51. Próbujmy próbować się śmiać

Przychodzi Czarownica do lekarza, a tam pacjent.

Nikt i nic jej nie widziało, a wynikało to z jej umiejętności niezbytniego zwracania na siebie uwagi, co było efektem niczego innego, jak najzwyczajniejszej niewidzialności (bo jakżeby inaczej). Czarownica z niesmakiem obserwowała pracę lekarza, który stukał i pukał, a później… Są na sali dzieci?

Coś pyknęło i Czarownica, wciąż z wyrazami głębokiej niechęci na twarzy odnośnie widzianych przed chwilą obrazów, z powrotem znalazła się w swoim kochanym domku, wokół którego jak zwykle płynęła mgła, ale nie o mgle.

– Wiesz co? – zagadnęła Podłóżkowego, co stanowiło doprawdy coś niecodziennego. – W przyszłości poświęcam się powołaniom – temu, co robić muszę. Tylko wtedy będę zadowolona z siebie i z tego, co robię. Może nie spodoba mi się to na początku, ale później… Nic, co ludzkie i nieludzkie, nie jest mi obce. Później wszystko się ułoży.

– Musi, bo pozabijasz? – zapytało mgliste istnienie, ziewając przeciągle.

– Tak, właśnie tak zrobię. Coś mi mówi, że stoisz pierwszy w kolejce.

– Wątpię w to… – rzekł Podłóżkowy, a słowa te przekreśliły go na cały piękny dzień. Czarownica nienawidziła, gdy ktoś w nią wątpił.

– To przestań wątpić, jeśli chcesz żyć. Idę na spacer.

Czarownica nie zamknęła nawet drzwi, niech go wywieje. Oddała się… Oddała się bezpowrotnie… Rozmyślaniom o przyszłości.

Reklamy

50. Próbujmy się śmiać

Mgła była przygnębiająca i stanowiła najdokładniejszą metaforę ówczesnego nastroju pani Czarownicy.

Nieba widać nie było i wszystkiego widać nie było, bo mgła była gęsta, a co wrażliwsza jednostka uznała, że koniec świata się zbliża, że to A-po-ka-lip-sa – że niedługo Bogowie na rumakach z niebios zstąpią, a z piekieł na rydwanach grzesznicy przybędą, a nawet coca-cola straci swe znaczenie.

I wszystko by się zgadzało, gdyby nie to, że świat kończyć się nie zamierzał.

Czarownica smętnie wpatrywała się w równie smętną dal. To doprawdy straszne, że powiedzenie ,,po burzy zawsze jest słońce” czasem działa odwrotnie – po słońcu zawsze jest burza. Jednego dnia żyje się po to, aby umrzeć nazajutrz.

Gdzieś w zaciemnionym kącie pomieszczenia coś skrobnęło niewinnie. To niewinny Podłóżkowy zrobił nieśmiały krok naprzód w stronę zasmuconej Czarownicy.

– Co się stało? – zapytał z dziwną troską. – Dawno nie widziałem cię aż tak przybitej. Podwyższyli ceny?

 Czarownica spojrzała na towarzysza z niechęcią. Dlaczego im wszystko trzeba tłumaczyć?

– Zostaw mnie… W spokoju… – oświadczyła uroczyście tonem pogrzebowym po dłuższej chwili upewniania się, czy czasem nie padnie w połowie wypowiadanego zdania.

49. Śmiejmy się

Czarownica wróciła bardzo zmęczona, nie wiadomo w sumie skąd. Opadła bezwładnie na pierwszą lepszą powierzchnię poziomą (którą bynajmniej nie była podłoga, ani nic twardego), po czym zaczęła uroczyście nie zauważać wszystkiego i wszystkich dookoła. W międzyczasie niewiadomo skąd przyszedł sobie Podłóżkowy, ale najwyraźniej się rozmyślił, gdyż nie zaszczyciwszy swej towarzyszki ani słowem, leniwie przesunął się w stronę wyjścia i tyle go było.

Czarownica z lekkim zaniepokojeniem, odchyliwszy głowę, czujnie zmrużyła zamknięte jeszcze przed chwilą oczy. Gdy pojęła dawną obecność Podłóżkowego, który zniknął już nie wiadomo gdzie, poczęła szukać przyczyny braku jego odezwy, a ten przywiedziony jej aurą, przybył.

– Już mnie nie lubisz? – rzekła Czarownica od niechcenia, nie bardzo oczekując odpowiedzi – ale były to tylko pozory.

Podłóżkowy rozkoszował się chwilą milczenia, po czym wyszedł z pomieszczenia, najwyraźniej obrażony, a Czarownica zasnęła – odpływając myślami całkiem gdzie indziej.

Bo morał dzisiejszego dnia, będący pewną parafrazą, ale kto by się przejmował, jest taki: śmiejmy się, bo śmiech może nas czegoś nauczyć.

I nie zważajmy na nieszczęścia i ludzi, którzy pragną z całych kamiennych serc uprzykrzyć nam życie, nie warto, bądźmy dobrej myśli.

48. ,,UCZYĆ SIĘ MUSI KAŻDY, KTO PRZEŻYĆ CHCE PRZYSZŁOŚĆ” – Lucjan, nadworny nauczyciel Królowej Vajlette I

Podejrzewano, że dawniej niż dawno i dalej niż daleko, żyła królowa mądra i wszechstronna, a choć na cztery świata strony roztrzepana, to z każdego labiryntu wyjść potrafiła – jak nie sama, to na rękach służby i pomocników wszelakich. Delikatna i subtelna jak róży kwiat (ach, słabe porównanie) była tylko w swojej osobistej sypialni. Wieść o tyraństwie mości królowej sięgało dalece poza mury zamku i miasta, a powstaną kiedy legendy i podania – czego powodem nie jest i nie będzie nic innego, jak ludzka zdolność do przesadzania. Ale kto by się tam przejmował. Swe smutki i frustracje jej królewska mość wyładowywała na biednej ludności mieszczańskiej jej podlegającej ku nieszczęściu swemu, co przejawiało się od czasu do czasu uroczystym wbijaniem na pal bądź w najlepszym wypadku jedynie rozciąganiem na kole (rzadziej). Królowa źle ułożyła sobie życie.

– Ach, jej królewska mości. Minęło…

Rozległo się znaczące chrząknięcie.

– Tak, tak, mości królowo, nie zdradzę królewskiego wieku… Minęło ileś lat od czasu, gdy jej królewska mość podczas pierwszych urodzin swych w dłonie książkę powzięła na znak przyszłej wiedzy zdobywanej z radością i satysfakcją… – służący przełknął ślinę. – Ale niebiosa i piekła mówią mi i zdaje się, o pani, iż wróżba się nie sprawdza… imówiętowprostboprawdęchciałamościkrólowausłyszeć.

Nadworny profesor pożałował słów wypowiedzianych, bo być może prawda zbyt bolesna ześle go w najbliższą niedzielę na zaostrzony pal. Jednakże jej królewska mość orzekła pokornie:

– Tak, nauka poszła w las.

Czarna wrona za oknem posłyszała królewską wypowiedź i po locie krótkim dzwonnikowi przekazała, aby dzwony zabrzmiały, a słowo dźwiękiem się stało.

,,NIE PRZEŻYJĘ SEKUNDY, JEŚLI NIE ZACZNĘ SIĘ UCZYĆ” – Królowa Vajlette I

Zaokienne posiadłości ziemskie rozciągające się na falistych pagórkach pokryły się barwą przygnębiającej rdzy. Słońce zachodziło, a niegdyś zawzięcie dziobiące wrony już zamilczały, śniąc sen sprawiedliwych. Stary strach na wróble rozpoczął wieczorne skrzypienie.

Królewska mość, najedzona pod dostatkiem, napita pod dostatkiem, spokojna pod dostatkiem i samotna pod dostatkiem, wpatrywała się w niezmierzoną dal przeciętą drogą prowadzącą w jej marzeniach do lepszego świata. Tylko gdzież on jest?

Ogień w kominku poczynał kończyć swój radosny taniec, wyrażając swoją coraz to marniejszą ekspresywność leniwie sunącymi iskierkami, a w końcu zmarł na rozpalenie serca. Starczyło światła dostarczonego przez promienie dogasającej kuli słonecznej. Cień królowej padał na czystą posadzkę, obramowany ze wszystkich stron zarysem framug długiego okna, w którym stała i rozmyślała nad beznadzieją życia.

Tknięta głęboką refleksją, powodowaną być może dźwiękiem mordowanej przez lisa kury, doszła do wniosku, że pora coś zmienić, aby działo się lepiej. Tak czasem ludziom się zdarza – że to od czasu do czasu rewolucje chce im się wprowadzać. I choć szanse na powodzenie wydają się nikłe, warto spróbować. Nawet bzycząca wściekle mucha odleciała spod nosa, a więc są postępy.

– Wiesz, świecie… – zagadnęła mości królowa. – Bądź mi świadkiem, że od dziś postanawiam nadrobić beztroską przeszłość.

– To bardzo szlachetne, panienko. Będę cię obserwował i życzę powodzenia.

– Miej mnie w opiece, zaczynam się uczyć.

Świat uśmiechnął się życzliwie, nastał nowy dzień.

47. Kyhem

I’m the trouble starter, punkin’ instigator;
I’m the fear addicted, a danger illustrated;
I’m a firestarter, twisted firestarter.

 I’m the bitch you hated, filth infatuated;
I’m the pain you tasted, well intoxicated;
I’m a firestarter, twisted firestarter.

 I’m the self inflicted, mind detonator;
I’m the one infected, twisted animator;
I’m a firestarter, twisted firestarter.
The Prodigy – Firestarter


Słońce zdaje się już być całkiem śmiałe i w miarę niewstydliwe, a kałuże wokół wysychają, słynąc jako plamy, których nikt nigdy nie będzie pamiętał. Istnienie wokół budzi się do życia. Telefon dzwoni rozpaczliwie, ale kto by się tam przejmował, mając dodatkowo przed oczami własną smutną śmierć.

I to właściwie tyle.

Jeszcze tylko tak muszę sobie polecieć marnymi widmami metafor, albo nie, nie chce mi się. Nic mi się nie chce. I korzystając z tego niespecjalnego środka ,,komunikacji”, zawiadamiam, iż za sprawy przyszłościowe biorę się od początku czerwca bądź lipca. Na razie jestem zajęta ziewaniem, a poza tym nie teraz i wogle, bo piję wodę mineralną.

Pani z przestworzy na moment swobodnie spada na ziemię, gdyż rzeczywistość nie dosyć, że szara, to i obowiązkowa. To przygnębiające doprawdy, zapłaczmy wszyscy wokół wykopanego grobu.