44. Mimo wszystko

Lucjan otrząsnął się z chwilowego zamyślenia. Gdy uprzytomnił sobie, że jednak nikt go nie wołał, ponownie pogrążył się we własnym świecie. Ta słodka chwilia nie trwała długo, gdyż już po chwili rozległo się prawdziwe głośne ,,Lucjaaanie!”, a następnie dało się słyszeć subtelne podzwanianie.

Służący sprawnie podniósł się ze skrzypiącego krzesła o drucianym oparciu, będącego jednym z niewielu mebli obecnych w pomieszczeniu, które nawiasem mówiąc mieściło się w podziemiach i było wypasażone tylko w jedno okno metr na metr. Woń staroci zajęła się pokojem wraz ze wszechobecnym kurzem. Lucjan po prostu dbał o porządek wszędzie, tylko nie u siebie.

Mężczyzna otrzepał się, aby jakoś wyglądać, po czym zebrawszy pewność siebie do kieszeni, ruszył do swej Pani i Władczyni.

– Głowa do góry, Lucjanie. Traktuj to dosłownie, bo cóż ciekawego jest w twych butach?

Dobroczynny służący wykonał polecenie. Wpatrzył się w rozmówczynię, która miała talent do tego, że gdy spojrzał na nią raz – nie mógł już oderwać wzroku.

– Ach… – rozległo się wyraźne westchnienie z ust Czarownicy. – Możesz tak patrzeć… – wykonała młynek wskazującymi palcami. – I patrzeć…

– Co tym razem oczekuje Pani od swego niezastąpionego sługi? – przemówił w końcu, nerwowo przechyliwszy się na drugi bok.

Pani najwyraźniej poczuła się Wielką Panią (zresztą takową była), ponieważ odrobinę wygodniej rozsiadła się na miękkiej, pluszowej kanapie w krwistym kolorze. Założyła nogę na nogę, a w górę popłynął dym kadzidła, którym zaczęła się bawić. Wpatrywała się w nikły zygzak dłuższy czas, chłonąc całą sobą wszędobylskie opium. Po dłuższej chwili podniosła wzrok i z niewinnym rozbawieniem zapytała:

– Nutka niecierpliwości, mój drogi? Możesz wracać do siebie.

Rozczarowany służący wykonał polecenie.

Reklamy

43. Chcesz więcej?

Czarownica pewnym i zdecydowanym krokiem pokonywała drewniane schody okrągłej wieżyczki, które wznosiły się spiralnie ku górze. Momentami udało im się cicho zaskrzypieć, lecz poza tym reszta była milczeniem. Długie wąskie okna wpuszczały do wnętrza marne promienie księżycowe, w których blasku pływał kurz i dym.

Kiedy pełna wewnętrznego spokoju i odrętwienia istotka była już na szczycie, przed jej niewinnymi oczętami ukazał się rozległy strych – a tak wielki, że co sprytniejszy pytał, jakim cudem mieści się on w tej skromnej wieżyczce, ale czasem bywa tak, że ludzie czegoś nie wiedzą. Najróżniejsze rupiecie, które były minimalnie starsze od tych normalnie funkcjonujących kilka pięter niżej (ah, te starocie), zagracały całe pomieszczenie. Można więc powiedzieć, że strych ten nie różnił się od pozostałych strychów na tamtejszym świecie.

Czarownica jak zawsze pamiętała o istnieniu niezliczonej liczby pająków, które szczególnie ulubiły sobie właśnie strych.

– Cześć, debile – rzuciła od niechcenia na powitanie, zmierzając nieobecna ku najdalszym zakątkom pomieszczenia.

Gdzieś w przestrzeni zatrzepotał skrzydłami śpiący nietoperz, który najpewniej śnił o rycerzu walczącym ze smokiem. Czarownica przeszukiwała zawartość furkoczącej szafki bez jednej nogi, lecz znalazła w niej jedynie starą lunetę z pękniętym szkłem, zasuszony czosnek i kilka ziaren gorczycy, bo przecież lepiej nie wspominać o swoich starych rajstopach z dziurami. Kolejna komódka, nie licząc rękawiczki, była pusta.

– Gdzie jesteś? – zapytała niepewnym głosem, który łamał się tylko na potrzeby udramatyzowania sceny. – Nie możesz tak po prostu zniknąć, bo przecież osobiście skazywałam cię na żywot przy mym boku.

– Dobra, nie męcz swej osóbki, sam przyjdę – uznał poszukiwany Podłóżkowy, a to tylko dlatego, aby Czarownica nie miała powodów do dumy. Podszedł bliżej podnosząc wokół siebie kurz.

– Jesteś! – ucieszyła się Czarownica, podskoczywszy nieświadomie.

– Wciąż przeżywasz komplementy, o Pani z Przestworzy?

– O tak, w końcu jestem najciekawszym obiektem astralnym – rzekła rozmarzona Czarownica, wtuliwszy się uprzednio w ciepłe powietrze.