżkowy; Podłóżowy, kochanie, oto Śmierć.

Nie takiego obrotu spraw się spodziewał. Przełkąwszy drobiny powietrza, uśmiechnął się kłopotliwie, po czym wydusił:

– A więc tak… Em… A więc tak wygląda Śmierć?

Próbował nie patrzeć na wspomnianą damę, lecz bądź co bądź – dym papierosowy wylatujący wszystkimi otworami twarzy należał do zjawisk niecodziennych. Dym z oczodołów – urocze.

– Tak – uśmiechnęła się Czarownica. – A teraz idź po dokładkę, bo reszta już umarła – poprosiła, podając tackę z okruchami, pozostałościami biednych ciastek.

Śmierć paliła długiego papierosa przez równie długi, cienki ustnik. Jej najczarniejsze z czarnych szat kontrastowały z trupiobladym obliczem. Obok spoczywała torebka przypominająca powiększoną wersję babcinego portfela. Śmierć zawsze nosiła przy sobie ciemnofioletową szminkę, puderniczkę, fajki i zaostrzoną kosę.

– Na czym skończyłyśmy, moja droga? – ponownie zagadnęła Czarownica. – Jak to było z tym twoim okazjonalnym urlopem? Jak się cieszę, że pamiętasz o koleżance z ławki szkolnej…

Gdy Podłóżkowy wrócił z zapełnioną tacką, mimowolnie spojrzał w stronę gościa. Miała w sobie jakiś niepoznany magnetyzm. Trzymała w smukłej dłoni kieliszek czerwonego wina, a oczy miała bardzo roześmiane, jak na śmierć. Śmiejąc się beztrosko, trzepotała makabrycznie długimi rzęsami.

Rzęsami?

Śmierć była piękna. Widać, nie wystarczająco dobrze się jej przyjrzał.

Jak najszybciej opuścił pomieszczenie, ani myśląc do niego wrócić. Zakochać się w Śmierci… Skandal.

 W rozmigotanym zamczysku jeszcze długo dały się słyszeć głosy. Śmierć, jak to Śmierć, jeszcze przed świtem pożegnała się z Czarownicą, zapraszając ją przy tym do siebie. Tak na przyszłość.

Reklamy

88. Zła sława to i tak sława

Do like I told you
Stay away from me
Never misunderstand me
Keep away from me”
Godsmack – Keep Away 


Stary zegar wiszący ponad głowami wybił kolejną późną godzinę. Powiadomiony wcześniej Podłóżkowy punktualnie zjawił się w staroświeckim salonie, powodując nieświadomy taniec drobin powietrza, które zmieszały się z pięknym zapachem, którego składników nie poznałby najbardziej szanujący się perfumer. Czarownica była na tyle skoncentrowana na pewnej sprawie, że aura salonu jej nie dosięgała, a zatrzymywała się jedynie kilka centymetrów nad konturami jej ciała.

– Na początku pragnę przyznać, że poprosiłam cię tutaj w efekcie zwyczajnej potrzeby drugiego istnienia.

Podłóżkowy drgnął w zrozumieniu.

– A teraz przejdźmy do rzeczy – zapowiedziała Czarownica, układając spoczywające na biurku karty i kartki niczym spiker telewizyjny. Odłożyła długopis, po czym ciągnęła dalej: – Zewsząd dochodzą mnie słuchy, jakoby niektórzy przedstawiciele tegoż, jak się czasem okazuje, plugawego gatunku ludzkiego, zajmowali się rozprowadzaniem głupot na mój temat. Widzisz? – wskazała na tańczący w kominku ogień. – Dostaję listowne powiadomienia. Jedyną dobrą stroną tego wszystkiego jest to, że mamy darmowy opał.

Rozmówca powstrzymał jakikolwiek, nawet najbardziej lekki, uśmiech.

– A wezwałam cię tutaj, byś poznał mój sposób na to wszystko i przyznał mi rację bądź pokazał nowe rozwiązanie. Otóż…. Dobrze wiem, że celem tych ludzi nie jest bezpośrednie obrażenie mnie. Wnioskuję to po tym, że ludzie ci nie mają odwagi, aby powiedzieć mi coś wprost, a szczycą się jedynie tym, że rozprowadzają głupie plotki wśród innych, znanych mi osób…

– Taka to smutna właściwość niektórych próbujących się rozpaczliwie dowartościować… – wtrącił Podłóżkowy w najwyższym współczuciu.

– Dokładnie. W tym momencie nasuwa się kolejny wniosek. Celem działania istot tego pokroju nie jest nic innego, jak powodowanie tego, żeby myślano o mnie źle, a nawet odwracano się ode mnie. To takie… Buntowanie innych.

– Tak.

– Niniejszym od czasu pewnego zaczęłam się zastanawiać, czy moja dobroduszność polegająca na skrzętnym ignorowaniu ludzi trudzących się psuciem mej opinii nie jest czasem już w tym momencie nieodpowiednia. Pytałam siebie: czy czas zareagować? Odpowiedź przyszła szybko. Nie, nie trzeba reagować. A wiesz czemu? Bo znam swoje prawdy i tylko je szanuję. Nie interesuje mnie to, co wymyślają inni.

Jeszcze przed chwilą szalejące okiennice, wprawione w ruch przez wściekły wiatr, zamilkły w jednej sekundzie.

– Jedyna szkoda w tym wszystkim polega na tym, że ci tchórze nie zapominają o mnie tak, jak ja zapominam o nich. Jednakże nic, co obce, nie jest dla mnie ludzkie. Czy myślę prawidłowo?

Towarzysz Czarownicy przerwał milczące wpatrywanie się w rozmówczynię, po czym drgnął nagle:

– Tak. Tak. Tak, masz rację.

– Dziękuję. Koniec posiedzenia.

Po niedługim czasie w całym zamczysku dały się słyszeć radosne rozmowy. To Czarownica rozmawiała beztrosko z ludźmi, którzy wciąż są, którzy nie są podatni na żadne manipulacje, którzy wciąż są tymi jedynymi życzliwymi. Udało się odkopać ten skarb. Reszta jest milczeniem, strzępiącym nerwy co wrażliwszym, ale w tym przypadku Czarownica była znieczulona na wszystkie nieprawdziwe zło, o które ją posądzano. I żadnych zmian, nie zależało jej na dopasowaniu się do tej reszty. Śmieją się z niej? Słaba metoda. Obojętna na zgorzkniałość człowieka, pozostawała sobą.

87. To moje życie, tej zabawki nie pożyczę

„‚Is something wrong?’ – she said
Well, of course there is…
‚You’re still alive’ – she said”
Pearl Jam – Alive

Na początku było Pragnienie. A Pragnienie się zrealizowało i wypełniło, a koniec świata nie nastąpił. Wszystko trwa, jak trwało, Apokalipsa zapadła się sama w sobie, siedmiu trębaczy niebiańskich to tylko anioły, ona nie uśmiecha się tylko na zdjęciach.

We wszystkich korytarzach rozradowanego zamczyska rozległ się przeciągły krzyk, obwieszczający upragniony powrót Czarownicy do wszędzie-dobrze-ale-w-domu-najlepiej. Gdzieś za górą i za rzeką zabrzmiały dzwony, przepędzając wszystkie głupie gołębie. Zamkowe wnętrza odetchnęły z ulgą, z powrotem wypełniając się tajemnicą. Świat egzystuje dalej, wciąż i wciąż. Pełen serwis.

Czarownica nie słyszała szeptu trawy, plotkującej o jej powrocie, mającej nagle temat do rozmowy. Przez chwilę przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze, po czym zapragnęła nagle rzucić się na miłą płaszczyznę służącą do leżenia, a ta wnet przydreptała z kąta pokoju i usadowiła się wdzięcznie tuż za jej sylwetką, która runęła całkiem beztrosko na satynową pościel, wręcz niebiańską pościel, bo w gwiazdy na wyciągnięcie ręki. Niebo za oknem również było o wiele ciemniejsze niż tło zdjęć legitymacyjnych.

Czas płynął w nieznanym tempie – zdawał się wręcz zanikać, a było to jedynie, rzecz jasna, złudzenie, bo przecież jego mijanie to zjawisko nieubłagane, tworzące historię świata, który trwa. Jej świat trwa, jej świat, jej marzenia. Aby uniknąć kłopotów z matematyką, rzeknijmy, iż leżała po prostu długo, lecz jak mawiają mędrcy świata – każde lenistwo kiedyś się kończy.

– O… – Czarownica przerwała odpoczynek (lub – jak kto woli – plugawe i bezużyteczne nic-nie-robienie). – Nigdy nie miałam okazji przekonać się jak wygląda Chaos rodem z mitów, a tu popatrz… Widzę go za darmo – rzekła Czarownica, spoglądając czule na swoją otworzoną i sterczącą na środku pokoju walizkę. – Obstawiasz? Do kiedy będzie tu leżeć?

– Najprawdopodobniej do końca świata – odpowiedział rzeczowo Podłóżkowy, wykonawszy wcześniej w myślach odpowiednie obliczenia.

Powietrze wypełniło się szczerą, nieencyklopedyczną radością, taką wolną od wszystkiego złego i wszelkiego żywota na siłę świętego, a gwiazdy błyszczały, bo też się śmiały. Czy tak wygląda koniec? Z pewnością nie.

86. Moc prezentów

„As below, so above and beyond, I imagine
Drawn outside the lines of reason”
Tool – Lateralus 

– Widział ktoś kiedyś czarownicę na wakacjach? – zapytał Podłóżkowy, po czym zachichotał cicho. Nie rozbawił nikogo oprócz siebie.

Za oknem wstawało słońce.

Czarownica we własnej osobie skoncentrowała się absolutnie na planowaniu jakże głupiej czynności, jaką jest pakowanie się. Układała w myślach wszystkie przedmioty, które zamierzała ułożyć także w walizkach. Po długiej chwili rozmyślania prowadzącego donikąd, wróciła do umysłowego rozwidlenia, po czym wybrała nieco inną drogę. Doznała wspaniałego olśnienia. Uśmiechnęła się do siebie, stojąc plecami do zajętego kołysaniem się w lewo i prawo Podłóżkowego, po czym odwróciła się rozpromieniona, aby oświadczyć:

– Spakowałam się!

Podłóżkowy wydał się troszeczkę zakłopotany. Bardzo odrobinkę zakłopotany. To chyba nie jakaś sztuczka, co? Przecież…

– …jeszcze się nie spakowałaś. Widzę przecież.

Czarownica minęła znieruchomiałego towarzysza, uśmiechając się podstępnie. Ten jak zahipnotyzowany zaczął sunąć za nią. Płomienie świec na korytarzu zadrżały na powitanie.

– Powtórzę ci się, mój drogi, wyobraźnia jest skarbem – rzekła Czarownica, a Podłóżkowy schował jej słowa do swojej kieszeni. – Byłoby strasznie, gdyby nie ona. Chociaż czasem…

Szafa, którą właśnie mijali, zamknęła się samoistnie z sykiem, likwidując małą szczelinę.

– …i z nią jest strasznie.

Podłóżkowy przełknął ślinę.

– Co to było? Tam, tam… W szafie.

– A to taki mały eksperymencik, żeby zobrazować to, o czym mówię. Nie martw się. Stworzyłam zamek idealny – jest taki, jaki chcę, aby był. Nic w nim nie straszy…

Dwójka rozmawiających znalazła się przed drzwiami frontowymi do zamku. Podłóżkowy, dżentelmen w każdym calu, otworzył je w iście szarmancki sposób. Czarownica przekroczyła ramy, po czym schowała się za futryną. Podłóżkowy najspokojniej w świecie ruszył przed siebie.

– BUU!

Rozległ się głośny, szybki, świszczący oddech.

– Oprócz mnie, kochanie.

Podłóżkowy przez chwilę dusił się powietrzem. Gdy dochodził do siebie, Czarownica kontynuowała przemowę:

– Podziękuj za ten dar, chłopcze. Bierzemy ze sobą cały kochany zameczek. Mamy trochę miejsca w wyobraźni, więc nie ma problemu – wzruszyła beztrosko ramionami.

Podłóżkowy, tak jak wcześniej wyginał się i kaszlał jak szalony, tak teraz zastygł w milczeniu.

– Postawimy go gdzieś sobie, a ludziom wmówimy, że to fatamorgana. Chodź.

Czarownica wpatrzyła się w swojego towarzysza z uśmiechem, a ten po krótkiej chwili po prostu nie mógł go nie odwzajemnić.

I ruszyli przed siebie, wolni od wszelkich trosk, a towarzyszyło im uśmiechające się słońce. Czy może być coś lepszego?

85. Zawsze

„I want you to lead me
Take me somewhere”
In Flames – Come Clarity

Wszystkie światła były pozapalane i było niewyobrażalnie gorąco – jednakże to za sprawą pogody, a nie oświetlenia. Ludzie we wnętrzu domu darli się jak opętani. Źli. Cała przesączona negatywną energią chatka była miejscem wrzaskliwym jak szpital idiotów.

Dlatego nastaje czas, aby przenieść się w lepsze miejsce.

Deszcz spadał na ziemię w postaci milionów długich kropel, lecz we wnętrzu zamku, z pozoru zimnego i niedostępnego, było sucho i przytulnie. Jednak krajobraz za oknem sprawiał niepoznaną przyjemność, deszcz padał z góry jak życie, nieoceniony dar z nieba. Czarownica z nadzieją… Tak, to się czasem zdarza. Miała dużą nadzieję, że zacznie się burza. Najbardziej namiętne zjawisko pogodowe w całej historii świata. Tylko bez łamania drzew, bez przesady.

I burza nadeszła, przywołana siłą woli, nadzieją bądź pozytywnym myśleniem, jakiego brakuje wielu młodym duszom w innych światach. A może po prostu przywiało burzową chmurę?

Niebo rozłamywało się na części. Samoistnie przebijało się strzałami burzliwej miłości, aby po chwili z powrotem stanowić całość. Błyskawice pokonywały swoją świetlistą drogę nadzwyczaj spontanicznie. Wystrzeliwały przed siebie, tak… Tak nie całkiem po prostu.

Zamczysko kochane stanowiło w tym momencie skarb świata – było niezastąpioną osłoną, ścianą pomiędzy dziką naturą a spokojną egzystencją istoty pragnącej zasnąć.

Noc będzie dobra. Miłych snów.