55. Bang Bang

Wróci później, pojechała tęsknić.

Reklamy

54. Refleksje

Zgromadzone na polanie powietrze przyłapało Czarownicę na kradzieży promieni słonecznych, co objawiało się odbijaniem ich w małym, podręcznym lusterku, a następnie posyłaniem ich w stronę drzew. Wyglądało to bardzo ładnie, bo gdy udało się wycelować w dziuplę – całe drzewo rozświetlało się jasnym blaskiem, migotał każdy liść. W swoim zwyczaju, Czarownica zamyśliła się wielce, nieświadomie już wykonując radosną czynność godną czterolatka. W pewnym momencie padła na trawę, szepnąwszy uprzednio w myślach zaklęcie posyłające w najbardziej oddalone czeluści piekieł wszelkie robactwo i mu podobne.

Niebo było jasne i czyste – pojedyncze obłoki wisiały smętnie w niezmierzonej przestrzeni, a że na szczęście nie wiał ten okropny wiatr – tkwiły nieruchome i jakby przyklejone. Wszystko wokół było przesiąknięte nieskalanym spokojem, objawiającym się w drzewach, w trawie, w chmurach, na niebie…

Wszystko to sprzyjało rozmyślaniu, które zdawało się nigdy nie skończyć, gdy tylko się zaczęło w takim pięknym otoczeniu. Teoretycznie Czarownica powinna przywoływać w myślach same radosne chwile, jednakże nie było to możliwe, ponieważ ostatnimi czasy brakło tego złota, brakło tych przyjemnych, pięknych momentów. Na dnie sakiewki spoczywały jedynie, obok czarnych myśli, nikłe strzępy wspomnień, które i tak zresztą powoli zanikały wraz z nieubłaganym mijaniem czasu.

Pozostało Czarownicy tkwić w zwątpieniu przekształcającym się w obojętność. Dopóki zaszło słońce.

53. Zło

To było bardzo dziwne, a zdziwiły się nawet ściany, a nie bardziej od sufitu i podłogi.

Czarownica wpatrywała się w okno, szukając nie wiadomo czego.

Może drzazgi.

Podłóżkowy snuł się po zamku w poszukiwaniu szczęścia, skrzypiącego w obrazach uśmiechniętych ludzi, podpisanych niezrozumiałymi imionami, czasem po prostu inicjałami.

Nic nie wskazywało na to, że Czarownica znajdzie Drzazgę; nie była przecież do końca przekonana, czego właściwie szuka – a nawet jeśli wiedziałaby co jest jej celem, nie wierzyłaby w jego realizację, w jego spełnienie, spełnienie marzeń. Drzazga uśmiechała się krzywo, definiując tym samym pojęcie spojrzenia iście szyderczego. Coś skrzypnęło przeciągle, a potem dał się słyszeć piskliwy głosik Drzazgi, który Czarownica dokładnie słyszała w swojej głowie.

– Wszystko przepadło, moja droga – orzekła Drzazga, uśmiechając się w swoim stylu. – Nie ma już nic…

Czarownica, próbując udawać nieprzejętą, wpatrywała się obojętnym wzrokiem w usilnie starającą się ją zdołować Drzazgę. Ziewnęła przeciągle, po czym wspięła się na parapet, aby lepiej słyszeć swoją rozmówczynię, wetknąwszy w nią uprzednio lekko prześmiewczy wzrok.

– Coś jeszcze, proszę pani? – zapytała, nie bardzo oczekując odpowiedzi.

Drzazga oblała się drewnianym rumieńcem, próbując ukryć uśmiech satysfakcji wynikający ze świadomości, że Czarownica wykazuje, chociaż nikłe, ale jakieś – zainteresowanie.

– O tak… – Drzazga wykonała gest podobny do poprawienia się na krześle. – Nie ma szans na jakąkolwiek naprawę, przepadło wszystko… – rzekła przymilnie. – A wiesz co to jest desperacja? To jest stan, w którym próbujesz coś naprawić, ale to jest doszczętnie zniszczone. Więc nie ma sensu.

Wszystko to Drzazga mówiła powoli, złośliwie sylabizując, jakby miała do czynienia z czterolatkiem, który i tak najpewniej umarłby zaraz po tym, jakby odezwała się do niego właśnie drzazga. Czarownica ze spokojnym uśmiechem wysłuchała towarzyszki, wpatrując się w nią przymkniętymi oczami.

– Jesteś pewna, że traktuję poważnie słowa usłyszane od drzazg?

52. Pytanie prawdziwe

W czasie gdy Podłóżkowy był zajęty w pomieszczeniu obok wpadaniem w podłogę i wypadaniem z podłogi, Czarownica, dzielnie znosząc te trzaski i świsty, najspokojniej w świecie od minut długich kilku malowała sobie usta. Lustro było smukłe i zgrabne – tak, że mieściła się w nim jej sylwetka i nic więcej.

– Skromność-nie radość – mruknęła w myślach.

Nie miało ram – było po prostu płaszczyzną odbijającą zawieszoną w przestrzeni pustego pokoju, w którym nie było nic oprócz tegoż właśnie lustra, kilku szuflad wyjętych z jakiejś nieobecnej szafki, rzuconych na niedbały stos, oraz okrągłego stolika wielkości talerza, stojącego na długiej, chudej nodze. Na którym zazwyczaj leżała szminka.

Mijały lekkie sekundy, odpływając z zegarów mglistymi falami. Czarownica zamyśliła się głęboko, raczej już nieświadomie wykonując ruchy w prawo i w lewo.

Gdy coś skrobnęło raz, zachowała spokój, jednakże gdy skrobnęło raz drugi – spojrzała na źródło, w lewy górny róg lustra. Jakaś kobieca dłoń, lekko żółtawa, oparła na nim palce, skrobiąc i pukając w lustro co jakiś czas.

– Nie myślisz, że warto byłoby zająć się czymś innym, aniżeli patrzeniem w lustro? – zapytała Ręka, przejeżdżając po nim długim, czerwonym paznokciem.

Czarownica zaniemówiła, co przekształciło się w niedługi czas w stan podatny na zemdlenie.