30. Nigdy dotąd

Okna były zasłonięte, ale to nic. Za oknem było tak samo ciemno, jak i w pomieszczeniu, w którym akurat dzisiaj się znajdowała, a była noc i zgasły wszystkie światła. Wokół zamczyska, jak to zwykle, krążyło dziwne powietrze.

Czarownica była drętwa na całym ciele i na całej duszy. Wewnętrznie wyrażało się to wielkim zwątpieniem, a zewnętrznie można było to poznać dzięki nieruchomym powiekom, oczom nieruchomo wpatrzonym w przestrzeń.

Żadnej istoty nie było w pobliżu, a przynajmniej można było odnieść takie pozorne wrażenie. Tego wieczoru, Czarownica była doprawdy niewesoła i nieskora do rozrywek. Zażyczyła sobie, aby wszystko wokół, co posiada dar mowy, było dzisiaj cicho i udawało, że nie jest.

Gdy już otoczenie przybrało formę najprawdziwszego uosobienia słownikowej definicji słowa ,,posępność”, coś spowodowało, że coś w Czarownicy pękło (być może było to to samo coś). Ale ani mrugnęła. Wciąż siedziała wyprostowana z końcówkami palców opartymi na drewnianym blacie stolika, wciąż ślepo wpatrzona w ciemność.

 A wtedy to usłyszała coś niepokojącego.

 Coś jakby tocząca się po stole butelka.

 Ale jaka butelka?

Nie przypominała sobie, aby stała tu gdzieś jakaś butelka.

– Weź butelkę, wypij do dna, obróć.

Głos dobiegał z wnętrza szkła.

 A Ona, całkiem bezmyślnie, sięgnęła po naczynie i wypiła.

Reklamy

29. Egzaltacja

Drzwi otworzyły się z wielkim i niepokojącym trzaskiem, a osoba, która w nich stała rozświetliła ponury korytarz niepoznanym blaskiem (nieświadomy rym!). Chociaż na zewnątrz było zimno, śnieg w Jej najbliższym otoczeniu żałośnie stopniał.

– Jestem! – oznajmiła z radością. – Jestem i idę do ciebie! – uuu, to zabrzmiało jeszcze radośniej.

Lepiej nie wspominać nic o tym, że Podłóżkowy ziewnął przeciągle.

– To wyda ci się… – Czarownica w pośpiechu odwijała szalik – co najmniej niesamowite! – czapka w nieokreślonych kolorach wykonała w powietrzu kilka obrotów o 360 stopni, po czym spoczęła na zagiętym palcu wskazującym wieszaka. – Ja już uwierzyłam!

Podłóżkowy ziewał, gdy nie patrzyła. Zastygł rozdziawiony, gdy ją ujrzał.

 Początkowo Czarownica tkwiła bez ruchu otoczona trzema futrynami drzwi, a Jej uśmiech koncentrujący mieszaninę podejrzliwości i radości zapowiadał coś naprawdę nieodgadnionego, co spowodowało, że atmosfera wokół wypełniła się napięciem. Podłóżkowy się przestraszył.

A Ona akurat wtedy otrzymała tak wielki zastrzyk endorfinowy, że zerrrwała się do biegu i rzuciła się mu na szyję!

– Jak ja się cieszę! Jak ja się cieszę! Jak ja się cieszę! Kocham cały świat!

Podłóżkowy zamknął buzię; za to oczy szeroko otworzył – przez niedowierzanie. Już zamierzał wznosić modły do Boga Rozpaczy i Bogini Nadziei, gdy Czarownica oderwała się na chwilę od niego i z rękoma na jego ramionach oświadczyła:

– Ciebie też kocham!

I pocałowała go w policzek. Mocno go pocałowała.

– Czemu zawsze, gdy masz dobry dzień, ja mam zły?

28. Niestabilność

– Ziarnku… Ziarnku… Gdzie jesteś, Ziarnku?

– Na lamp… Na ścia… Na drugiej ścia… I już na trzeciej ścia… – odpowiedział Ziarnek Kurzu, który nigdy nigdzie nie zostawał na stałe.

– Czy to wina przeciągu, mój drogi?

– O nie, Pani. Wszyscy moi znajomi prowadzą osiadły tryb życia i tylko ze mnie taki dziwny jaskiniowiec. Sam nie wiem dlaczego krążę i krążę… Taki już jestem, taki inny jestem po prostu.

– Rozumiem cię, Ziarnku… – Czarownica uśmiechnęła się do powietrza.

– Dziękuję – odpowiedział Ziarnek Kurzu.

Sytuacja była tylko pozornie urocza – prawda wyglądała całkiem inaczej. Czarownica bardzo współczuła Ziarnkowi tego, że urodził się na świecie, w którym Natura decyduje za kogoś jaki ten ktoś będzie, gdzie będzie i co będzie; ale ukrywała to, aby go nie zranić. W większej większości przypadków była osobą tolerancyjną, choć czasem – w mniejszej mniejszości – traciła cierpliwość i wpadała w czarną rozpacz, a wszystko to w efekcie czystej bezradności.

– Ziarnku? A może kiedyś nadejdzie chwila, gdy… Gdzie jesteś teraz? Może umiesz już określić?

Ziarnek wpadł w powietrznego ślimaka i przez moment zakręciło mu się w… I przez moment stracił orientację. Po niedługiej chwili zahaczył o okoliczny wieszak na kapelusze, o ramę obrazu, a potem – po powietrznym locie – wylądował na wysokim krześle kuchennym.

– Jestem na krześ… – znów poderwał się do niekontrolowanego lotu. – Na szaf… I znowu jestem…

Pochylając się nad stołem i wsypując cukier do kawy, Czarownica westchnęła głęboko przez co Ziarnek przyspieszył i uderzył o szybę wielkiego okna kuchennego.