42. Ostatek

I jedynie płakać, płakać jedynie pozostało. Leżeć i jęczeć, wić się i krzyczeć. Wyć do księżyca w porach wieczornych i nocnych, a nie rannych. Tylko to się ostało, jedynie to przyszłość stanowi. Ewentualnie sokiem pomarańczowym codzienność popijać, aby urok był większy i rutyna niezbyt szara.

– Hej ty. Siostrzyczko diabła.

Tylko, tylko, tylko – tylko płakać i szarpać wszystko, włącznie z samym sobą! Drapać się, drapać się, drapać się i zdzierać siebie z siebie – choćby do krwi! Nic co ludzkie – nie jest obce!

– Siostrzyczko…

Finał się zbliża – godnie go powitać! Obszarpanym, podrapanym, zachrypniętym, wyczyszczonym z jakichkolwiek emocji! Płakać tylko i jedynie! Niech się unoszą uczucia w górę, niech się unoszą, niech dymi wszystko, a egzystencjonalne opary niechaj płyną w górę wraz z powietrzem. Trzeszczenie szkła, drapanie drewna, skrobanie piórem, gryzienie widelców!

– Siostrzyczko diabła…

Finał nadszedł. Pękło wszystko, wszystko wszystkiego, wszystko wszystkich i wszystkiego – pękło wszystko. Żyły dały się we znaki, pulsując i siniejąc na czerwono. Widelec włożony do ust, zęby zaciśnięte i widelec z bólem siłą wyjęty. Bo płakać w mroku beznadziei i w świetle oślepienia, odrętwienia, zwątpięnia – to jedynie i tylko pozostało. Nic nie pomoże, nikt nie pomoże. Nie stać na zapakowaną w papier różowy wersję optymistyczną. Po prostu nie stać. Tak się nie da. Bo tylko leżeć i wyć, wyć do księżyca i gwiazd pozostało.

– Siostrzyczko diabła…

Finał finałów. I tylko się utopić, za okno się wyrzucić, popić zapaloną zapałkę benzyną (albo i nie) bądź po prostu pstryknąć palcem i zniknąć w niepamięć, zniknąć w niepamięć, zniknąć w niepamięć – i po lasach młodości niewidzialnie się pałętać.

Reklamy

41. Przeobrażenie – trudne słowo. Metamorfoza – jeszcze trudniejsze słowo. (IV)

A mówią, że anioły pomagają nieść ciężar. Najwyraźniej albo nie pomagają, albo nie istnieją. Zresztą nie o aniołach, nie o aniołach…

Zębny Olaf rozcierał sobie czoło, na którym i tak pozostała wyraźna pamiątka po skaczącym guziku kasy fiskalnej. Fiskalnej? Czy to nie jest czasem nazbyt nowoczesne określenie? Nie te czasy. W każdym razie, guzik odskoczył siłą mechaniczną i dał wyraz swojej obecności, malując na nieskazitelnej twarzy Olafa ładny, okrągły, czerwony kształt. Ale kiedy wreszcie będzie na temat?

Czarownica przemknęła jak cień między półkami, zakręcając szybko i sprawnie, a różne tkaniny, które miała na sobie powiewały pod wpływem ruchu. Burokolorowe produkty wznosiły się ponad Nią, aż w końcu aleje Specyfikarnii zakończyły się przy jedynej w sklepie kasie, przy której na szczęście zasiadał tylko jeden Olaf, który – utrwalić to trzeba – odprowadził Czarownicę podejrzliwym spojrzeniem. Jak mogła nic nie kupić? No i…

Droga ze sklepu do domu była nudna, jak to zazwyczaj bywa z drogami z i do sklepu. Jednak jednocześnie była jakaś trudna i jakaś ciężka, co czyniło ją trochę inną od pozostałych dróg tego typu. Mowa tu oczywiście nie o nawierzchni, a o sposobie, jakim mijał czas.

Ach, i tym razem odwieczne przysłowie daje się we znaki: wszędzie dobrze, ale w chatce najlepiej.

Gdyby tylko przed chatką istniały odpowiednie warunki do podglądania tego, co się dzieje w jej okolicy (no dobrze – istniały – ale nie zagości w żadnym drzewie żaden podglądacz) zauważonoby całkiem zabawną scenę. Czarownica, poprzez obecność słodkiego płotka widziana od pasa w górę, podbiega radośnie do drzwi i otwiera je zapraszając bogowie wiedzą co. Rozgląda się podejrzliwie we wszystkie możliwe strony, a potem wskazuje naglącym ruchem na niewiadomo-co, aby się pospieszyło. Następnie posłyszanoby pełen bólu i rozpaczy krzyk: ,,Czekam tu na ciebie i na kawę, którą miałaś przynieść, a ty przyłazisz z kotem?!”.

I odgłos upadku, ale to się wytnie.

40. Przeobrażenie – trudne słowo. Metamorfoza – jeszcze trudniejsze słowo. (III)

Khe, khe. Czasem atrament wylewa się na niezapisane karty – ale lepsze to, niż jakby miał się wylać na zapisane.

Płyn w butelce wciąż się kołysał, choć butelka spoczywała w Jej rękach, stabilna i nieruchoma, a nieruchoma tak samo jak i Ona – z jakiego powodu? Nie trzeba słów.

– Em… Kotek? – zapytała Czarownica, po fakcie zauważając, jakie też to pytanie było głupie… Ech, nie wspominając o oczekiwaniu na odpowiedź…

Żółte oczy Kota błyszczały w niepokojący sposób, a sprawiały wrażenie jakby przelewał się w nich… jakiś płyn. Zupełnie tak samo jak w butelce. Oczy miodem płynące… Wrażenie potęgował sposób, w jaki Kot spoglądał na Czarownicę – niby to z zaciekawieniem i zainteresowaniem, a jednak z lekkim rozbawieniem. Chociaż – niezmiennie serio, całkiem poważnie i bez mrugania. W sąsiednim korytarzu coś trzeszczało okropnie, jak dwa pocierane o siebie wzajemnie kawałki węgla. Oprócz tego w Specyfikarnii panowała cisza, dziwna cisza. Cała ta dziwność zwiększała się w towarzystwie przebłyskujących przez umysł Czarownicy myśli, dotyczących obecności tajemniczego Kota, patrzącego na Nią w dziwny sposób, dziwnymi oczami, dziwnie milcząc. Mimo wszystko, Czarownica była zafascynowana istotą, co tłumaczył fakt wzajemnego gapienia się na siebie już od kilkunastu jednostek czasowych. To było takie słodkie, że aż chciało się zamiauczeć – taka forma porozumienia, nawiązania kontaktu – lub przynajmniej zwykła próba.

I stała się rzecz nieprawopodobna, jak na dobry tekst literacki przystało.

Kot podniósł ogon (rzeczywiście nieprawdopodobne, bo od kiedy koty podnoszą ogon?) i jednym skokiem pokonał przepaść między dwoma rzędami półek tak, że teraz Czarownica stała do niego plecami, ale. Zwinność i refleks to nie tylko domena kotów. Czarownica obróciła się równie szybko i z powrotem napotkała płomienne spojrzenie żółtych oczu.

Zamrugała. Zamrugała przyjaźnie, bo całe napięcie uleciało ku górze, a gdyby mogło – uleciałoby ze świstem lub czymś w tym stylu.

– Co ty kombinujesz? – zapytała, uśmiechając się podejrzliwie.

Kot błysnął oczami odwzajemniając ten sam uśmiech – pełen sympatii, zainteresowania i tajemnicy.